Na Zieńgate stracą wszyscy

Moda | 18 czerwca 2015 | 6 komentarzy

To pamiętny dzień dla public relations polskiej mody. Trudno o lepszy case, jak tego PR-u nie robić. Media, od opiniotwórczych tygodników po plotkarskie portale, dały się wciągnąć w rozgrywki między projektantem a inwestorem, stając się jedynie bezmyślnym nośnikiem oświadczeń.

Czego z nich się dowiedzieliśmy? Od zagadkowej Zień sp. z o.o, co samo już w sobie sugeruje, że Maciej nie jest właścicielem ani szefem własnej firmy, że projektant jest malwersantem, złodziejem i sabotażystą, namawiającym jej pracowników do pomocy w kradzieży. Wszystko to – czyny karalne, sporego kalibru, które najpierw powinny być w formie zarzutu postawione w sądzie, a nie beztrosko obwieszczane w niepodpisanym z imienia i nazwiska enigmatycznym liście porozsyłanym do rozmaitych redakcji. Z odpowiedzi projektanta wywnioskowaliśmy natomiast, że jego wspólnik usiłuje wrogo przejąć firmę i zniszczyć jego dorobek, jest kłamcą, wieloletnim dłużnikiem i manipulatorem w komunistycznym stylu. Tu też kłania się w pierwszej kolejności sąd, a nie lifestyle’owe blogi. Poniżej oba oświadczenia, dla porównania.

 

oświadczenie Zienia

Page-1

Tę awanturę można by nazwać groteskową, bardzo we włoskim stylu (casus Guccich, którzy w latach 90. sami gubili się, z kim walczą a przeciw komu), gdyby nie fakt, że tracą na niej wszyscy. Dobre imię Maćka Zienia – dla kogo po takich oskarżeniach będzie on wiarygodny? Dobro firmy, bo tego rodzaju skandale nie nakręcają ani sprzedaży ani dobrego wizerunku, więc klientki mogą błyskawicznie się odwrócić, sponsorzy zrezygnują ze współpracy przy pokazie, a media zrezygnują z patronatów. Tracą też pracownicy – krawcowe, konstruktorzy – bo nie wróży to im spokojnej pracy i pewnej pensji. Ale tracą też polscy projektanci. Branża mody autorskiej, i tak traktowana z rezerwą, uznana będzie za tym bardziej niepoważną i mocno podejrzaną. Skoro bowiem w domyśle marka Maciej Zień to kolos na glinianych nogach, to czemu nie inne głośne nazwiska? W Zieńgate nie ma zatem wygranych.

To największa afera od czasu tych z Arkadiusem i Ewą Minge. Pierwszy wyjechał z Polski, oskarżony o długi i pokutował w Portugalii, Tajlandii czy w końcu Brazylii przez ponad dekadę, by podjąć próbę zrehabilitowania się na początku tego roku kolekcją z klepsydrami. Na twarz swojego comebacku wybrał jednak Michała Witkowskiego. Kiepsko trafił, bo pisarz/szafiarka sam jest w niezłych tarapatach – zarówno wizerunkowych, jak i prawnych. Afera z Minge zaś, sprzed ponad dekady, dotyczyła zarekwirowania jej kolekcji przez włoskich celników na poczet rzekomych długów. Minge oskarżyła wtedy Włoską Izbę Mody o próbę wyłudzenia i naruszenie dóbr osobistych. Sprawa jednak przycichła, całkiem zresztą słusznie z PR-owego punktu widzenia.

O kłopotach Macieja mówiło się w branży od dawna. Miesiąc temu, gdy projektant był w Brazylii, poprosiłem go mejlowo o komentarz. Zapewnił mnie wtedy, że marka będzie działać i nie ma mowy o żadnym bankructwie. O tym, że firma ma się całkiem nieźle, opowiadał mi jeszcze wiosną, do artykułu o modzie biznesowej dla „Wysokich Obcasów”. Jego linia Zień’a’Porter, skierowana do kadry kierowniczej i pracownic korporacji, miała wówczas odpowiadać za 70% przychodów marki. Potrzebnych po beznadziejnym wizerunkowo – czego w konserwatywnej Polsce można było się spodziewać – pokazie w kościele. Hitami sprzedażowymi był garnitur oraz „sukienka  z dyskretnym dekoltem V, rozkloszowana w literę A”. – Ile byśmy uszyli, tyle sprzedamy – mówił wówczas projektant. Wypowiedzi te nie znalazły się ostatecznie w artykule, bo zmieniła się jego koncepcja. Z drugiej jednak strony, wczorajsze oświadczenie Zień sp. z o.o., sugeruje, że finanse firmy mają się fatalnie, skoro rzekome wyprowadzenie przez projektanta z kasy kilkudziesięciu tysięcy złotych i kilku sukni z salonu zmusiło ją do ratowania się wyprzedażą.

Za tym, że nie dzieje się dobrze, przemawiają jednak fakty. Błyskawiczna likwidacja salonu w Galerii Mokotów i desperacka obniżka -50% w sklepie przy Mokotowskiej mówią same za siebie. Projektanci mody, jak mi przyznali, zaczęli dostawać propozycje przejęcia okazałego sklepu i atelier, ale przy czynszu około 70 tysięcy złotych nikt na to nie przystał. Firma usiłowała też wyprzedać konkurencji materiały, dodatki i nici. Krawcowe i cała załoga atelier gorączkowo wydzwaniała po projektantach, pytając o pracę. Dzwonili nawet do małżeństwa Krajewskich. Dwoje specjalistów od Zienia zatrudnił duet Paprocki&Brzozowski, ale nie oni jedyni. Poprosiłem wczoraj Maćka o komentarz, ale nie otrzymałem odpowiedzi.

Byłoby fatalnie, dla wszystkich, gdyby marka Zień przepadła, a wraz z nią jej założyciel. Bez względu, jak kto ocenia walory artystyczne jego kolekcji, Zień to pionier najnowszej historii polskiej mody, niemal legenda. Oby nie tylko już legenda. Trzymam kciuki.

141127z1164

Sylwetka z ostatniego pokazu Macieja Zienia „Icons”.

 

6 Komentarze

  1. PAulina Sz
    18 czerwca 2015

    Smutne, że taka marka miałaby zniknąć z rynku, Zień miał całkiem niezłe kolekcje.

    Odpowiedz
  2. Irminastyle
    18 czerwca 2015

    Niezły bigos się zrobił, aż się nie chce wierzyć.

    Odpowiedz
  3. Maciej Zień projektant kradzież skandal sukienki | Fashion PR Girl
    19 czerwca 2015

    […] Przeczytajcie jeszcze tekst Michała Zaczyńskiego „Na Zieńgate tracą wszyscy„ […]

    Odpowiedz
  4. Tomasz
    31 lipca 2015

    Jeśli nawet stanie się najczarniejszy scenariusz iż „Zień Homme” zniknie ze sceny, lub przygaśnie jego jasne światło za jakiś czas znajdzie się ktoś kto zainwestuje sporo kasy i podniesie podupadłą markę na wyżyny światowej albo tylko Polskiej sceny modowej,tak jak Próchnik.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz