Krysi nic nie wisi

Moda | 13 marca 2015 | 6 komentarzy

Nie doceniałem „Project Runway”, dopóki jedna z moich studentek nie oznajmiła, że wyjdzie w połowie zajęć, by zdążyć na pociąg do swoich rodzinnych Katowic i w spokoju obejrzeć premierę nowego odcinka.

 

Project Runway

 

Wcześniej wydawało mi się, że każda, jakkolwiek związana z branżą mody osoba, patrzy nań podobnie. Czyli nie emocjonuje się nim. A jeśli ogląda, to tylko dla zabawy. O ile ten rodzaj relaksu zaspokaja jej potrzeby.

Nadal uważam, że o „Project Runway” nie ma co rozprawiać, bo to jeden z dziesiątków programów rozrywkowych w osiągającej coraz niższą wysokość przelotową (czyli w pikującej) telewizji i niewiele wartościowego da się z niego wynieść. Jego popularność wśród studentów projektowania skłania mnie jednak, by wytłumaczyć im kilka kwestii.

Po pierwsze, uczestnikami nie są – wbrew temu, co mówi się widzom – najlepsi młodzi projektanci w naszym kraju. Jak w przypadku każdego programu tego typu, uczestników dobiera się wg konkretnego klucza. Muszą być barwni (ale w granicach rozsądku, bo polski widz jest konserwatywny i instynktownie wręcz nie znosi ekstrawagancji; patrz: androgeniczny uczestnik „Top Model”), przeciętnie tylko inteligentni (by widz zrozumiał, co się do niego z ekranu mówi) i – przede wszystkim – mają się od siebie różnić.

Dlatego ekstrawertykowi przeciwstawia się pierdołę, wyważona dziewczyna zostaje skonfrontowana z pyskatą tandeciarą, a atletę stawia się obok grubasa. Oprócz tego wypada, by pojawił się ktoś z innego kręgu kulturowego i innej rasy oraz postać z wzruszającą widzów, trudną przeszłością (bieda lub śmierć w rodzinie, ewentualnie pobyt w zakładzie karnym lub zwycięska walka z chorobą).

Tego wymaga dramaturgia. Gdyby bowiem „Project Runway” miał odzwierciedlać rzeczywistość i naprawdę gościć dziesiątkę najbardziej zdolnych, byłoby to – mniej więcej -  dziewięć nie wyróżniających się wyglądem, zrównoważonych emocjonalnie i skupionych na projektowaniu dziewczyn oraz jeden wrażliwy gej. Wówczas jednak nie skrzyłoby między nimi, a widz nie miałby nikogo do nielubienia. Ani też do szczególnego lubienia, po prawdzie. Dlatego w takich programach talent uczestników jest sprawą trzeciorzędną. W poprzednim „Project Runway” ujawniły go raptem dwie, może trzy osoby. W tym, jak sądzę, jest podobnie.

Po drugie, projektowanie ubrań nie polega na łamaniu sobie nóg w wyścigu do składu materiałów, na rozpruwaniu walizek, demolowaniu wnętrz, grzebaniu w śmieciach i tym podobnych efekciarskich zagrywkach, które widzom przedstawione są jako esencja zawodu, a w rzeczywistości mają utrzymać temperaturę programu. Mozolna praca jednak jest mało fotogeniczna. Skutkiem czego w drugiej edycji pomocne uwagi i rady Tomka Ossolińskiego znów zostały zredukowane na wizji do minimum. Słowem: nawet jeśli byście chcieli czegoś nauczyć się i mieli w tym programie od kogo, to szanse na to marne.

Po trzecie, opinie jury rzadko są profesjonalne. Anja Rubik hamletyzuje „założyłabym” – „nie założyłabym” i jest to jedyne dla niej kryterium. A przecież nie na tym polega krytyka. Zwycięzca poprzedniej edycji, który pojawił się w roli gościnnego jurora w premierowym odcinku drugiej serii, skupiał się z kolei głównie na cechach charakteru uczestników. Joanna Przetakiewicz, dla odmiany, jest nawet przekonująca w roli ciepłej cioci i jej recenzje dzieł młodych projektantów jako jedyne trzymają się kupy, ale zbyt często u niej coś jest po prostu „brzydkie” i „niepotrzebne”, albo „świetne”, więc „gratuluje projektu”. Marcin Tyszka zaś, jeśli nie komentuje wyglądu samych uczestników, porywa się na kuplety w stylu: „Tam coś wisi, wisi, wisi/ A Krysi nic nie wisi”, które muszą wystarczyć za cały komentarz dotyczący projektu. Widz nic z tego nie rozumie, ale nie szkodzi. Wiadomo: ma być śmiesznie.

Podobnie rzecz ma się z finalnymi werdyktami. Jeśli – jak było to w poprzedniej edycji – zadanie polega na zaprojektowaniu sukni do sesji „Elle”, to czemu z programu odpada skrytykowana za własny (!) wygląd uczestniczka, której suknia wyglądała na zdjęciach najlepiej, co przyznali sami jurorzy? Sukienka mogła być kiczowata, ale co z tego, skoro chodziło o to, by właśnie na fotografiach wyglądała fantastycznie? Albo dlaczego przyzwoity projekt (choć niekoniecznie na temat) stroju sportowego przegrywa z jawnym bublem, jak było to w drugim odcinku obecnej edycji?

Programy, takie jak „Project Runway”, to czysta rozrywka, drodzy studenci. Nie wyciągajcie z nich daleko idących wniosków.

6 Komentarze

  1. Magda
    14 marca 2015

    Amen, panie Michale.
    Coraz z większym smutkiem oglądam ten program, a smutek wywołuje u mnie chamstwo uczestników (nie wszystkich). Mogliby czasami ugryźć się w język.
    Projekty są ważne, ale kultura osobista projektanta wpływa na postrzeganie wykreowanego przez niego produktu.

    Odpowiedz
  2. Sylwia
    19 marca 2015

    Świetnie napisane, jest Pan znakomitym obserwatorem :)

    Odpowiedz
  3. Aneta-blogmocnodygresyjny.pl
    21 marca 2015

    Gdybym miała wyrazić swoją opinię na temat tego programu to napisałabym jota w jotę to co Pan :) To znaczy oprócz kulis tego jak wyglada parca prawdziwych zdolnych projektantów poniewaz nie znam tej branży od kulis. Trafił Pan w absolutne sedno. Komantarze jurorów są zazwyczaj tak idiotyczne że ma sie ochotę wyrzucić telewizor przez okno. Nie ma ni krzty mertoryki i jak tak uczestnik, nawet chcąc sie czegoś nauczyć a ma na to nikłe szanse jak sam Pan zauwazył, wyciagnąc z tego coś konkstruktywnego. Nigdy nie mówią co zrobić aby było lepiej, co poprawić. A juz ostatnio rozwalił mnie Tyszka, który tak krytykował stroje, które zaakcpetowała Pani Maryla Rodowicz, że mi na jej miejscu zrobiło sie głupo. Bo skoro jej sie podobało to znaczy że jest chyba skończoną idiotką, skoro taki światowy fotograf takie krytyczne rzeczy wygaduje na temat projektu. Ale przyznaję oglądam i pewnie wytrwam do końca bo ciekawa jestem co jeszcze głupiego realizatorzy są w stanie wymyślić :)

    Odpowiedz
  4. RAdesign
    22 marca 2015

    Tekst taki oczywisty, że aż dziw bierze, że trzeba było go napisać.
    Czytałbym jak Anja ;>

    Porównanie Catwalków/Runwayów z różnych krajów dobitnie pokazuje, na jak gównianym poziomie są polskie stacje telewizyjne.
    Najlepsza edycja australijska, ale nawet w „dramatycznej” telewizji amerykańskiej jest z tysiąc-pińcet razy więcej treści i konkretów, niż w polskiej edycji.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz