Mokotowska bez Ani Kuczyńskiej.

Moda, Wywiady | 13 maja 2020 | 3 komentarze

Mogłabym zatrzymać sklep, bo wizerunek, bo ego, bo sentyment. Ale to nie w moim stylu – mówi Ania Kuczyńska. Właśnie zamknęła swój salon przy Mokotowskiej, który przez dziesięć lat błyszczał na mapie autorskiej polskiej mody. Dziś zabiera mnie tam na spacer.

To ona zainicjowała modną warszawską ulicę. Właśnie z niej rezygnuje. Ale też – pośrednio – ulica rezygnuje z niej. Wynajmujący nie chciał obniżyć czynszu.

– Gdyby nie pandemia, nie byłoby sprawy, bo butik świetnie sobie radził. Był dla mnie ważny. Jest też po prostu częścią mojej osobistej historii. Jednak pewien etap w naszym życiu się skończył. Pandemia dużo zmieniła. Na samą myśl, by pójść do sklepu i przymierzać ubrania mam ciarki. I domyślam się, że nie tylko ja – mówi Ania Kuczyńska.

Kampania nowej kolekcji Ani Kuczyńskiej

Fakt, do sklepów, które i tak nie zarabiały przez ostatnie dwa miesiące, jeszcze długo klienci mogą nie wrócić. Podczas gdy projektanci zastanawiają się, co dalej z ich biznesem, Ania wolała się nie zastanawiać. Dalsze utrzymywanie butiku uznała w takiej sytuacji za nierozsądne.

– Pozbyłaś się balastu? – dopytuję.

– Nazwałabym to racjonalnym wyborem. Nie trzeba już sprzedawać w tradycyjnym sklepie, by utrzymać markę. Te same pieniądze, które pochłaniał, można przerzucić tam, gdzie przyniosą korzyści. Moja sprzedaż online się rozwija, więc wolałam zatrzymać pracowników, zainwestować w markę i produkcję.

– Dlaczego krępujesz się przyznać, że przemawia przez ciebie pragmatyzm? Firmy na całym świecie rezygnują przecież ze sklepów albo nawet wycofują się z rynków, które ich zdaniem nie rokują – mówię.

– Może dlatego, że nigdy nie znalazłam się w takiej sytuacji biznesowej i nie musiałam wcześniej podejmować tak istotnych decyzji? – zastanawia się Ania.

Fot: Jakub Pleśniarski / Wysokie Obcasy

Nie był to zwykły sklep. „Butik Ani Kuczyńskiej przy ul. Mokotowskiej odzwierciedla jej filozofię minimalistycznej mody. Sterylność przestrzeni zajętej jedynie rzędem wieszaków na dwóch jej krańcach i pozorny brak – całkowicie wbrew klasycznym wzorcom visual merchandisingu – obsługi czy kontuaru z kasą (wszystko poza ubraniami ukryte jest za grubą i szeroką na całą ścianę kotarą) czynią zeń tyleż ryzykowny, co intrygujący salon widmo”, pisałem w artykule o zakupach przyszłości w Wysokich Obcasach „Gazety Wyborczej” w 2018 roku. 

Przyszłość, jak się okazało, zmieniła swoje znaczenie.

Media opłakują dziś sklep Ani, bo był czymś w rodzaju mitu założycielskiego.

To on dał – spełnioną – nadzieję, że możliwa jest ulica pełna butików polskich twórców, o jakiej tylko mogliśmy pomarzyć spacerując po podobnych deptakach Paryża, Mediolanu czy choćby Brukseli. W których, co istotne, będą klienci. Kilku rodzimych twórców robiło bowiem do Mokotowskiej podchody już wcześniej – Paprocki&Brzozowski, Arkadius czy – bodaj jako pierwsza – Viola Śpiechowicz i jej Odzieżowe Pole.

– Kupiłam u niej krynoliny! – wspomina Ania. Ciekawe wyznanie, zważywszy, że mówi to minimalistka, a dotyczy marki kojarzonej z naturalnością, zwiewnością, polskim lnem.

– A jednak były to krynoliny, nałożone na spódnicę w kratę. Ależ mnie to się podobało!

– Założyłaś chociaż raz?

– Ani razu!

W 2010 roku jednak po wspomnianych sklepach nie było już tu śladu. Ania początkowo więc była jedyna.

Na Mokotowską przeniosła się z Solca – relatywnie sennej części Śródmieścia, nie licząc (do czasu pandemii) tłumów letnimi wieczorami na bulwarach. Powód? Nieopodal się urodziła. Wychowała przy Polnej, chodziła do przedszkola przy Nowogrodzkiej, a na zajęcia dodatkowe na plac Zbawiciela.

– Zawsze miałam sentyment do tej dzielnicy i czułam jej genius loci. Do dziś zresztą mieszkam niedaleko – mówi Ania.

Oczywiście, nie bez znaczenia jest uroda ulicy. Na tyłach parku Ujazdowskiego, ambasad i pałaców Traktu Królewskiego, łagodnie potraktowana przez masakrującą resztę centrum miasta wojnę, z zachowanymi kamienicami – od neoklasycystycznych przez secesyjne po modernistyczne. Zwarta zabudowa, wąska ulica, którą wygodnie w każdym miejscu przejść, wielkomiejsko i jednocześnie kameralnie.

Dlatego na Mokotowską wkrótce projektanci przypuścili szturm. Kto miał tu sklep? Raczej: kto nie miał! Krzysztof Stróżyna, MMC, Joanna Klimas, Agata Wojtkiewicz, Wojtek Haratyk, Wearso, Plich, Bohoboco, koncept Blind. Za rogiem – Robert Serek ze swoim Comme des Garcons, Justyna Chrabelska, Mariusz Przybylski. Niektórzy tak krótko, że trudno było się zorientować czy to butik stacjonarny czy pop up na dwa tygodnie.

W tamtym czasie krążyła anegdota, że jedyny pewny biznes na tej ulicy to przeprowadzki.

Nikt z powyższych się tu nie ostał. Sporo jednak działa do dziś; a przynajmniej działało do czasów pandemii – Michał Szulc, Avenue 303, Łukasz Jemioł, Robert Kupisz, Yes, Vanda Novak, Ania Kruk, Laura Boutique, Bizuu czy Lilou dla przykładu.

– Pamiętam początki Lilou! Malusieńki sklepik, przed którym nagle ustawiły się kilometrowe kolejki. Do pani, która w kantorku metr na półtora grawerowała bransoletki! – przypomina sobie Ania. 

Mokotowska jest dziś szpanerska, owszem. Ale jest też eklektyczna. Obok luksusowego spa – spożywczak Społem. Świetna restauracja Ale Wino i lombard. Słodki Słony Magdy Gessler, niszowe perfumerie i optyk, ale i stare usługi, kramy z karmą dla psów.

Kamienica z butikiem Ani. Fot: @johnandmarypl

Niektórych miejsc, owszem, żal. W miejscu kultowych Lodów Palermo – najlepsze były pistacjowe, o czym osobiście zaświadcza autor tego bloga, który pierwszych sześć lat życia spędził przy pobliskiej ulicy Pięknej – powstało Snobissimo. – Pierwsze miejsce, gdzie można było kupić  buty tak luksusowych i niesamowitych wówczas marek jak Sergio Rossi, za równie niesamowite kwoty – wspomina Ania.

A potem pójść do Flaminga. 

– Niechcący wplątałam się w dziką awanturę o ogródek tej restauracji. Miejscy działacze nie chceli do niego dopuścić, przekonując, jak wspaniały roztacza się w jego przyszłym miejscu park – opowiada Ania.

Szepnęła – zgodnie z prawdą – że to raczej wyłysiałe klepisko robiące za toaletę dla psów, a nie lokalna wersja Ogrodu Luksemburskiego, za co spotkał ją ciężki gniew protestujących i ostracyzm niektórych z nich.

Szczęśliwie, ogródek powstał. Efektowny, ze smacznymi śniadaniami i z pretensjami do tego typu lokali w Malibu; ale to jego zaleta, nie wada.

zdjęcie: @flamingco

Na przestrzeni tych dziesięciu laty różne były na Mokotowską koncepcje. Myśl racjonalizatorska społeczników jednak raczej się jej nie imała. Z korzyścią dla samej ulicy.

Na przykład, takie świąteczne ozdoby. – Mieliśmy przed wejściem postawić jakieś papierowe bałwany. Wyłamałam się, powiedziałam, że nie ma mowy. I jakoś temat umarł – wspomina Ania.

Innym razem pojawiła się idea, by zawiązać stowarzyszenie ulicy. Jego frontmenka miała na nią tylko jeden pomysł – ustanowić tablicę ku czci marszałka Piłsudskiego, który drzewiej tu pomieszkiwał. Innych potrzeb związanych z tą okolicą nie zauważyła.

Fot: @khan_real_estate_premium

Mokotowska przetrwała zatem nie tylko dzięki ludziom, ale i mimo nich. Czy przetrwa pandemię?

Wiele zależy od właścicieli lokali, ich dobrej woli, poczucia solidarności z najemcami lub – szczerze to powiedzmy – pazerności.

A czynsze bywają tu zabójcze. Rozpytuję projektantów i menedżerów. 16 tysięcy złotych miesięcznie za 70 metrów, 14 tysięcy za jakieś 50 metrów. Mały punkt z artykułami dekoracyjnymi płaci dziewięć tysięcy. Do każdej z tych kwot, oczywiście, należy dodać prąd, wodę, pensje pracowników.

Paradoksalnie im droższy lokal, tym z większą pogardą przyjmowane są pytania o czasowe obniżenie czynszu. „Właściciel powiedział mi, że jeśli zapłacę za trzy miesiące z góry, to dostanę rabat 1500 zł”, słyszę od projektanta. „Od zamknięcia nie zeszli ani grosza, mimo próśb.” – to już dziewczyna z PR znanej marki. 

Nieliczni mają szczęście. Wynajmują lokal od miasta, za niecałe dwa tysiące. Ale to raczej kanciapa, mniej niż 30-metrowa, z wejściem nie od ulicy, tylko w bramie, co obniża znacząco komercyjne powodzenie interesu. Tyle że miasto zachęca do składania wniosków o obniżkę i tak niskiego czynszu. Kamienica, gdzie mieścił się salon Ani należy, niestety, do spółdzielni.

Nie mam żalu, że ją opuszczam. Czekam na nowy rozdział – mówi Ania. Możliwe, że na braku sklepu przy Mokotowskiej nic nie straci. Ale my na braku takich miejsc jak jej sklep stracimy dużo.

Z Anią Kuczyńską podczas KTW Fashion Week. Fot: Szymon Brzózka

Moje codzienne komentarze czytaj na Facebooku <KLIK>, a ładne rzeczy, ładne miejsca i ładne stories oglądaj na Instagramie <KLIK>.

3 Komentarze

  1. Mania
    13 maja 2020

    Jak ja się cieszę, że te słowa padły i są takie lekkie. Nie przypinajmy naszym decyzjom o zamknięciu stacjonarnych punktów łaty końca świata. Ja również zamknęłam stacjonarny butik, który prosperował znakomicie obok internetowej marki. Był jej przedłużeniem ale nastały nowe czasy. Zamknięcie butiku to prosty i jedyny możliwy unik przed dostaniem w czerep na ringu aktualnej sytuacji gospodarczej. Nie każdy ma tyle szczęścia, by otrzymać ulgę w czynszu i nie każdy ma tyle odwagi by bezpośrednio narażać pracownika na zarażenie. Jeszcze raz powtórzę – unik a nie nokaut! Boksujemy się dalej – tylko online. Spodenki się już nie liczą.

    Odpowiedz
  2. Magda Konstantynowicz
    27 maja 2020

    Wielkie dzięki za ten tekst. Wracam do niego w kontekście tego, co dzieje się wokół marki Veclaim, która (wciąż) ma butik na Mokotowskiej…
    Bardzo cenię projekty Ani Kuczyńskiej i z dużą przyjemnością odwiedzałam jej butik. Kupowanie online – super. Ale dotyk tkaniny, możliwość przymiarki, rozmowy – bardzo są dla mnie ważne. Dlatego bardzo żałuję, że nie ma już Ani na Mokotowskiej.
    No cóż, nie wszyscy tak, jak Ania „szyją w Polsce”, dzięki czemu zysk mają większy i łatwiej im było odnaleźć się w koronie.
    Pozdrawiam!

    Odpowiedz

Odpowiedz do Magda Konstantynowicz

Anuluj odpowiedź