Sytuacja typu lose-lose

Ponoć inteligentni ludzie się nie nudzą. To prawda. Ale tylko w samotności. W towarzystwie bowiem potrafią już, nie tylko zresztą ci inteligentni, nudzić się jak mopsy.

alternatywy

 

Na niedawnym rozdaniu jakichś nagród dla gadżetów sezonu (w naszej branży sporo tego), podeszła do mnie jutuberka, dyskontująca właśnie swoją popularność udziałem w telewizyjnej reklamie. Po chwili dołączył specjalista PR, rekompensujący sobie brak tej popularności służbową kartą na lancze z klientami. Szybko znaleźli wspólny język, bo ten drugi chciał być jak tak ta pierwsza. Było więc o monetyzowaniu treści, dywersyfikacji kontentów i innych rzeczach o trudnych nazwach. I tak przez pół godziny. Moja obecność im nie przeszkadzała. W końcu wywinąłem się i poszedłem w ciekawsze miejsce, co atoli zostało przyjęte z urazą i niedrobnym dąsem.

Przewlokłem się też przez prywatkę. Potykając, po prawdzie, o zdjęte buty gości, co powinno dać mi do myślenia. Najpierw oglądano „Opole na bis – koncert pięćdziesięciolecia”. Sprzed roku. Potem kokoszono się przed TopTrendami Polsatu. Sprzed dwóch. Cały wieczór. Ponieważ w zaproszeniu pozorowano atrakcyjne spotkanie towarzyskie, coś tam czasem do figurantów zagadywałem. Ale mnie uciszano, bo akurat „Czas nas uczy pogody”, bo Beata, bo Sylwia Grzeszczak (tak, Sylwia Grzeszczak!). Jak w sali telewizyjnej domu wczasowego, w której nigdy nie byłem. Wstałem więc, pożegnałem skarpetki i pokornie wyszedłem. Na adieu ostentacyjnie przewrócono mi oczami! No jak tak można?

Ano można. Taki jest właśnie paradoks savoir vivre’u: ci, którzy zachowują się źle, żądają, byś zachował się dobrze. Ba, savoir vivre to wręcz sztuka reagowania grzecznością na niegrzeczność, takie chrześcijańskie nadstawianie drugiego policzka. I spotyka to każdego i wszędzie. Nawet w windzie, gdzie ludzie dziękują sobie za – nazwijmy to – wspólną podróż, względnie wyrażają wolę ponownego widzenia. Pracowałem kiedyś w redakcji na 26 piętrze, kilka poniższych zajmował bank. Panie z dokumentami zjeżdżały z 25 piętra na 23 i 22, panowie – z 20 i 21 wjeżdżali na 24. I odwrotnie, i tak w kółko, bo nikomu nie chciało się pójść schodami. Przez co dotarcie na parter zajmowało nieraz kwadrans. Ale niezmiennie oczekiwali, by im za to dziękować i się żegnać.

W pożegnaniach etykieta w ogóle jest niewdzięczna. No bo co zrobić, gdy przy wyjściu z gali spotykam znajomych, którzy koniecznie chcą pogawędzić przy papierosku, podczas gdy moja towarzyszka trzyma już ubera, blokującego ulicę? Zignorować ich czy ją? Coś muszę wybrać. Intuicja podpowiada mi zajęcie się dziewczyną, poprzedzone small talkiem ze znajomymi, zwłaszcza, że jedna z nich w swej nietrzeźwości wisi mi już na szyi. „Zajebiście dawno cię nie widziałam, pamiętasz Zurych?!”, wykrzykuje. Tyle że gardzę small talkami, nie pamiętam Zurychu, nie ma czasu i uber zaraz odjedzie, za to w grupie znajomych jest taka jedna spryciara, która półtora roku trzyma moje przewodniki po Portugalii i nie oddaje mimo gróźb, więc chętnie pokusiłbym się o jakiś public shaming, by je wreszcie odzyskać, a to przecież naprawdę nieeleganckie.

To są trudne sprawy. Nie rozwiążą ich nawet na Uniwersytecie Warszawskim, a trzeba wiedzieć, że obecnie na piątym roku dziennikarstwa savoir vivre’owi, poświęcony jest tam oddzielny przedmiot. Jest o tym, jak poprawnie adresować list (o czytaniu cudzych nic nie było) i naklejać znaczek. Albo jak zwracać się do rektora, jak do biskupa, a jak do rektora, który jest biskupem. Wykłady wieńczy egzamin. Większość studentów i tak go oblewa. Nic dziwnego. Przykładowe pytanie? „Chcesz wejść do pokoju, ale drzwi z mlecznej szyby są zamknięte. Co robisz?”. Odpowiedź – wchodzisz bez pukania, bo drzwi są ze szkła. A to, że z mlecznego, nie ma znaczenia. Tyle że zrób taki numer swojemu przełożonemu albo zajętym paniom w kadrach. Syk oburzenia masz jak w banku.

Dlatego też savoir vivre to klasyczna sytuacja typu lose-lose. Także ten związany z dress codem. On po prostu nie nadanża, jak mówią millenialsi. Nie tylko za millenialsami zresztą. W przypadku tego damskiego nadal, na przykład, wspomina o futrzanych płaszczach i etolach, „jedynych odpowiednich na wyjście do opery”, a przecież miejsce jenotów czy lisów jest dziś w tundrach i lasach, a nie na grzbietach dufnych matron. W męskim niby jest lepiej. Chociaż bawiłem niedawno na przyjęciu marketingowo – dyplomatycznym. Temat spotkania: męski styl. Przedstawiciele firm z ową dyplomacją związanych, zachwalali swoje usługi w przydługich prezentacjach (trzy kwadranse o goryczce jałowca w dżinie; seriously?), niewyprasowanych krawatach i – też się zdarzyło – z niezapiętym rozporkiem. Aż chciało się podejść i coś szepnąć nieszczęśnikowi! Wszyscy jednak oglądaliśmy „Projekt Lady” w TVN-ie i wiemy, że żadna dama nie zwróci nikomu uwagi, nawet gdy mentorce Irenie natka przykleiła się do zębów. Choć sami za taki ratunek bylibyśmy wdzięczni. Na savoir vivre, jako się rzekło, nie możemy więc liczyć.

c.d.n.

 

Oryginalna wersja felietonu ukazała się w Fashion Magazine 01/2019

Fot: kadr z serialu „Alternatywy 4″. Reż. S. Bareja.

 

2 Komentarze

  1. Magda
    2 marca 2019

    Na coś się te męczarnie towarzyskie przydały, skoro zaowocowały takim wspaniałym tekstem, że o zdjęciu nie wspomnę – szczerze tęskniłam.;)

    Odpowiedz
    • michalzaczynski
      2 marca 2019

      Co wycierpiałem to moje; uber też piechotą nie chodzi :) Dziękuję, postaram się nadrobić zaległości.

      Odpowiedz

Odpowiedz do Magda

Anuluj odpowiedź