Dystans, głupcze!

Ponoć najważniejsze to mieć do siebie dystans. Czemu? Celebrytki raczą wiedzieć. Wszak to one w wywiadach kompulsywnie wygłaszają ową kwestię. A jeśli jej nie wygłaszają, to dopiszą ją sami redaktorzy, by mieć coś chwytliwego do leadu czy wyimku.

Dystans!

Choć tę chwytliwość rad bym kwestionować. Skoro – jako się rzekło – sentencja o dystansie od lat ściele się gęsto, któż jeszcze może na nią się złapać?

Ha, i tu was (nas) mam. My wszyscy. Dystans, rzekomo cnót wzór, przeciwstawiany jest przecież braku poczucia humoru, obciachu i własnej wartości oraz małostkowości i histerii. A nikt nie chce być brany za histeryka, o reszcie wspomnianego repertuaru nie mówiąc.

I nawet jeśli dystans do siebie jest ostatnim luksusem, na jaki stać nauczyciela dyplomowanego z Olsztyna z paskiem wypłaty dwa dwieście i zapłakaną kuzynką na sumieniu oraz pierwszym, na jaki nie stać ogarniające nasze PKB i równie przykładnie szczute przez pracodawców sto tysięcy warszawiaków z Mordoru, pieszczotliwie nazywanych przez wdzięczny im naród korposzczurami, trzeba zacisnąć pięści i zęby. I mieć dystans.

Czym jest dystans w wykonaniu celebrytek – wiemy. To wrzucanie selfie na Instagram #bezfiltra albo z zakupów podczas wyprzedaży. Że niby sławna i zamożna, a tu proszę, też nie lubi przepłacać, jak my wszyscy. Ludzka pani. Coś jak Adele, co chwaliła się majtkami z Primarku za funta, choć „Sunday Times” szacuje jej majątek na 140 milionów razy tyle. 

Trudniejszy do zdefiniowania jest dystans do siebie jako taki. W sumie nic dziwnego; niełatwo wszak też określić, czym dokładnie jest tzw. bycie sobą. Albo wychodzenie ze strefy komfortu; choć coś nam mówi, że zwykle chodzi tu o weekendowy wypad do spa. 

Nie raz przekonaliśmy się jednak, że oczekiwanie od nas mitycznego dystansu pozwala innym szczypać nas i kopać słowem. To taki sadyzm sześciolatków, tyle że werbalny i w wydaniu dorosłych; typowy dla ludzi prymitywnych, którzy co pomyślą, to powiedzą. „Coraz mniej masz tych włosów, niedługo będziesz całkiem łysy, ha ha”. Albo „znów ci, Kaśka, nogi spuchły”. Wszystkie takie uwagi przyjmować mamy z uśmiechem. Inaczej jesteśmy przewrażliwieni, nie znamy się na żartach i „psujemy atmosferę”. Więc, oczywiście, nie mamy do siebie dystansu.

Jeśli z tego piekła głupich cioć, szwagrów i koleżanek z pracy chcemy się wyrwać, dystansu – nawet jeśli nie bardzo wiemy, na czym on polega – siłą rzeczy powinniśmy więc nabrać. 

Jak? W „Coachingu kariery” specjalistka radzi: „wystarczy wyluzować i dać sobie możliwość, by spojrzeć na sprawę z pozycji obserwatora (…). Idź do hospicjum, szpitala, domu dziecka i popatrz na własne życie. Czy Twój problem nadal wygląda tak samo?”. Cóż, powiedziałbym, że nadal. Bo po pierwsze, pocieszanie się, że inni mają gorzej to brak klasy. Po drugie, przyzwoiciej w takich miejscach pomagać innym niż sobie samemu. Po trzecie, ja bym tam jakoś nie umiał „wyluzować”.  

Pewien z portali sugeruje z kolei, że nabierzemy dystansu  widząc siebie z perspektywy kosmosu”. Astronauci tak mieli. Po powrocie z przestworzy „nagle zdawali sobie sprawę, jak maleńki jest człowiek i jak mikroskopijna jest Ziemia – malutka kuleczka, bezradnie zawieszona w kosmicznej próżni”. Brawo! Z radością przyklasnęlibyśmy temu pomysłowi. Tyle że turystyczny lot w orbitę, zapowiadany choćby przez Jeffa Bezosa, to nie przejażdżka TLK Pobrzeże; nie można ot tak, spontanicznie, kupić w ostatniej chwili biletu i postać sobie tych osiem godzin na korytarzu. A i świadomość owej zawieszonej kuleczki, w dodatku bezradnie, ma każdy obecny choćby na jednej lekcji astronomii (no chyba, że zajęcia akurat odwołano, bo pedagodzy pili w starbaksie). „Może na początek wystarczy nosić ten obraz w głowie i raz na jakiś czas do niego wracać?”, zastanawia się więc portal, choć trudno orzec, co z tego miałoby wyniknąć. 

Pozostaje więc trzecia droga. Zostać mnichem. Jak w bezkompromisowym artykule „Dlaczego warto mieć dystans?” pisze „Focus”, buddyjskich mnichów przewozi się do amerykańskich laboratoriów i podpina do różnych urządzeń, a potem puszcza dźwięk tak głośny, jakby w odległości kilku metrów wybuchała bomba. „Normalnie człowiek podskoczyłby do sufitu, a takiemu mnichowi ten hałas nie robi nic”, cieszy się magazyn. A to dlatego, że mnich całe życie siedział i medytował. Aż „odpadały od niego złudzenia dotyczące tego, co mu jest do szczęścia potrzebne”.

Chyba jednak wolelibyśmy, by nas nie przewożono, nie podpinano i by nic nam nie odpadło.Życie jest czadowe”, śpiewają klocki w „Lego Movie”, i ja bym się tego trzymał.

c.d.n

Oryginalna wersja felietonu ukazała się w najnowszym wydaniu Fashion Magazine. Poprzedni czytaj TU.

Moje codzienne komentarze czytaj na Facebooku <KLIK>, a relacje, ładne rzeczy i ładne miejsca oglądaj na Instagramie <KLIK>.

Dodaj komentarz