Raport z linii frontu

Moda, Wywiady | 11 października 2019 | 2 komentarzy

„Trzydzieści płaszczy rozeszło się w jeden dzień, klientki prawie się pobiły. Więc płacz, żeby szybko dosłać kolejne” – o początkach firmy opowiadają Danuta i Ryszard Cieroccy, założyciele marki Patrizia Aryton

Pierwszy sukces?

Danuta Cierocka: Targi w Poznaniu. Jest rok 1992, jedziemy z soczyście kolorową kolekcją. Jako debiutanci nie dostajemy stoiska w głównej strefie wystawienniczej, tylko kąt na antresoli. Na dole tłumy, szał, muzyka, pokazy, a my wciśnięci na górze, niezauważani. Ale Bernard Hanaoka, projektant, przyjechał nakręcić dla Telewizji Polskiej materiał i nas wypatrzył. „Jakie u was trendy! Jakie kolory! Jaki Paryż!” – zaczął wykrzykiwać. Istotnie, całe targi były wtedy szarobure, bo firmy bały się zaryzykować. Ale my nie, dzięki czemu w relacji z targów non stop pokazywano nas później w telewizji – po „Wiadomościach”, przed „Wiadomościami”, w trakcie… Marketingiem zajmowała się wtedy nasza starsza córka Sylwia. To był zupełnie inny marketing niż dziś. Jego zadaniem było po prostu informowanie o kolekcji i produktach. Medialne szaleństwo na punkcie Arytonu sprawiło, że telefony na jej biurku urywały się do nocy! Bo finalnie po targach mieliśmy jakieś dwa miesiące darmowej reklamy w prime timie!

Zrzut ekranu 2019-10-8 o 10.09.09

Przełożyło się to na sprzedaż?

Ryszard Cierocki: Błyskawicznie. Z nieznanej nikomu lokalnej firmy nagle staliśmy się rozpoznawalni.

D.C.: Co szybko postanowiłam wykorzystać. To były czasy sprzed internetu, więc po prostu wzięłam książkę telefoniczną i obdzwoniłam wszystkie salony Mody Polskiej w kraju. Po kilku telefonach miałam już zamówionych sto płaszczy, po dwóch, trzech kolejnych widzę, że wezmą dwieście. I tak dalej. W salonie przy Ordynackiej w Warszawie, firmowym, bo tam właśnie mieściła się siedziba Mody i tam przez dekady organizowano pokazy tzw. kolekcji wiodących, nasze płaszcze sprzedały się na pniu. Wkrótce mieliśmy już 180 odbiorców w całej Polsce. Wydawaniem towaru, tu, w Chmielnie, zajmowała się pani Stasia. „Ale one nie mają guzików!” – protestowała, gdy odbiorcom udało się zakraść na halę produkcyjną i zabierać niegotowe jeszcze płaszcze wprost spod rąk zdumionych krawcowych. „Nie szkodzi, sami sobie przyszyjemy” – odkrzykiwali, wybiegając triumfalnie ze zdobytym towarem. Pracownicy Arytonu w pośpiechu wrzucali im odpowiednie guziki wprost do kieszeni.

Prawdziwa euforia!

D.C.: A raporty jak z linii frontu! Na przykład z Koszalina, gdzie Krystyna Sawicka do swojego salonu w centrum miasta zamówiła trzydzieści płaszczy. Rozeszły się w jeden dzień, babki prawie się pobiły! Więc płacz, żeby szybko dosłać kolejne.

Co w tych płaszczach było takiego niezwykłego?

R.C.: Był głód mody, stylu, koloru. Konkurencja tego nie miała, my – tak.

D.C.: Choć nie zawsze! Jeden model, a pamiętam go do dziś, bardzo nam nie wyszedł. Dziwaczny, w nieładnym kolorze… No paskudny. Naszyliśmy tego trzysta sztuk. Mówię: „Stasia, wrzuć je na tył magazynu, żeby nikt ich nie oglądał, bo jak przyjadą odbiorcy i je zobaczą, to spalimy się ze wstydu. Oczywiście przyjechali, zaczęli myszkować, wyciągnęli je… i znów ekstaza. Cały zapas, a już zastanawiałam się, na co go potnę, rozszedł się w jeden dzień. Czasem musiałam główkować, jak „podbić” kolekcję. Nie było wtedy ani manekinów postaciowych, tylko z drucianego obrysu, ani dodatków, które uatrakcyjniłyby kolekcję. Dlatego, na przykład, kapelusze do płaszczy zamawiałam u zaprzyjaźnionej modystki w Gdańsku i potem zabierałam je na targi.

R.C.: Też taka prawda, że nasze płaszcze od początku były trwałe.

D.C.: Żartujemy, że zbyt trwałe. Na Instagramie odezwała się niedawno kobieta, która pierwszy płaszcz Arytonu dostała na swoją osiemnastkę. Dziś nosi go jej córka. Bywamy też świadkami osobliwej licytacji. Jedna z pań chwali się: „Mam państwa płaszcz od siedemnastu lat”, a we mnie już się gotuje, bo jednak miło, gdy czasem ktoś znów coś u nas kupi. Na to jednak odzywa się druga: „Tylko siedemnastu? Ja mam już od ponad dwudziestu. Ale ostatnio uznałam, że jest za długi i zrobiłam z niego kurteczkę”. I takie konwersacje mają miejsce podczas poważnych spotkań biznesowych.

Dobrze zatem, że zdobywają Państwo nowych klientów, bo mogłoby być krucho.

R.C.: Płaszcz na szczęście nadal pozostaje symbolem statusu. I nic nie wskazuje na to, że miałoby się to zmienić. 

D.C.: Co ciekawe, początkowo około 30 procent kolekcji Aryton szył w rozmiarach L i XL. Kończyło się to czasem awanturą działu finansowego, bo gdy mówimy o jakościowych wełnach, to różnica w kosztach materiału w przypadku małych i dużych rozmiarów jest ogromna. Szycie tych drugich po prostu nam się nie opłacało. Ale też widzimy, jak w ciągu trzech dekad zmienił się styl życia Polek, a co za tym idzie – ich sylwetka. Dziś modeli w małych rozmiarach sprzedajemy dużo więcej niż kiedyś.

Zatem klientki mocno Wam się zmieniły.

R.C.: Ale nie ich namiętność do płaszczy. 

D.C.: I motywacja, bo nadal słyszę rozmowy w stylu: „Jak kupię płaszcz, to znajome mnie zobaczą”. 

Skąd pomysł, by tu, na Kaszubach, wybudować fabrykę i założyć markę odzieżową? Nie mieli przecież Państwo wcześniej styczności z modą.

R.C.: Jak to nie? Żona zawsze lubiła jakość i miała dobry styl.

D.C.: Kochałam ciuchy, mężowi podobało się, jak się ubieram. Pomyśleliśmy: „Czemu nie połączyć przyjemnego z pożytecznym?”.

R.C.: Nastały przemiany polityczne, które dawały możliwość rozwoju przedsiębiorczości, szkoda było nie skorzystać.

D.C.: „Będziesz ubierała Polki” – oznajmił mi pewnego dnia mąż. Początkowo mieliśmy mnóstwo pomysłów, ale przekonał mnie, że moda to najprzyjemniejszy z nich. 

Znała się Pani na produkcji ubrań?

D.C.: Nie znałam się. Ale uważałam, że się znam. Cieszyła mnie wizja projektowania pięknych płaszczy, zwłaszcza że dopóki nie pojawiły się sieciówki, były one towarem luksusowym. Od początku w naturalny sposób ułożył się nasz podział obowiązków – mąż zajął się finansami i budowaniem parku maszynowego, ja – kolekcją.

I żadnych obaw? 

D.C.: Owszem, martwiłam się: „Tu, w Chmielnie, nie ma takich tradycji, nie ma żadnego przemysłu, o odzieżowym nawet nie wspominając, skąd weźmiemy ludzi?”.

R.C.: Ale byliśmy odważni i pracowici. Obraliśmy sobie cel i po prostu przystąpiliśmy do jego realizacji. 

D.C.: W praktyce wyglądało to tak, że chodziliśmy z mężem po okolicy, od domu do domu: „Puk, puk, dzień dobry, czy umie pani szyć?”. „Trochę umiem, kiedyś nawet sukienkę sobie uszyłam”, słyszałam czasem w odpowiedzi. „To może chciałaby pani u mnie się zatrudnić?” – drążyłam dalej. W ten właśnie sposób skompletowałam pierwszy zespół. Wiele z tych osób pracuje u nas do dziś!

Brzmi, jakby wszystko poszło z płatka.

D.C.: Bywało różnie. Z pierwszymi partiami gotowego towaru pracownicy jeździli do kontrahenta w Gdyni tylko po to, by z nim wrócić do poprawki. „Tu krzywo, tu niedokończone, tu się pruje” – zdawały mi relacje wysłanniczki. Czasem szyliśmy po cztery razy!

Nie odechciewało się?

R.C.: Chcieliśmy nawet zrezygnować. Ale ku naszemu zdziwieniu dostaliśmy kontrakt od pewnego Włocha, który przekazał nam nieskrojone nożyczkami tkaniny na płaszcze. 

D.C.: Ależ one były piękne! Pomyślałam wtedy, że oto osiągnęłam sukces: pracuję z taką jakością dla zagranicznego odbiorcy. Lecz kiedy dowiedziałam się, że te płaszcze sprzedawane są potem w Modzie Polskiej i że cała partia została wykupiona w trzy miesiące, to zbuntowałam się. „Zawsze trzeba mierzyć wyżej” – pomyślałam i wysłałam najlepsze nasze pracownice na naukę do fabryki Armaniego. 

Rzeczywiście, wyżej.

D.C.: Nikt wówczas na coś takiego się nie porwał.

R.C.: Dzięki temu szybko nauczyliśmy się je robić. 

D.C.: A jak już się nauczyliśmy, a przynajmniej tak nam się wtedy wydawało, pojechaliśmy do Łodzi na pokazy dyplomowe ASP.

By wyłowić talent i sprowadzić do Chmielna na posadę projektanta?

R.C.: Nie jeden talent, tylko cztery! Zapałaliśmy ambicją stworzenia całego teamu projektantów. Co więcej, planowaliśmy nawet wybudować tu dla nich dom, by mieli gdzie mieszkać. Mieliśmy już projekt, kompletowaliśmy zgody, prawie włączaliśmy betoniarkę. 

D.C.: Profesor Andrzej Nawrot ostudził jednak nasz entuzjazm: „Pani Cierocka, niech pani się nie łudzi. Dobrego projektanta dostanie pani może po siedmiu latach jego pracy nad kolekcjami przemysłowymi”. Bo rzeczywiście, co innego zrobić pokaz autorskich, pojedynczych kreacji, a co innego kolekcję handlową, z wyprzedzeniem półtorarocznym, w pełnej rozmiarówce, która ma trafić w różny gust, w różne sylwetki i żeby na każdej kobiecie – bez względu na to, czy nosi 36, czy 44 – dany model wyglądał dobrze. 

R.C.: W związku z tym zatrudniliśmy specjalistów z Włoch: konstruktorów i projektantów z przejętej później przez MaxMarę marki Masca. Efekty weryfikowaliśmy, urządzając pokazy w naszym prywatnym domu.

Dla siebie czy dla pracowników? 

D.C.: A skąd! Dla mediów. Do Chmielna przyjeżdżały wtedy przedstawicielki najważniejszych magazynów modowych. Był pokaz, potem bankiet i impreza do rana. Włosi wprowadzili modowe nowinki, przygotowali całe zaplecze produkcyjne, uczyli naszych pracowników. A ja, dla odmiany, co drugi miesiąc spędzałam w okolicach Prato, największego centrum tekstylnego w Europie. Wspaniała to była praca: nic z klimatu wyjazdów na targi i przemierzania kilometrów uginających się pod masówką wieszaków, tylko zwiedzanie manufaktur, rozwijanie dziesiątek bel z najlepszymi materiałami, wspólne tworzenie tkanin, by miały gramaturę zgodną z pogodą polską, a nie włoską. 

R.C.: Pomagał nam Roberto Badiani, projektant, agent i dostawca tkanin, później także wykładowca florenckiej Polimody, a dziś też przyjaciel naszej rodziny. Wprowadził nas w tajniki włoskiego przemysłu tekstylnego i nam zaufał. Byliśmy jedną z pierwszych polskich marek, które zdecydowały się na takie ilości: kilkadziesiąt tysięcy metrów tkanin. I to w 1991 roku, kiedy byliśmy jeszcze anonimową firmą!

Bez przedpłaty?

D.C.: Bez! Owszem, byli trochę zdziwieni, że tyle zamawiamy, ale zgodzili się. Do dziś jest dla nas zagadką, jakim cudem Włosi dali nam tonę tkanin z trzymiesięcznym terminem płatności.

R.C.: Uznałem wtedy, że muszę być przy załadunku, by ich przypilnować. Sprawdzałem, czy była to dokładnie taka jakość, jaką zamówiliśmy. Byliśmy nieufni, bo nie mieściło nam się w głowach, jakim cudem ktoś może być aż tak ufny i uczciwy! Zwłaszcza przy takiej skali: po pierwsze tkaniny pojechaliśmy przecież Polonezem, a tu zamawiamy cały TIR!

Mieli Państwo zewnętrznych doradców?

D.C.: Dopiero później. A i tak bardziej przeszkadzali, niż pomogli. Nie znali specyfiki – ani prowadzenia tego typu biznesu, ani firmy rodzinnej. Dlatego szybko zaczęła nam doradzać Patrycja, dziś dyrektor kreatywna marki.

Jak szybko?

D.C.: Gdy miała osiem lat, mówiłam: „Usiądź, zamknij oczy i powiedz, czy wyobrażasz sobie czerwony garnitur z szerokimi nogawkami”. Żartowałam, że jeśli sobie wyobrażała, to projektowaliśmy. Pilnowała mnie też na targach. Wyposażona w kalendarz spotkań i budzik, włączała go, gdy zbliżała się pora wizyty u następnego dostawcy. Chyba trochę za szybko zaangażowała się w sprawy firmy, bo kiedy jeszcze jako dziecko składała mi życzenia, powiedziała raz: „Mamo, życzę ci zdrowia, szczęścia i zbytu”.

Zrzut ekranu 2019-10-8 o 10.09.25

Z FIRMOWEGO ARCHIWUM: Justyna Steczkowska w sesji dla „Vivy!” w bolerze z piór z kolekcji wiosna-lato 2014/ „Kobieta i życie” na pokazie kolekcji jesień-zima 1996 w Chmielnie/ „Polskie, piękne, modne” – Aryton w Burdzie/ Ewa Kasprzyk w płaszczu Arytonu w „Zwierciadle”/ Charlize Mystery w płaszczu z kolekcji wiosna-lato 2104/ Małgorzata Kożuchowska w reklamie Arytonu/ Pierwsza dama Danuta Wałęsowa w odwiedzinach w zakładzie w 1994r./ Agata Młynarska w naszyjniku Arytonu w sesji do „Twojego Stylu”/ Irena Santor w szlafrokowym płaszczu Arytonu w „Vivie!”/ Małgorzata Kożuchowska w stylizacji z kolekcji jesień-zima 2013 podczas pokazu marki na fashion weeku w Łodzi/ relacja z Wielkich Pokazów Mody w stołecznej Sali Kongresowej w „Zwierciadle” w 1995r./ Joanna Horodyńska i Patrycja Cierocka – Szumiochora w warszawskim salonie marki/ duma ze złotego medalu Międzynarodowych Targów Poznańskich/ sesja Marcina Tyszki, Alicji Kowalskiej i Ewy Zygadło w „Pani” w 1997r./ Kinga Rusin w garniturze Patrizii Aryton.

Zrzut ekranu 2019-10-8 o 10.11.34

Kampania na jesień i zimę 2019/2020

Zrzut ekranu 2019-10-8 o 10.11.46

Kampania na jesień i zimę 2019/2020

Zrzut ekranu 2019-10-8 o 10.12.11Rozmowa ukazała się w piątym numerze magazynu Patrizii Aryton, dostępnym w salonach marki.

Moje komentarze czytaj na Facebooku <KLIK>, a ładne rzeczy, ładne miejsca i ładne stories  oglądaj na Instagramie <KLIK>.

2 Komentarze

  1. Magda
    11 października 2019

    Świetny wywiad!

    Odpowiedz

Dodaj komentarz