Dziewczyna didżeja

Więc dziewczyna didżeja. Przez ileż to festiwali i didżejskich setów biedaczka się przewlekła, kręgosłup sobie łamiąc od dźwigania skrzyń z winylami! Przez ileż stron internetowych się przewaliła w poszukiwaniu odpowiednio „wyczesanej muzy”…  Ostatnie eurocenty czy forinty na wyjazdach na longplaye wydawała: reszta wycieczki razem z kobietą Vermeera w Rijksmuseum mleko przelewa albo pływa po modrym Dunaju, zabawiana przez lokalny ansambl „Księżniczką Czardasza”, a ta łapie pylicę w zakurzonych piwnicach komisów płytowych. Słowem: prawdziwa pasjonatka? Ani trochę. Nigdy nie grała, nie komponowała, nie skreczowała. Po prostu: miała chłopaka didżeja.

walentynki

Od roku, konkretnie, bo wcześniej spotykała się z fotografem. Sama nie odróżniała kadru od obiektywu, ale bagażówką przewoziła ukochanemu statywy, ślepła w ciemni, siedem godzin na wylotówce z Sosnowca potrafiła mu asystować, gdy czekał, aż mu „światło zagra” nad przepływającą pod trasą smródką, a latem, w blasku księżyca, odganiała od niego głodne niedźwiedzie podczas górskich plenerów fotograficznych.

Przed fotografem był harleyowiec. Co wtedy robiła znajoma – łatwo przewidzieć. Ręce po łokcie uwalane w smarze, kasku nie zdejmowała nawet do kąpieli, pachniała parówkami z Orlenu i tak dalej.

Syndrom dziewczyny didżeja nie ma zatem nic wspólnego z didżejem. Ma natomiast wszystko wspólne z chęcią przypodobania się swojemu aktualnemu chłopakowi. Aktualnemu, bo oprócz trzech tu wymienionych, jeszcze kilku ich było. Wszyscy dawali dyla, gdy tylko się orientowali, że własnych zainteresowań i opinii moja znajoma nigdy nie miewała.

Czy ich postawa nas dziwi? Ani trochę. Powiedzmy sobie szczerze: żaden mężczyzna nie szuka swojej drugiej połówki (swoją drogą, co za idiotyczny zwrot), lecz odrębnej i myślącej całości. Oczywiście, miło mu, gdy kobieta czasem poda jabłecznik z podwójną kruszonką, wyrazi podziw nad precyzyjnie przykręconymi szafkami kuchennymi (albo ukończonym właśnie doktoratem; zależy od życiowych priorytetów), ale to już nie te czasy, kiedy mężczyzna oczekiwał, że kobieta życie swoje mu podporządkuje i nogi w misce, jak na śląskich filmach Kutza, na przemian obmywać będzie i całować.

Z amerykańskich badań, na przykład, wyszło, że jeśli rozwodnik żeni się ponownie, to jego wybranka zazwyczaj jest bardziej niezależna finansowo i emocjonalnie od poprzedniczki. Ale wystarczy pierwsza lepsza okazja, by przekonać się, że wiele pań z tymi badaniami jeszcze się nie zapoznało. Na przykład, modne od jakiegoś czasu rekonstrukcje bitew warszawskich, turniejów rycerskich i tym podobne jasełka. Przecież kobiety są zbyt wyrafinowane, by takie historie brać na poważnie. A mimo to jadą przez pół Polski (drugie pół, jak było to onegdaj na rocznicy Grunwaldu, stoją w korkach), by pokazać, jakimi są równiachami. Kończy się to tym, że po kwadransie odsyłane są przez mężów po bigos do zaaranżowanego foodcourtu (kiedyś powiedzielibyśmy: kuchni polowej).

Albo takie wystawy motoryzacyjne. Ostatniej jesieni, na przaśnej instalacji na dziedzińcu stołecznego Zamku Ujazdowskiego ustawiono sześć BMW umajonych przez Warhola, Koonsa i tym podobnych artystów. Kto w zachwycie sobie strzelał selfie na masce? Oczywiście, kobiety. A mecz? Nagle same kibicki. W czapkach z orłem, z bojowym okrzykiem i szminką na kubku od piwa. A czy takie piłkarskie WAGs, czyli żony i dziewczyny futbolistów, jeżdżą ze swoimi partnerami na zgrupowania i prostacko bekają browcem? Ani trochę. Zresztą, czy David Beckham chciałby, by jego wybranka – zamiast robić w modzie – darła ryja na meczu, odpalała race i inicjowała meksykańską falę w polarze?

Żona to nie ziom czy kompan. I nigdy nim nie będzie. Więc jeśli jakaś para zapewnia nas, że są najlepszymi kumplami, to znaczy, że kłamie. Albo ze sobą nie śpi. Oczywiście, są wyjątki. Bywały i bywają pary, które współdzielą zainteresowania i zawody. Hanna i Antoni Gucwińscy, Anja Rubik i Sasha Knezevic, Bonnie i Clyde, Dolce&Gabbana (choć w sumie nieaktualne; rozstali się),  czy Ginger i Fred, którzy i tak są złym przykładem, bo nigdy nie byli parą. Oraz kilka małżeństw z programu w TVN-ie „Taka miłość się nie zdarza”. Zatytułowanym tak nie bez powodu, drodzy państwo…

Wesołych Walentynek!

 

Rysunek: Ponury Żukowski

Dodaj komentarz