Happy Valentine

Nie ma seksu w tym mieście – westchnęła G. i zdegustowana zamknęła okno. Huk Marszałkowskiej ustał i znów słychać było, jak modna Lana Del Ray mruczy swoimi zmysłowymi ustami: „Heaven is a place on Earth with you”.

– I gdzież to niebo, gdzie ten szał, ty mi powiedz! – obrusza się G. Nie powiem jej, bo nie wiem gdzie ten szał. Ta zima nic nie ma w sobie szałowego. To miasto i ten kraj po prawdzie też niewiele. Oszczane kupki śniegu najeżone wgniecionymi petami to nasz „iconic look”. Poza tym zszadziała kostka Bauma, wierna towarzyszka koślawych przystanków i obdartych słupów. Epileptycznie drgający neon Kebab King. I koksowniki. Taki pejzaż.

A koksowniki w szczególności. Nawet po zmroku i z daleka, z XII piętra bloku nie wyglądają romantycznie, powiedzmy, jak robaczki świętojańskie, czego można by się było spodziewać lub przynajmniej co do tego łudzić, tylko jakby je ze stanu wojennego przenieśli. Tłoczą się przy nich ludzie w kufajach i gołębie. Przeklną siarczyście jak ten mróz (ludzie), obsrają (gołębie), przestąpią z nogi na nogę. I tyle. „Gdzie mam się podziać w tym styczniu przeklętym? Otwarte miasto czepia się obrzydle”, chciałoby się Mandelsztama zacytować, choć to już połowa lutego, zaraz walentynki, czas na kolację przy świecach TINDRA tylko w IKEA 9,90/ 36 szt. dla dwojga i na pluszowego króliczka z I’m Your Valentine wyszytym czerwoną nitką na uszku.

W Kalifornii, opowiadam G., chodniki przy ważnych budynkach czy domach towarowych ułożone są z dużych granitowych płyt z takimi połyskującymi drobinkami. Przy sztucznym świetle błyszczą jak flesze fotoreporterów. Idziesz ulicą i czujesz się jak gwiazda, jak jakiś Kanye West albo Beyoncé. A my tu – odpowiada G. – jakbyśmy nieustannie grali w jednym z tych czarno-białych teledysków Kazika, na których on kiwa się w waciaku na tle połamanego trzepaka i skanduje, że bieda, złodzieje i że to jest Polska.

Na Facebooku pokrzepiające wpisy: „Już za sześć tygodni wiosna :-))”. Ale na razie, bierzemy się z G. pod pachę i idziemy do MSN-u. Muzeum zakupiło wideo Laurel Nakadate. Wreszcie jakiś powód, by do niego przychodzić. Na filmie Nakadate zaczepia tirowców na parkingu przy stacji benzynowej. Po zmroku desperacko wije się wokół dystrybutorów niczym przy rurze. Albo udaje nieżywą. Albo rozbiera garbatych. Patrzymy z G. po sobie, bo bardzo to wszystko à propos naszych konkluzji.

Idąc się napić, by nie umrzeć z przedawkowania rzeczywistości, mijamy nowe reklamy. Pojawiły się chyba zeszłej nocy. David Beckham for H&M w samej bieliźnie. Wyklejony w całym przejściu podziemnym. W różnych pozach i w różnych tatuażach. A więc jest jednak jakiś seks w mieście. G się cieszy. Ja mniej. Beckham reklamuje kalesony. Jaki facet, poza Beckhamem, będzie seksownie w nich wyglądał?

Oryginalna wersja felietonu w „Newsweek Polska” z 13 lutego.

 

6 Komentarze

  1. MichalMarczewski
    12 lutego 2012

    Dawid Bowie powiedział kiedyś, że chociaż kocha Berlin to musiał to miasto opuścić, bo jest w tym mieście coś przytłaczająco zimnego i dusznego. Mimo to Berlin uważany jest powszechnie za imprezowe i fantastyczne miasto do życia, pełne zieleni, okalających je stawów i jezior z czystą wodą gdzie latem można się kąpać. Może to trochę jest tak, że sami sobie tworzymy taki obraz miasta jaki obraz mamy w sobie?
    Pytam oczywiście, nie stwierdzam. Bo chociaż mam wyjątkową pogodę ducha w sobie nadal muszę śpiewać za Soyką „Warszawo pozwól się kochać” pod nosem, kiedy wjeżdżam do stolicy…
    Dobrze jest mi we Wrocławiu, Wrocław mnie nastraja, Wrocław energetyzuje – tylko czy taki byłby na co dzień? Tego też nie jestem pewien…

    Odpowiedz
    • Karolina K-R
      14 lutego 2014

      Od roku ze względów zawodowych mieszkam w Hannoverze. Już po tak krótkim (a może wystarczająco długim?) czasie z całą pewnością stwierdzam, że Wrocław, z moim własnym przytulnym mieszkankiem i wąskim gronem przyjaciół a szerszym znajomych, to moje miejsce. Nie zdawałam sobie z tego do końca sprawy, dopóki nie wyjechałam. Wracam możliwie często, choćby na chwilę, by poczuć, tak jak piszesz, tą energię i nastrój, żeby wystarczyło tego na kolejne tygodnie w DE. Wrocław taki po prostu jest.

      Odpowiedz
    • Kasia Lewicka
      22 lutego 2015

      Z powodu uroku, ale braku szeroko pojętego zaplecza, koniec końców wrocławianie odnajdują się jako słoiki w Warszawie, tak więc podzielam sceptycyzm Pana Michała j/w i ,jak zawsze, zachwycam ciętą ripostą Zaczyńskiego… wrocławianka

      Odpowiedz
  2. Krystyna Bałakier
    12 lutego 2012

    Jestem Warszawianką osiadłą od kilkunastu lat we Wrocławiu i zapewniam Pana, że taki właśnie jest Wrocław na co dzień. A do tego jeszcze bardzo gościnny, pełen zieleni, ze wspaniałymi, uczynnymi ludźmi. Zapraszamy jak najczęściej.

    Odpowiedz
  3. Ewa
    15 lutego 2015

    Pisz Pan, Panie Michale dużo i często, bo robisz to doskonale. Mądrze i śmiesznie – tego nigdy dość.
    Pozdrawiam

    Odpowiedz

Odpowiedz do Ewa

Anuluj odpowiedź