Buntownik z powodu

Dziś premiera!, Moda | 30 listopada 2016 | 3 komentarzy

Utalentowany i wrażliwy. Agresywny i obleśny. Nieszczęśliwy. Biografia Alexandra McQueena to pasjonująca, ale i odpychająca lektura. Uwaga, recenzja zawiera treści, które mogą zostać uznane za obsceniczne.

alexander-mcqueen

 

To nie jest opowieść o relatywnie krótkiej, ale błyskotliwej karierze w wielkim, wspaniałym świecie mody. Nie jest też to jednak, jak niektórzy by to widzieli, historia o bezwzględności tej branży, niszczącej wrażliwe i kruchy talenty. „Alexander McQueen. Krew pod skórą”  to dobrze napisana, ale upiorna w swojej treści książka o bardzo nieszczęśliwym, choć genialnie uzdolnionym człowieku.

U czytelnika wzbudza on skrajne emocje. To współczucie, żal, podziw. Ale – co ciekawe – rzadko sympatia. Andrew Wilson pokazuje projektanta w taki sposób, że właściwie nie chcielibyśmy go osobiście znać. Bo to biografia szczera aż do bólu sensu stricto; rodzinie McQueena, która – co zdumiewa – autoryzowała ją i pozwoliła Wilsonowi grzebać w jej mrocznym archiwum, należą się wyrazy uznania. To przede wszystkim dzięki niej książka jest portretem człowieka z krwi i kości.

Tej krwi, zgodnie zresztą z tytułem, jest w książce sporo. Tło? Załamanie nerwowe jego ojca, zakończone pobytem w szpitalu psychiatrycznym. Koszmarne małżeństwo siostry, maltretowanej przez jej męża, z usiłowaniem zabójstwa włącznie, czego projektant był naocznym świadkiem. I wreszcie wykorzystywanie seksualne przez szwagra, czego ofiarą padł w wieku dziewięciu lat sam McQueen.

Nie dziwi, że projektant, niczym podręcznikowy przykład freudowskiej psychoanalizy, uczył się fatalnie i ledwo zdawał do następnej klasy. Że kradł. Że nie był szczególnie lubiany nawet na studiach – przedrzeźniał innych, parodiował lub krytykował ich prace. Dręczył kolegów (zdarzyło mu się nawet zrzucać ich z mostu do rzeki), napadał na Romów.

Mężczyźni, z którymi się spotykał w dorosłym życiu, mieli za sobą przeszłość w prostytucji, albo nadal nią się trudnili. Byli sierotami, zostawionymi przez rodziców, którzy – a jakże – popełnili samobójstwo albo gwiazdami porno. A jeśli już nie należeli do półświatka, a ich rodzina nie skrywała ponurej przeszłości, to przynajmniej byli epileptykami z kilkoma atakami choroby dziennie. Jego związki były patologiczne. McQueen właściwie katował swoich partnerów. Bił. Dźgał nożyczkami. Wyrzucał na ulicę. Lub rujnował finansowo, każąc kupować sobie drogą biżuterię.

Relacje tego – nazwijmy Jeana Geneta brytyjskiej mody – z jego najlepszą przyjaciółką Isabellą Blow także nie należały do najłatwiejszych. Na pewno też nie do bezinteresownych. „Początkowo Lee odnosił się do Isabelli z rezerwą (…), jednak powoli pojmował, jak przydatna dla niego mogła być ta znajomość”. Blow kupowała całe kolekcje McQueena (w jego obecności wypłacała stopniowo pieniądze z banku, a on wręczał jej worek na śmieci, w którym znajdowało się kolejne ubranie jego autorstwa). Blow, wpływowa w świecie mody, zanim ostatecznie w 2007 roku poszła w ślady ojca, popełniając – znów! – samobójstwo poprzez wypicie środka chwastobójczego, była muzą McQueena. Przyjaźń jednak mocno osłabła, gdy Lee dostał pracę u Givenchy w Paryżu i nie zabrał jej ze sobą, choć liczyła, że zostanie jego prawą ręką.

Autor „Krwi pod skórą” bez skrępowania pisze o życiu erotycznym McQueena. A jest o czym pisać. Po lekturze „120 dni Sodomy” Lee, bo tak brzmiało pierwsze imię Alexandra McQueena, „poczuł przyzwolenie na swobodne wyrażanie swej seksualności – postrzeganej przez niektórych jako krańcowa, brudna czy wręcz wstrętna”. Przykład? Gdy negocjował warunki pracy u Givenchy fantazjował, że w Paryżu będzie miał apartament z pomieszczeniem do igraszek, z rozwieszonymi uprzężami i obrożami i puszczonymi na podłodze szczurami. To jednak śmiesznostka, zważywszy, że gdy zakaził się HIV, nadal uprawiał seks bez zabezpieczeń, narażając innych.

Z wypowiedzi, których Wilson zebrał w książce kilkaset, wyłania się portret człowieka, którego łatwo zranić, a jednocześnie złośliwego i niedelikatnego. W wielu wymiarach. Na przykład, osobliwego poczucia humoru. Miał ulubiony sposób witania się z niektórymi znajomymi – wkładał sobie palec w tyłek, a gdy dana osoba wchodziła do pubu, podtykał go do niej mówiąc „oto Lee”. „Potem następowała salwa rechoczącego, typowego dla bazarowej handlary śmiechu”, pisze Wilson.

Ów nieokrzesany Lee nie szanował ludzi. Wychodząc z domówki wydanej na cześć Kylie Minogue potrafił włączyć alarm przeciwpożarowy, by zepsuć imprezę tym, którzy na niej zostali. O Vivienne Westwood mówił, że jest efekciarska i brak jej inteligencji. – Jest przydatny tylko dlatego, że doskonale uosabia, co to znaczy być zerem – odgryzła mu się Vivienne.  Evie Herzigovej, chodzącej w jego pokazie, powiedział, że jest „głupią pizdą”, co doprowadziło modelkę do spazmów. Pod koniec swojego życia pokłócił się z Amy Winehouse do tego stopnia, że przysłaną w przeprosiny sukienkę piosenkarka rzuciła na grilla, a w jednym z domów towarowych po prostu opluła stoisko z jego rzeczami.

Choć – uczciwie sprawę stawiając – znaleźli się i tacy, których McQueen oszczędził. Biografia bowiem przepełniona jest nazwiskami bohemy – przewijają się zarówno Bjork, dla której szył i nawet reżyserował, zespoły Suede, Blur i Oasis, artyści Damien Hirst czy Tracey Emin, wreszcie David Bowie, tak zachwycony w grudniu 1996 roku kolekcją McQueena i napalony na jej kupno, aż „szeleściła książeczka czekowa”. Ech, szalone lata dziewięćdziesiąte. Dla projektanta, który silnie uzależnił się od kokainy i alkoholu były chyba jednak zbyt szalone…

Wbrew stworzonej przez siebie – a inspirowanej przez jego ukochaną matkę, namiętną rekonstruktorkę drzewa genealogicznego – mitologii, projektant nie był Szkotem. Matce nigdy nie udało się znaleźć dowodów na to, że są oni spokrewnieni z rodem McQueenów zamieszkujących romantyczną wyspę Skye, na której projektant został zresztą pochowany. Jego przodkowie żyli w najbiedniejszej części wschodniego Londynu; w połowie XIX wieku prowadzili pensjonat na Dorset Street, najniebezpieczniejszej w całym mieście, rozsławionej dodatkowo przez Kubę Rozpruwacza, seryjnego zabójcę, terroryzującego i tak tragiczne już sąsiedztwo.

Uliczka dziś już nie istnieje, a okolice – Spitalfields – należą do (nomen omen!) najmodniejszych w całym mieście, samemu zaś Rozpruwaczowi McQueen poświecił swoją pierwszą, źle przyjętą przez prasę kolekcję. Krytyki było zresztą znacznie więcej, bo Lee długo nie był pupilkiem mediów. Pisali, że jego twórczość jest nudna, mizoginistyczna, że to obraza kobiet i obraza talentu krawieckiego.

Inna sprawa, że sam się o to prosił. Choćby podczas pokazu, na którym zaprezentował koszule z odciśniętymi zakrwawionymi dłońmi i pancerz z przezroczystego materiału, w którym umieścił wijące się robaki. Modelki na wybiegu pokazywały środowy palec, Lee zaś w finale zdjął spodnie i pokazał widowni goły tyłek… Często jednak, jak choćby w kolekcji La Poupee, że Lee był po prostu niewłaściwie odbierany. Wprowadził wówczas na wybieg czarnoskórą modelkę w kajdankach, co skojarzono z pochwałą niewolnictwa i uznano za żenadę. Tymczasem pokazywał on swoje własne, straszne doświadczenia z dzieciństwa i lat młodości.

