Judyta Fibiger: „Barbara Hulanicki” – recenzja.

Moda, Proponowane | 1 czerwca 2017 | Jeden komentarz

Ta książka ma niepodważalną zaletę: nie można od niej się oderwać. Ma też znaczącą wadę: jest fatalnie skonstruowana i niezredagowana. Nieco mizdrzy się do czytelnika, z góry zakładając, że nie jest on szczególnie wymagający.

barbara-hulanicki

Najpierw o zaletach. Wydawało mi się, że o karierze, jaką zrobiła Barbara Hulanicki wiem sporo.  Ponad 10 lat temu byłem zresztą jednym z pierwszych dziennikarzy z Polski, z którymi rozmawiała (jej wypowiedzi ukazały się wówczas we Wprost); w każdym razie na długo przed tym, zanim pierwszy raz – jako dorosła osoba – przyjechała do naszego kraju. Okazuje się, że wiedziałem niewiele.

Biba

Skala jej dokonań jest zdumiewająca. Owszem, stworzyła jedną z najważniejszych marek lat 60. w Wielkiej Brytanii, a przy okazji najbardziej ekstrawagancki dom towarowy w historii Londynu, natomiast zaskakujący jest jej wpływ na rozwój (pop)kultury, mody i samej marki Zjednoczonego Królestwa. Swingujący Londyn – ona. Naręcza kumplujących się z nią lub kupujących u niej gwiazd (Beatelsi, Stonesi, Bowie, Cher, Brigitte Bardot, Freddie Mercury, Federico Fellini, Marcello Mastroianni, księżna Anna, Frank Sinatra, Barbra Streisand i tak dalej) – ona. Trzy miliony ubrań sprzedanych w 12 lat funkcjonowania Biby (a były tylko trzy sklepy, w dodatku jeden zastępujący drugi) – ona.  Koncerty w należącej do Biby restauracji (od Liberacego przez New York Dolls po Sex Pistols) – ona. Ba, nawet jej ekspedientki, jeśli wówczas anonimowe, to z czasem – hmm – nieco się wybiły, by wspomnieć choćby o pracującej w Bibie młodej dziewczynie o nazwisku Anna Wintour.

Mnóstwo w tym wywiadzie – rzece faktów, szczegółów i danych. Wielkie nazwiska, słynne miejsca czy anegdoty wyskakują tu z każdej praktycznie strony niczym atrakcje w lunaparku.

20170531_165452

Świetnie (jakkolwiek niezręcznie to zabrzmi) czyta się też o upadku Hulanicki, odebraniu jej firmy przez kanciarzy, pozbawieniu fortuny i praw. Książka w znacznej mierze jest dzięki temu kroniką absolutnej beztroski, braku choćby podstaw wiedzy biznesowej i bezkresnej naiwności Hulanicki. No cóż, easy come, easy go, można powiedzieć.

Na szczęście, wbrew pozorom, kariera Hulanicki wcale nie skończyła się z krachem Biby; zanim zajęła się wnętrzarstwem i restaurowaniem artdecowskich domów w Miami pracowała m.in. dla Cacharel i stworzyła linię kosmetyków dla H&M-u. Ów wywiad jest jednak przede wszystkim opowieścią o pasji i nieprzebranych pokładach kreatywności jego bohaterki.

Ta książka, jak przystało na Fibiger, autorkę filmów dokumentalnych, jest też świetnie udokumentowana. I zilustrowana, co często na jedno wychodzi. Jeśli Hulanicki opowiada o wygranym w połowie lat 50. konkursie gazety „Evening Standard” na kostium plażowy – na stronach obok oglądamy zarówno projekty jak i zdjęcia artykułów. Jeśli opowiada o wstawieniu się „The Sunday Timesa” za Hulanicki podczas jej walki o Bibę z nieuczciwym inwestorem – mamy zamieszczony stosowny wycinek z tego dziennika.

20170531_165423

Kto wie, czy najciekawsze nie są jednak fragmenty o życiu prywatnym Hulanicki. O dorastaniu, o apodyktycznej ciotce, o ukochanym, zamordowanym przez bojówki syjonistyczne ojcu – dyplomacie i przewodniczącym delegacji olimpijczyków – z którym kilkuletnia Barbara, wraz z matką, wyjechały do Palestyny latem 1939 roku, ostatnim statkiem z Gdyni. O znajomości ojca z marszałkiem Piłsudskim, Jarosławem Iwaszkiewiczem czy z Edwardem Rydz Śmigłym, którego Barbara była… chrześnicą, czy o siostrze ojca, tańczącej z Isadorą Duncan. Wspomnienia Hulanicki, jej pogląd na rzeczywistość kolejnych dekad i doświadczenia są ciekawsze niż jej opinie na temat obecnych kolekcji marki GAP.

Wydawca jednak zdecydował, że książka znajdzie się na półce „moda”. I tu przejdę do zarzutów. Główne? Pytania nierzadko dłuższe od odpowiedzi. Ni to wstępy ni to leady kolejnych rozdziałów z rodzaju „Historia Barbary jest opowieścią o niesłychanym, pełnym zwrotów życiu”. No to akurat wiemy już choćby z pobieżnej lektury. Fibiger ma też prawo powtarzać w rozmowie z Hulanicki: „jestem w szoku!”, bo opowieści bywają zupełnie nieprawdopodobne, jednak rolą redaktora jest wyrzucać takie wyznania przed oddaniem książki do druku. Podobnie jak nagminne ple ple o wspólnych lunchach z Barbarą, o piciu soków, pogodzie i innych kwestiach, które mają, jak się domyślam, uwiarygodniać tę rozmowę (a po co; przecież widać, że nie była robiona mejlowo czy przez telefon) i przybliżyć obie (niestety obie, a powinna przybliżona być tylko bohaterka książki) postaci czytelnikom. W ten sposób z porywającej biografii robi się wywiad w „Gali”.

Ale to nie jest raczej przytyk pod adresem Fibiger, lecz skierowany do wydawcy. I redaktorów. Co prawda autorka dziękuje w książce za „rewelacyjną redakcję”, jednak nawet jeśli była to grzecznościowa, bezpłatna przysługa, nie ma w niej nic rewelacyjnego. Nikt nie usunął zdawkowych, mało interesujących wypowiedzi, niepociągniętych tematów i niewnoszących nic fragmentów. Vide:

„W 2009 roku zaprojektowałaś kolekcję dla Topshopu. To była duża rzecz. Jak do tego doszło? – Podczas wystawy moich rysunków w Londynie ludzie z Topshopu podeszli do mnie i złożyli mi propozycję”.

I w zasadzie koniec wątku, nie licząc wzmianki, że Kate Moss też zrobiła kolekcję dla tej marki, kopiując sukienkę Biby. Chyba że przeoczyłem. Tematy bowiem  - i to już naprawdę psuje lekturę – skaczą. Ten sam potrafi niezrozumiale powrócić w kilku zupełnie różnych miejscach (typu: „a powróćmy jeszcze do…”); często z tymi samymi wnioskami. Podobnie powtarzane bywają te same sentencje Hulanicki.

Dlatego trochę szkoda okazji.  Przy całej robocie, książka jednak sprawia wrażenie powierzchownej i niedokończonej.

 

20170531_165400

 

„Barbara Hulanicki. Judyta Fibiger rozmawia z kultową projektantką mody”, wydawnictwo Znak litera nova, Warszawa, 2017r. 

1 Komentarz

  1. Magda
    7 czerwca 2017

    Karolina Sulej w „Barłogu literackim” też mówi o tej książce zachwalając jej estetykę i podkreślając kreatywność p. Barbary.
    Nie czytałam jeszcze, ale może się skuszę mimo, o wtrętach „wydmuszkach”, o których Pan pisze (szczerość się chwali).
    Pamiętam, że kiedy zabrałam się za biografię Maleńczuka (wywiad) to miałam ochotę rzucać książką o ścianę za każdym razem gdy czytałam: „Wrócimy do tego później…” – po 10 stronach zwróciłam do biblioteki.

    Ps. W sh można natknąć się na ciuchy od Biby – mam nawet stamtąd dżinsy;)
    Pozdrawiam!

    Odpowiedz

Dodaj komentarz