Cyrk przyjechał

Waliły przy każdym finale gongi. Karły w romskich strojach rzępoliły strunami. Turkotały talerze, ponosząc napięcie przed skokami z trapezu. Strzelały baty, świstały bicze. Błyskało i błyszczało. Od reflektorów, od bistoru kostiumów i od brokatu makijaży. Wszystko wirowało. Dziecku mogło się zdawać, że namiot pęcznieje od tego zgiełku, światła i koloru, aż w końcu eksploduje zamieniając się w chmurę konfetti.

cyrk-4

Tekst ukazał się oryginalnie po angielsku w wydawanym w Londynie magazynie Unpolished. Tematem przewodnim numeru  jest magia, fantazja i surrealizm.

Ilustracja: Anna Halarewicz

 

Friko i Koko!

Słoń na pniu! Małpki w spódniczkach, czasem foki.

I orkiestra na arenie!

W finale zawsze akrobacje.

Jedna tancerka kiedyś spadła. W przerwie oferowali zdjęcie z wielbłądem. Za pięć złotych.

Radość, że przyjeżdża. Biegliśmy za ich wozami!

Podczas świątecznego śniadania zapanowała wesołość. Wystarczyło, że spytałem, jak pamiętają cyrk. Z dzieciństwa albo później. Babcia, mama, wujkowie i ciocie, urodzeni jeszcze przed wojną lub tuż po. Bo do Słupska, miasta na północy, niedaleko morza, przyjeżdżał co roku.

Friko i Koko, imiona klaunów, przewijają się do dziś. Słusznie animatorzy zabaw – i tych przedszkolnych, i tych w Sharm El Sheik – kojarzą te pseudonimy z profesją błazna. Małpki, słonie – do zobaczenia w zoo. Albo z tarasów bungalowów w Azji, gdzie polska klasa średnia, jak zresztą każda zachodniego świata, „wychodzi poza strefę własnego komfortu”. W cyrku raczej nie, bo do większości miast w Polsce cyrk ze zwierzętami ma zakaz wjazdu, w czym Słupsk, jak zauważyła przy stole rodzina, był jednym z pierwszych. Orkiestra? Właściwie wszędzie z niej zrezygnowano i największą szansę na angaż ma w reklamie syropu na kaszel: flecistka się krztusi, a zaraz jej partia, co grozi przerwaniem koncertu, ale wiolonczelista ma, na szczęście, przy sobie Bronchosol. Akrobacje zaś można obejrzeć w X-Faktorze albo Mam Talent, polskiej wersji Britain’s Got Talent. Nikt, przynajmniej u nas, jeszcze podczas nich nie spadł.

Nic dziwnego, że cyrk praktycznie przestał istnieć. Jasne, jest choćby Cirque du Soleil. Lecz on i podobne mu marki to taki melanż ceremonii otwarcia olimpiady, koncertu Madonny i pokazu Victoria Secret. Uberperfekcyjny konglomerat rozmaitych trików, sztuczek i sprawności. Bardziej Las Vegas niż poczciwy, romantyczny Fellini. Niedawno przeczytałem, co prawda, artykuł o obiecującym tytule „Młodzi Polacy założyli cyrk i odnieśli sukces”. Na zdjęciach jednak – wesołe pląsy trzech cudaków przebranych za Kinder Niespodzianki. Prawdziwy cyrk tymczasem miał ambicje i stronił od promocyjnych chałtur.

Choć bywało, że brał te zlecane mu przez władzę. Nie bez powodu jeden z wydziałów Uniwersytetu Łódzkiego oferował niedawno ćwiczenia konwersatoryjne „Pod skrzydłami władzy ludowej. Cyrk a polityka PRL-u”. W komunistycznej Polsce cyrk, jak wszystko inne, było znacjonalizowane. Państwowe. A od artystów wymagało się lojalności. Im dalej w las, tym więcej z nich stawiało opór, ale początkowo, w czarnych czasach stalinizmu lat 50., gdzie za delikatny tylko sceptycyzm wobec nowych porządków wsadzano do więzienia, nie było specjalnie wyjścia. Weźmy taki cyrk Trumanillo. „Eisenhower i Adenauer jako młoda para, ich drużbowie: generałowie hitlerowscy i wysiudany z Korei MacArthur. Pokornie drepcze Tito koło możnych tego świata, wdzięczy się i zaleca Franco w stroju operowej Carmen. Całe to doborowe towarzystwo ucieka przed gołębiem pokoju” opisywał lektor w Kronice Filmowej, pokazanej w rozliczeniowym „Człowieku z marmuru” Andrzeja Wajdy.

W latach 80., kiedy dziadkowie zabierali mnie do cyrku, cała polityczna propaganda, dla dziecka zupełnie zresztą niezrozumiała, zamykała się już tylko w występach artystów „zaprzyjaźnionych krajów demokracji ludowej”. Żonglerzy z NRD, czechosłowackie akrobatki, jakaś Rumunka przytwierdzana do obrotowego koła, w którą nożem rzucał jej rodak, brutal, chyba wąsaty. A do tego radzieccy siłacze w trykotach w bretońskie paski, jakby urwali się z tuż porewolucyjnej Odessy; choć może w istocie z niej pochodzili. Cyrkowi w Słupsku dodawali wówczas niejakiej światowości. Jedynej, na jaką odgrodzona od Zachodu Żelazną Kurtyną biedna i dość przaśna Polska mogła liczyć.

Co pamięta jeszcze z takiego cyrku sześciolatek? Trzy lody, jakie kupiła mu raz babcia, roznoszone na drewnianych tacach, przytrzymywanych tasiemką założoną na szyję chodzącej między rzędami hostessy. Lęk, że wpadnie się pod wysoką i już na pierwszy rzut oka kiepsko skleconą z byle desek trybunę. Błoto przed namiotem, bo lato na północy Polski nie różni się szczególnie od tego w Północnej Umbrii. No i samo szapito, czyli namiot. Brudnobiały, ogromny, z chorągiewką na czubku, widoczną z oddali i zapowiadającą swoim trzepotem ekscytującą przygodę.

A tej w prowincjonalnych miastach było mało. W Słupsku, gdzie jako warszawiak spędzałem wakacje, za atrakcję musiało wystarczyć pobliskie morze. Gdy była pogoda. Gdy jej nie było, zostawały wizyty u babci w rozdzielni prasy albo podwórko i ogródki działkowe za garażami na tyłach stromej, wyłożonej brukową kostką ulicy Westerplatte. Przy niej, wśród domów jak ten, gdzie mieszkali dziadkowie, stały okazałe jednostki wojskowe. Czasem wyjeżdżały z nich na manewry czołgi, zrywając w nocy na nogi całą okolicę i przesuwając figurki w podskakującym od drgań kredensie. Tyle z rozrywek dla dziecka. Dla dorosłych atrakcji było jeszcze mniej. Bywało smętnie i życie przemijało cicho.

A w cyrku dęli z całych sił muzykanci cyrkowe standardy. Waliły przy każdym finale gongi. Karły w romskich strojach rzępoliły strunami. Turkotały talerze, ponoszące napięcie podczas przymiarek do skoków z trapezu. Rzęził mikrofon konferansjera, anonsującego kolejną „gwiazdę światowych scen cyrkowych”. Strzelały baty, świstały bicze. Błyskało i błyszczało. Od reflektorów, od ognia trzymanego na drągu przez połykacza, od bistoru kostiumów i od brokatu makijaży. Wszystko wirowało. Dziecku mogło się zdawać, że namiot pęcznieje od tego zgiełku, światła i koloru, aż w końcu eksploduje zamieniając się w chmurę konfetti.

Bo jednak w tamtych czasach cyrk bywał przekonujący. I miał pretensje do sztuki. Ba, z pełną do niej legitymacją. To w Polsce działała wszak jedyna w Europie wyższa Państwowa Szkoła Cyrkowa i Państwowe Studium Cyrkowe. I to u nas, w Julinku pod Warszawą, istniał największy na kontynencie Zakład Widowisk Cyrkowych, założony w dawnych posiadłościach Michała Bersona, któremu komuniści odebrali po wojnie hipodrom, czego do tej pory nie mogą pewnie wybaczyć jego żyjący w Anglii potomkowie. Położony w środku parku narodowego kompleks prezentował się co najmniej szykownie. „W magazynach składowano maszty, krzesełka, ławeczki, areny. Warsztaty samochodowe przygotowywały do sezonu ciężarówki i ciągniki. W szwalni cerowano szapita i szyto uprzęże dla zwierząt. W zakładzie rzemieślniczym naprawiano sprzęt. Przy dużej i małej arenie znajdowały się stajnie, słoniarnia, basen dla fok i klatki dla innych zwierząt. Nad stanem zdrowia zwierzyny czuwali weterynarze zatrudnieni w wybudowanej obok lecznicy. Julinek miał swoją kotłownię, kuchnię, stołówkę, budynek administracyjny i hotel, w którym mieszkali artyści”, czytam w Polityce z 2005 roku w artykule pod wiele sugerującym tytułem „Baza cyrków wymarłych” .

Cyrk w Polsce, nawet jeśli ubogi krewny tego „American Horror Story. Freak Show” i nie tak ekstrawagancki, co ten ze zdjęć Diane Arbus, był profesjonalny. Ale kiedy pierwszy raz do niego poszedłem, wydawał on z siebie już ostatnie tchnienia. Nadchodziła konkurencja. Jeszcze emitowano w Polsce tylko dwa kanały telewizji, zwane po prostu programami, ale już po osiedlach krążyły pierwsze walkmany, sprowadzano magnetowidy i komputery. A ci najbogatsi, mający rodzinę na Zachodzie czy okresowo tam pracujący, ustawiali sobie na balkonach anteny satelitarne. Wielkie jak nadawcze stacji kosmicznej, pozwalały zlokalizować dzieciakom, dokąd biec – radośnie jak do cyrku! – na kreskówki. Bo do sąsiadów wpadało się jak do rodziny; do niemal wszystkich w ośmiopiętrowym bloku na Ursynowie mówiłem wujku i ciociu. Złodziejom też było łatwiej. Od razu wiedzieli, czyje splądrować mieszkanie i ukraść wszystko poza będącą symbolem statusu majątkowego rzeczoną anteną, której z racji jej gabarytów ukraść się po prostu nie dało. A sąsiadów obrabiało się wówczas w Polsce jak na Zachodzie sklepy, z których u nas w kryzysowych latach 80. wynieść dało się niewiele; najprędzej puste regały. Nadciągał jednak, jak w późniejszej piosence Scorpionsów, wiatr przemian. Cyrk zawiódł się zarówno na dokonującej się na przełomie dekad rewolucji technologicznej, jak i na politycznej.

Uznany w nowej, kapitalistycznej Polsce za przeżytek systemu, upadł niemal z dnia na dzień. Można było wyjeżdżać za granicę! Robić interesy, otwierać firmy! Zakładać partie, chodzić na bankiety! Oglądać MTV! Do cyrku nikt nie miał głowy. Zlikwidowano trzymające nad nim pieczę państwowe instytucje, zamknięto mentorskie ośrodki, w tym Julinek. „Ze stropów zwisają dziesiątki postrzępionych konopnych sznurów (…) rozbebeszone lodówki, podium, klatki, dziesiątki okien z kolorowymi nutkami na szybach i przedmiot przyciągający szczególną uwagę – ogromna drewniana skrzynia z odbitym ekslibrisem przedstawiającym dwie żyrafy (…). Dwie ostatnie wiaty są już tylko wielotonową kupą betonowego gruzu. Warsztaty samochodowe niedawno się spaliły. Jeden z hangarów wynajmuje firma produkująca okna dachowe”, pisała w kilka lat po likwidacji bazy „Polityka”. Po kolejnych kilku Julinek i pozostałych w niej emerytowanych artystów odwiedził fotograf Rafał Milach. Za dokumentujące tę wizytę zdjęcia otrzymał nagrodę World Press Photo.

Dziś ośrodek, a w zasadzie szkoła cyrkowa, znów działa, ale na minimalną skalę, właściwie tylko w budynku dawnego hotelu. Niezależnie powstał za to Park Rozrywki. Jedną z jego atrakcji, park linowy, cwanie nazwano Podniebnym Cyrkiem. Jest też wodna zjeżdżalnia Hippo Slide, pole do mini-golfa, są restauracje serwujące „dania kuchni włoskiej, burgery i potrawy przygotowywane metodą sous-vide” oraz gry i zabawy z animatorkami, które „mają głowy pełne pomysłów, by zadowolić nawet najbardziej wymagające dzieciaczki”.

Na olx.pl, takim powiedzmy eBayu, znalazłem ofertę. Gra planszowa „Cyrk”. Rok produkcji 1976, niedługo przed moim urodzeniem. Na pudełku dama w koralach wysypująca z kapelusza kostki. W środku plansza z tancerką na linie, królikiem, pingwinem. I instrukcja. Pole nr 3. Siłacz podnosi ciężar. Przesuń pionek na pole nr 19. Pole nr 12. Klaun spad z konia – cofnąć pionek na pole nr 7. Nikt nie licytuje.

 

Magazyn Unpolished możesz obejrzeć i kupić TU.

Dostępny także m.in.

w Barbican News, London; WHS Selfridges, 400 Oxford Street, London; Mondadori – Piazza del Duomo 1, Milano; Paris LIBRAIRIE DU PALAIS DE TOKYO, 13 Avenue du Président Wilson, 75116; Do you read me?, Magazine und Lektüre der Gegenwart, Auguststrasse 28, Berlin-Mitte; Super Salon – 10 Chmielna Street, Warsaw; Sztuka Wyboru – 19 Słowackiego Street, Gdańsk.

Ilustracja specjalnie dla tego tekstu: Anna Halarewicz (http://www.annahalarewicz.eu/)

unpolished 3

UNPOLISHED3 CIRCUS-page-001 (1)

Dodaj komentarz