20161129_131305

Wilson w swojej książce znacznie mniej koncentruje się na samej modzie i twórczości McQueena.  Trochę szkoda, że nie tłumaczy on fenomenu i niezaprzeczalnego talentu projektanta. Znalazło się jednak miejsce na historie poszczególnych dzieł McQueena, jak choćby słynne spodnie bumsters oraz na ujawnienie źródeł konkretnych inspiracji projektanta. Słynna naga, otyła kobieta, siedząca w masce i oddychająca przez rurę podczas pokazu kolekcji Voss na wiosnę i lato 2011? McQueen, mieszkając w Mediolanie (pracował dla Romeo Gigliego) codziennie widywał parę staruszków, siedzących w pomieszczeniu dla dozorcy – mężczyzna był na stałe podłączony do aparatu oddechowego. Twarze zasłonięte kwiatami lub motylami? Ich pomysł podsunęła mu autobiografia Elsy Schiaparelli, która marzyła o „posiadaniu twarzy porośniętej kwiatami niczym niebiański ogród”.

McQueenowi ta wizja była bliska tym bardziej, że sam uważał się za brzydkiego. Cierpiał na przewlekłe zapalenie dziąseł, nie miał jednego zęba. Był też gruby; komentatorzy przezywali go elephant terrible (straszny słoń) zamiast enfant terrible. Chudł dzięki liposukcjom i opaskom gastrycznym. Miewał grzybicę stóp, którą skrajnie zaniedbywał; szczegółów, podanych w książce, oszczędzę.

Są jednak i jasne strony. To kulisy zatrudnienia go u Givenchy’ego czy zakup przez Gucciego udziałów jego autorskiej marki. To też sukces finansowy. W samym 2001 roku Lee zarobił 5,7 mln funtów. Stać go było na pokazy z rozmachem; do tego stopnia, że światłem zajmował się sam Tim Burton, kultowy reżyser m.in. „Edwarda Nożycorękiego” czy „Batmana”, a materiały użyte w kolekcji nie kosztowały już – jak wcześniej – funta za metr, lecz tysiące funtów. W 2003 roku, po gali CFDA, gdzie uznano go najlepszym światowym projektantem, w ciągu jednego tylko dnia na imprezie w swoim butiku sprzedał ubrania i akcesoria za 1,2 mln dolarów. Lee dostał też  propozycję od Yvesa Saint Laurenta, o której całe życie marzył. Ale nie pojechał na spotkanie, bo wpadł w panikę.

„Alexander McQueen. Krew pod skórą”, mimo, że lekko napisana, jest zatem lekturą ciężkiego kalibru. Nie bez drobnych błędów i wad, leżących zarówno po stronie polskiej redakcji, jak i samego autora. Projektant Azzedine Alaia nie jest bowiem – jak błędnie napisano –  kobietą, Clements Ribeiro jest zaś projektanckim duetem płci obu. Niepotrzebny jest też aż tak dojmujący natłok wypowiedzi. Niektóre z nich jak ta: „patrząc wstecz cieszę się, że go poznałem. Jest inspiracją dla wielu ludzi, a jego wkład w piękno to część jego legendy, za którą zapłacił własnym życiem. Myślę, że nie był szczęśliwym człowiekiem”, niczego bowiem nie wnoszą. Ale to wartościowa i ciekawa lektura. Swoją polską premierę ma jutro, 1 grudnia.

Alexander McQueen na dzień przed pogrzebem swojej matki w lutym 2010 roku powiesił się na pasku w szafie, zażywając uprzednio leki i kokainę oraz tnąc żyły sztyletem.

Andrew Wilson, „Alexander McQueen. Krew pod skórą”, wyd. Sine Qua Non

20161129_131247

3 Komentarze

  1. Żukowski
    30 listopada 2016

    premiera w światowy dzień walki z Aids. ciekawe kiedy w PL ten temat przestanie być tabu.

    Odpowiedz
    • michalzaczynski
      30 listopada 2016

      Ale to raczej zbieżność terminów. A dlaczego uważasz, że w Polsce to tabu? I co konkretnie?

      Odpowiedz
  2. Kuba
    1 grudnia 2016

    Jaki temat tabu? Nie bardziej niż każda inna choroba. Chorobą nie powinno się epatować. Żadną! A jeśli autują się cukrzycy, niech się wyautują hivowcy. Wtedy sami przełamią tabu.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz