„Pseudoprojektantka”. Internetowy lincz – studium przypadku.

Moda | 7 kwietnia 2017 | 15 komentarzy

Znacie Annomalię? Na pewno znacie. Pisali o niej ostatnio wszędzie. Że jest oszustką. Że cwaniarą. Że nie płaci. I żeby jak najdalej od niej. Kto pisał? Rozżalony ekspracownik, któremu nie zapłaciła za pół roku pracy. Kto powtórzył to za nim? Gazeta.pl, Super Express, Newsweek, wykop.pl, armia użytkowników Facebooka…

Annomalia. Fot. Marta Brodziak

Zaczęło się od razu z grubej rury. Tomasz Góralczyk AKA Tom Liam Góralczyk, zatrudniony przez finalistkę programu TVN Project Runway, projektantkę Annę Młynarczyk AKA Annomalia, odpalił poświęconą jej stronę www (KLIK), na której szczegółowo opisał historię swojej walki o pieniądze. Walki wygranej, o czym świadczy skan decyzji sądu. Ale też niedokończonej, bo Annomalia nadal nie chciała (wg stanu rzeczy z 30 marca) wypłacić mu pensji. Rozżalony i wściekły poszedł na całość.

Wszyscy temu przyklasnęli. Mało to bowiem znamy takich przypadków? Bo to raz słyszeliśmy o niecnych praktykach w naszej branży? I nie tylko naszej, bo niepłacenie to przecież w Polsce zmora. Podobnie jak brak umów, unikanie uiszczania zusowskich składek, darmowe nadgodziny czy staże. Cały ból prekariatu, którego zresztą i ja poniekąd jestem częścią, odkąd łatwiej spotkać na ulicy Yeti niż dostać w mediach etat. Oszukani na ogół jednak boją się ujawniać takie niesprawiedliwości. A tu proszę, ktoś miał odwagę. W dodatku pieczołowicie swoje krzywdy udokumentował. Zatem zuch i brawa.

Annomalia

Nie mam zamiaru bronić postępowania Annomalii. Rozumiem Toma Liama i mu współczuję. Co do tej dokumentacji mam jednak pewne obiekcje. To ujawnianie rozmów z pracodawczynią; było nie było prywatnych. To publikowanie także rozmów z innymi wcześniej zatrudnionymi przez nią osobami. Bo pokrzywdzonych – wg Góralczyka – było więcej. Długaśny, zawstydzający czytelnika (ale też i obie strony) ekshibicjonistyczny wywód, dzięki któremu wiemy więcej niż potrzebujemy i niż byśmy chcieli. Najbardziej upokarza on, oczywiście, projektantkę.

Jestem jak najdalszy od twierdzenia, że jego autor, tj. Góralczyk, mija się z prawdą. Nie mam zresztą, w świetle wyroku sądu, podstaw. Jak jednak odnieść się mam do „zeznań” innych poszkodowanych, skoro występują tu anonimowo? Faktograficznej wartości nie ma to żadnej, nijak nie możemy sprawdzić ich wiarygodności, a przytaczanie rozmów z nimi – rzeczywistych lub rzekomych – ma na celu tylko spotęgowanie nagonki na Annomalię.

Druga rzecz, kwestia wyliczenia niezapłaconych miesięcy. Na stronie internetowej czytamy o sześciu. Jednak w rozmowie z InnPoland (KLIK) skrzywdzony pracownik nieco już zmienia wersję: na jakiś darmowy okres rzeczywiście się zgodził. Co by się zgadzało z tym, co projektantka twierdzi: miał on świadomość, że przez określony czas pracuje za darmo (jakkolwiek beznadziejna to praktyka gratisowych staży, to jednak często stosowana i zgodna z prawem).

Trzecia sprawa: brak umowy. Na to zwróciła uwagę  większość komentatorów; dostało się też i Góralczykowi, że sam zgodził się bez niej pracować. Tu go bronię; wiele młodych, nawet całkiem ogarniętych osób pracowało w swoim życiu – w tym i ja, całkiem zresztą nieświadomie – bez umowy. Chyba nikt jednak nie zauważył, że już w pierwszych zdaniach nazywa on Annomalię „pseudo projektantką”. Dla mnie był to jeden z kluczowych powodów, dla których nie dołączyłem do tego internetowego linczu. Bo sprawa dotyczy unikania zapłaty, a nie talentu czy walorów artystycznych jej kolekcji. Nieustannie określając ją mianem „pseudo projektantki” dodatkowo ją ośmieszył.

Annomalia kolekcja

 

Kiepsko też to mówi o nim samym. Dlaczego przez pół roku godził się na darmową pracę dla kogoś – w jego oczach – bezwartościowego? Czego niby chciał się nauczyć, skoro na mentorkę wziął sobie – w jego opinii – beztalencie? Nie tylko zresztą w jego, skoro ze skanów rozmowy z inną ekspracownicą dowiadujemy się – nadal kompletnie bez związku ze sprawą – że pracować dla Annomalii to „siara” i jej dzieła to „śmierdzące lateksowe gówno”. To już jest upokarzające. Zwłaszcza, jeśli powtarzane przez gazety i portale o milionowym czytelnictwie. Ja bym rozważał proces o zniesławienie, bo drastycznie przekracza to prawo do krytyki (KLIK).

OK, powiecie, że nie wiedział. Że pseudoprojektantką okazała się po czasie, gdy opadł złoty kurz TVN-owskiej produkcji. Ale wystarczyło przecież sprawdzić, że to Annomalia stała za niejakim Project ZOA, którego kolekcje można było oglądać na łódzkim fashion weeku. Dla mnie były po prostu straszne, o czym napisałem zresztą TU. I TU.

Ale moja – ani czyjakolwiek – opinia na temat dawnej czy obecnej twórczości projektantki nie ma tu znaczenia. Znaczenie ma fakt, że Tom Liam miał możliwość wcześniej przekonać się, do jakiej marki uderza. To, że wybrał „pseudo projektantkę” świadczy więc i o jego guście. I nie mówcie mi o desperacji wynikłej z braku środków do życia. Zdolnych projektantów jest u nas mnóstwo. Tak samo, jak nie wierzę, że ktoś nie ma wyjścia i pracuje w tabloidach czy rzekomo niepokornych gadzinówkach, tak nie wierzę, że zmuszony jest pracować dla małych odzieżowych firemek, którymi gardzi. Zwłaszcza na warszawskim, dużym rynku.

I tak samo nie wierzę, że nie dało się inaczej sprawy załatwić, skoro do Annomalii zapukał już komornik (o czym za chwilę). Ten  lament, choć żal mi z całego serca oszukiwanych osób; nieraz sam też zostałem finansowo wykorzystany, przypomina mi opublikowanie przez Pawła Deląga postu o rzekomo fatalnej jakości koszulkach Roberta Kupisza, które ponoć skurczyły się o dwa rozmiary w praniu. Aktor nie poszedł do butiku, nie reklamował T-shirtów (stąd nie wiemy, czy np. nie wyprał ich w 90 stopniach albo że była to wada fabryczna, z powodu której z pewnością dostałby zwrot pieniędzy), tylko od razu rzucił się na Facebook, ośmieszając projektanta.

Paweł Deląg i Kupisz

 

A co na tę aferę sama Annomalia? W rozmowie z Plotkiem.pl (KLIK) dość nieskładnie językowo wyjaśnia: „Umówiliśmy się na bezpłatny 3 miesięczny staż (…). Po upływie 3 miesięcy powiadomiłam Pana Góralczyka, że z powodu przeciągających się rozmów z inwestorami nie jestem w stanie z nim podjąć współpracy (…). Pan Góralczyk powiedział mi, że wierzy w wizję marki i chce być w dalszym ciągu częścią projektu, mimo niepewnych warunków płatniczych. Padła propozycja regulacji od momentu wejścia inwestorów (…). W czerwcu zostałam poinformowana, że albo natychmiast zapłacę za okres od stycznia, czego oczywiście nie zrobiłam, ponieważ uznałam to roszczenie za niezgodne z naszymi wcześniejszymi ustaleniami. Pan Góralczyk skierował sprawę do sądu, którą przegrałam z powodu nieuczestniczenia w procesie, spowodowanego wysyłaniem korespondencji sądowej na nieaktualny adres. Wyrok został wydany poza moją wiedzą i kiedy się o tym dowiedziałam, chciałam załatwić sprawę polubownie z Panem Góralczykiem. Kwota, która została zasądzona była absolutnie nieadekwatna do wykonywanej pracy i nie miała nic wspólnego ze stawkami, na jakie się uprzednio umówiliśmy (…). Znaleźliśmy się w punkcie, gdzie spółka Annomalia reguluje należności przez komornika zgodnie z wyrokiem sądu (…). Jest mi wyjątkowo przykro z powodu zaistniałej sytuacji (…).

Ściemnia? Może tak. Mówi szczerze jak na spowiedzi? Też niewykluczone. Pewnie też nie zna prawa, bo raczej trudno o polubowne dogadywanie się po wyroku. Ale oceniać to jedynie prawnikom. I czytelnikom Plotka. Bo niektóre redakcje zamieściły wersję tylko jednej strony.

Oczywiście, same działania Annomalii także są załamujące z PR-owego punktu widzenia. I nie tylko o nędzną składnię wypowiedzi w tak ważnej sprawie chodzi. Poprosiłem projektantkę kilka dni temu o komentarz do sprawy, uprzedzając, że nie chcę o niej pisać bez poznania jej stanowiska. Obiecała odpowiedzieć, ale zamilkła. Milczy również jej Facebook, a przynajmniej tu, w obliczu takiej katastrofy wizerunkowej, powinna opublikować oświadczenie.

Może więc obie strony są warte siebie. Ale warci siebie jesteśmy też my, gorączkując się i emocjonując takimi historiami. Codziennie ktoś gdzieś wygrywa podobne sprawy. Czy przy euforycznym udziale mediów robi z tego aferę na całą Polskę? Nie. – A może szkoda, bo wtedy nie byłoby takich problemów i pracodawcy byliby uczciwsi? – spytacie. Nie jestem pewien. Nie takimi metodami, nie w takim stopniu niszcząc i medialnie linczując drugą osobę.

Kara jaką spotkała niepozbawioną przecież winy Annomalię jest niewspółmierna do jej grzechów. Bo ona rzeczywiście – i tu się zgadzam z opiniami – nie ma już czego w branży mody szukać. Pytanie, czy ma czego szukać Tom Liam pozostawiam otwarte. Ale najbardziej obawiam się, że ten casus ośmieli innych – przede wszystkim zaś media (a o tym jak od płacenia wymigują się niektóre z gazet czy portali mógłbym zrobić odrębny, z pewnością bardzo klikalny wpis) – do publikowania kolejnych historii tego typu. Słabiej udokumentowanych, bardziej wrażliwych i wątłych dowodowo. Za to z udziałem osób jakkolwiek znanych z telewizji, którym w imię niepisanej wojny media (tj. naród) versus celebryci można dokopać. Nawet jeśli – jak w tym przypadku – to kopanie leżącego.

Ps. Oskarżyciel Tom Liam Góralczyk prowadzi własnego bloga. Niejawnego, bo na punkcie własnej prywatności jest jednak tak czuły, że dopuszcza doń tylko wybranych, wcześniej przez siebie zaakceptowanych czytelników.

Fot: skan annomalia.net, fanpage Annomalia; zdjęcie projektantki: Marta Brodziak.

Liam Official Blog

15 Komentarze

  1. paero123
    7 kwietnia 2017

    Deląg musiałby być Chuckiem Norrisem aby wyprać ręcznie (jak napisał na fb) w 90 stopniach (jak Pan napisał) ;-)

    Odpowiedz
  2. Kasia
    7 kwietnia 2017

    Cześć źle jednak przestudiowales ten przypadek. Po pierwsze Liam nie urzywa okreslenia lateksowe gówno . Po drugie osoba opisywana czyli ,,projektantka” dokonała wielu nadurzyc.Świadczą o tym komentarze na forum dla projektantów ubioru przy czym czuła się bezkarna i stale szukała nowych osób którym obiecywala podczas rozmów ze jednak im zapłaci jak tylko…..
    Rozumiem ten lincz. Może dzięki niemu młodzi ludzie będą się częściej upominać o swoje a pracodawcy będą bali sie oszukiwać.

    Odpowiedz
    • michalzaczynski
      7 kwietnia 2017

      Kasiu, chyba jednak z rozpędu nie doczytałaś. Nie napisałem, że to Liam użył określenia „lateksowe g…”, tylko że zacytował ekspracownicę, która tak się wyraziła. Co do uczciwości projektantki – sąd się wypowiedział i nie śmiem podważać wyroku. Naprawdę współczuję pokrzywdzonym i uważam, że wymigiwanie się od zapłaty jest naganne. Ale mimo że tak jak Ty rozumiem tę złość, nie popieram działań mediów i samej formy omawianego przeze mnie wpisu. Pozdrowienia.

      Odpowiedz
      • Kasia
        7 kwietnia 2017

        Cieszę się ;) jakie dzialania za tem proponujesz skuteczną jako skuteczną ,,walkę” z tego typu zachowaniami skoro prawowocny wyrok sądu i proby ściągnięcia należności nie działają a nieuczciwy pracodawca wciąż szuka coraz to nowych osób ?

        Odpowiedz
        • michalzaczynski
          7 kwietnia 2017

          Wystarczyłoby przeredagować tekst, usuwając z niego kilka treści. Inna sprawa, do firmy wszedł komornik, zatem zaległości zostaną lub też zostały uregulowane.

          Odpowiedz
          • Kasia
            7 kwietnia 2017

            Widzisz tu sprawa nie jest taka prosta. Nie będę się tu rozpisywać o co chodzi. Rozumiem ze mogły Ci się nie spodobać lincze oraz tresci niektórych artykułów. Niestety też miałam okazję współpracować z ta osoba. Czasami ponoszą nas emocje . Mnie ta współpraca kosztowała wiele. Osoba ta po całej sprawie z Liamem nie wypłaciła tez całej należnej i ustalonej kwoty mojej koleżance która też robiła dla niej oprawę graficzną. A to ze Liam ma prywatnego bloga to jest już tylko jego sprawa ;) pozdrawiam i juz nie komentuje

  3. olkaaa
    8 kwietnia 2017

    Znam ten ból. Ostatnio tłumaczyłam dla nie byle jakiej zdawałoby się instytucji – Konsulatu RP w Edynburgu. Po dwóch miesiącach od wystawienia faktury po wysłaniu wezwania do zapłaty dowiedziałam się, że mi nie zapłacą, bo dopatrzyli się błędów w tłumaczeniu. Dokładnej rozpiski rzekomych błędów nie otrzymałam do dziś. Ja mam tylko fakturę za usługę, a mogłam spisać umowę. Moja strata, bo nie będę o 50 funtów zakładać sprawy, której koszty wraz z wynajęciem prawnika przekroczyłyby tę sumę pięciokrotnie. Ale co się nasiedziałam tłumacząc – to moje :( Także wyzysk staje się coraz bardziej powszechny nie tylko przez prywaciarza. Oczywiście nie popieram oczerniania projektantki w dość niewybrednych słowach, ale publikowanie historii i przestrzeganie innych przed pracą u niej już jak najbardziej. Jeżeli ktoś dogaduje się z Tobą, że masz coś dla niej/niego zrobić, a później nie płaci to jest po prostu draństwo. No chyba, że strony zawarły jakąś ustną lub pisemną umowę o wolontariacie.

    Odpowiedz
    • michalzaczynski
      8 kwietnia 2017

      Pełna zgoda.

      Odpowiedz
    • Karolina
      8 kwietnia 2017

      Może jednak lepiej byłoby się sądzić :) przegrana może zniechecilaby ich do niepłacenia innym osobom, a umowa to umowa, nie musi miec żadnej super formalnej formy, korespondencja na fb to też umowa.

      Odpowiedz
      • olkaaa
        9 kwietnia 2017

        Konsultowałam się z prawnikiem i twierdzi on, że jestem na prawie. Muszę przemyśleć sprawę, bo z jednej strony kwota nie jest wysoka. Ale patrząc na to z innej strony: nie wolno dać się wykorzystywać.
        Co ciekawe – w trakcie zlecenia instytucja ta była na tyle bezczelna, że przesłali mi do tłumaczenia jakieś dwa dokumenty niezwiązane kompletnie ze zleceniem. Jako, że obydwa miały po pół strony – nie doliczałam tego do rachunku. Tak się właśnie opłaca bycie uczciwym.

        Odpowiedz
        • olkaaa
          9 kwietnia 2017

          Zapomniałam dodać, że Pani zlecająca tłumaczenie napisała coś w stylu „Te teksty musiałyby być przetłumaczone w ramach całościowej usługi” czy coś w tym stylu.
          Niezły tupet!

          Odpowiedz
  4. Irek
    11 kwietnia 2017

    Ci lojalni pracownicy to pewnie dużo mega profesjonalnej roboty odwalili

    Odpowiedz
  5. olkaaa
    13 kwietnia 2017

    I tutaj nasuwa się słynne powiedzenie „Chytry dwa razy traci”. Pani projektantka nie dość, że zepsuła sobie opinię chcąc przyoszczędzić na pracownikach to w dodatku niedługo pewnie zwinie interes bo afera wokół niej na pewno nie przysporzy jej klientów. Ja z pewnością nie chciałabym dorabiać kogoś takiego wiedząc, że innych ma za murzynów. Co do usług to cóż, zapewne jaka praca taka płaca. Nauczka na przyszłość: spisywanie umowy przed rozpoczęciem pracy i dogadywanie się zawsze na piśmie albo mailowo, nie na przysłowiową „gębę”. Sama również muszę wprowadzić to w życie, bo niestety nawet wystawianie faktur nie zawsze działa. Kiedyś miałam do czynienia z kontrahentem, który po otrzymaniu ode mnie tłumaczenia stwierdził, że…już go nie potrzebuje. Na szczęście ostatecznie zapłacił, pewnie wystraszył się sądu.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz