Polska moda…

Moda | 22 lutego 2012 | 30 komentarzy

Gdybym miał jednym określeniem podsumować sytuację w polskiej modzie, a zarazem żywą dyskusję na moim blogu po poprzednim wpisie, wybrałbym „błędne koło”. Projektanci nie jadą do Łodzi, bo nie ma kupców. Kupcy nie przyjeżdżają, bo nie mają czego kupić. A nie mają czego kupić, bo projektanci nie mają pieniędzy. Mieliby te pieniądze, gdyby byli kupcy. Ale kupcy nie przyjeżdżają. I tak w kółko. Wszędzie kupcy.

Ale pomyślmy. Może i dobrze, że kupcy nie przyjeżdżają?  Czy naprawdę wyobrażamy sobie jakąś elegancką panią z domu towarowego z Londynu, Moskwy, czy Dubaju, jak ogląda trzecią, czy piątą z rzędu paradę  zasłon prysznicowych jako zupełnie poważną kolekcję na wiosnę – lato. Z czym ma to konkurować? Z Dieslem? Guccim? Lanvin? Może łowców pojedynczych, ekscentrycznych sampli do alternatywnych butików, czy sklepów wzorowanych na 10 Corso Como w Mediolanie taka moda by cieszyła, ale tacy raczej do Polski jeszcze długo nie przyjadą.

Ok, są też pełniejsze kolekcje. Załóżmy, że spodobają się kupcom i będą chcieli im się dokładniej  przyjrzeć. Czy projektantka wyjmie je na zapleczu, pogniecione, z dwóch poupychanych na siłę walizek, tak jak jedna z najlepszych kreatorek całego fashion weeku mi swoją kolekcję zaprezentowała? Zapewne, bo pokazujący się w Łodzi projektanci nie mają praktycznie żadnego miejsca na prezentację (własnego sklepu, showroomu) kolekcji po pokazie (z wyjątkiem nielicznych łódzkich). Czy taka projektantka od dwóch walizek będzie poważnie potraktowana? Jako partnerka biznesowa, a nie jedynie jako osobliwa artystka?

A gdzie agenci projektantów, jak wyglądać miałyby negocjacje? I ile kolekcji, czy elementów kolekcji udałoby się zakupić , skoro większość projektantów szyje z kuponów, albo „tworzy niepowtarzalne, pojedyncze egzemplarze”? Świetnie, że niepowtarzalne, ale może wtedy tydzień mody powinien zmienić nazwę na  tydzień sztuki?

Zresztą, sama infrastruktura fashion weeku jest – niestety i piszę to z przykrością – koszmarna. A jest ważna, zważywszy na ogromną odległość do centrum. Nie ma gdzie zjeść. Część restauracyjna, składająca się z dwóch bistro, z czego w jednym za obrus służy wykładzina podłogowa, za stół – palety dostawcze, a je się po ciemku, bo po prostu nie ma światła to jakiś żart. Nie ma gdzie wypić kawy, nie ma gdzie usiąść, odpocząć, nie ma gdzie zajrzeć do komputera, nie ma gdzie umyć rąk.

No dobrze, moda jest najważniejsza, a ja tu o kawkach, ale czy kupiec który przyjechał tu na cały dzień w interesach (bo od 11 do 23 te pokazy trwają), ma stworzone warunki do pracy? I czy może taką Łódź, wystarczająco już – eufemistycznie to nazwijmy – niebanalną, traktować serio?

Jestem w radzie programowej fashion weeku i w jakimś sensie czuję się odpowiedzialny za poziom tej imprezy, której kibicuję z całego serca, uważam za ważną, przekonuję albo krytykuję projektantów (zwłaszcza tych najbardziej znanych) którzy nie biorą w niej udziału (choć nie zawsze mam w tym rację: http://www.newsweek.pl/polska/lans-i-fochy,40180,1,1.html) i myślę, że może by coś jednak zmienić?

Przy całym zaangażowaniu organizatorów (chwała im za ten FashionPhilosophy!)  i zaletach ich flagowego projektu, zmieniłbym zarówno infrastrukturę, jak i styl zarządzania. Za dużo projektantów – prawie wszyscy właściwie – skarży mi się na chaos, braki w komunikacji itp. kwestie, które potrafią zrazić. No i nie odpierałbym wszystkich zarzutów (czy raczej sugestii, próśb), że projektanci pokazują się za darmo, więc nie powinni mieć żadnych zastrzeżeń. Może i darowanemu koniowi się nie zagląda, ale można też takiego podarku po prostu nie przyjąć. A bez projektantów fashion week nie ma sensu (inna sprawa, rocznie oglądam minimum 600 pokazów polskich projektantów, więc na kilka ładnych latek starczy).

Ale też może zmienić zasady funkcjonowania rady? Po co mamy przeglądać setki rysunków, zdjęć, lookbooków zawartych w zgłoszeniach, skoro powinniśmy może zacząć od zerknięcia na konto bankowe, ewentualnie na zaświadczenie ze skarbówki? Ma pieniądze, stać go na zrobienie kolekcji i sprzedanie jej w x egzemplarzach kupcom, rozumie mechanizmy rynku odzieżowego, czyli jest profesjonalistą? Zapraszamy do Alei Projektantów. Kto by się w niej znalazł? Poza obecnymi firmami takimi jak Hexeline, Solar, czy Tatuum (Uniqe) i projektantami jak Zuo Corp, Natasha Pavluchenko…

… czy może Natalia Jaroszewska, Dawid Tomaszewski i Agata Wojtkiewicz, byłaby to La Mania, Ewa Minge (która powinna w Łodzi się pokazać, zarówno ze względu na jej popularność, jak i dlatego, że jako jedyna polska projektantka stworzyła wielką firmę; wyniki jej konfrontacji z młodymi projektantami mogłyby być zaskakująco dla niej pozytywne), ewentualnie Maciej Zień? Przydałoby się jeszcze zaprosić kilka firm z rodzaju Rage Age, Ochnik, Vistula. I mamy profesjonalny zestaw.

A co z pozostałymi? Jeśli są zdolni (a takich swoją drogą jest mnóstwo) – niech idą do Offu. Najlepszego, czy dwóch najlepszych kreatorów, dzięki specjalnym czasowym stypendiom od firm i instytucji porządnie (!) dofinansować. Dać pieniądze na materiały, wykonanie itp., ale też pensję na jakiś czas, by mogli skupić się na kolekcji, wysłać na kurs menedżmentu marki odzieżowej oraz zorganizować im pokaz, na jaki zasługują. Ja na pewno pomyślałbym o Maldororze.

Bystry, ma wyobraźnię, talent i polot. Może też Olga Szynkarczuk? Konrad Parol? Hyakinth? No i jeszcze trzeba pomóc im ten pokaz sprzedać. A od tej pomocy jesteśmy też my, dziennikarze. Denerwuje mnie, gdy projektanci mówią, że za mało się o nich pisze lub że mało te publikacje im dają, dlatego nie potrzebują fashion weeka.

Po pierwsze, powiedziałbym: róbcie lepsze kolekcje, to będziemy więcej pisać. Po drugie, dzięki fashion weekowi wielu projektantów zasłużenie wyrobiło sobie nazwisko. Choć dobre kolekcje robili już wcześniej. Jacka Kłosińskiego – Hyakintha dostrzegłem na Off Fashion w Kielcach (http://www.offfashion.eu/). Podobnie Marcina Podsiadło. O Maldororze pisałem na długo przed jego popularnością. Kilku zdolnych projektantów poznałem na poprzednich edycjach Cracow Fashion Awards (http://www.cfa.ksa.edu.pl/ ) – Łucja Wojtala…

…i Łukasz Stachowicz z SAPU mieli własne pokazy podczas ostatniego FW.To nie są ludzie Łodzi. Ale to dopiero FashionPhilosophy przełamał medialny i nie tylko medialny monopol kilku najbardziej znanych warszawskich projektantów na obecność w prasie. Elle, Viva Moda, Twój Styl, Przekrój, Wyborcza, Rzeczpospolita – jest w czym wybierać. Nie wspominając o setkach blogów i portali. Polska moda – mimo postępującej celebrytyzacji mediów – wyszła z niszowych inicjatyw do wysokonakładowych gazet, telewizji, sieci – ergo do powszechnej świadomości. No nie spieprzmy tego!

Fot. Łukasz Szeląg

30 Komentarze

  1. ilona kanclerz
    23 lutego 2012

    no w koncu Państwo się obudzili,
    czekam juz tyle lat,
    zapatrzeni w swoja nieomylnośc i trafnosc sądów oraz niezwykłą preznikliwośc
    zapomnieli o meritum,
    egzaltacja w nadmiarze,
    ciemnośc, ciemnośc widze….

    Odpowiedz
  2. Adam Szymczak
    23 lutego 2012

    Shumik 100% tragedia, fatalne materiały, niestaranne wykończenie! JA uważam, że polscy projektanci próbują kopiować projekty ze światowych wybiegów i robią to nieudolnie. Mała ilość projektantów skupia się na innowacji,wprowadzeniu czegoś nowego, co będzie wykonane perfekcyjnie, niekoniecznie z najdroższych materiałów. Projektantom brak pomysłu co widać często m.in na fashion week w Łodzi. Aczkolwiek są w Polsce projektanci, któzy mają ogromny potencjał i ja w nich wierzę :)

    Odpowiedz
  3. Angel
    23 lutego 2012

    no w końcu jakaś porządna notka z którą się zgodzę w 100% :) teraz tylko zacznijcie działać

    Odpowiedz
  4. Wiktoria
    23 lutego 2012

    Zgadzam się z Tobą, tym artykułem, ale mam też nadzieję, że to nie było typowe narzekanie, fajnie się pisało, wyrzuciłem to z siebie, tylko rzeczywiście zaczniecie coś robić. : )

    Odpowiedz
  5. Gandia
    23 lutego 2012

    Tak, tak, chwała FashionPhilosophy za Fashion Week. Szkoda tylko że podwykonawcom nie płacą, szczerze współpracy nie polecam!

    Odpowiedz
  6. Osoba
    23 lutego 2012

    Jestem studentką projektowania ubioru w Łodzi i w sumie zgadzam się z tym… Ale oprócz pomocy projektantom z FW przydałaby się pomoc tym którzy zaczynają. Na uczelni nie dostajemy nic pieniędzy na realizacje, sesje zdjęciowe (nie ma nawet prowizorycznego studia) itd. wszystko idzie z naszego portfela a przy dziennym toku studiów na Ubiorze nie ma możliwości pracowania, tak więc oczywiste jest że nasze prace nie wyglądały jak milion dolarów. Nie znam nikogo z roku kto miałby sponsora… myślę że głównie dlatego że jest to Łódź i nikt tutaj nie zagląda albo też dlatego że nie mamy znajomości. Ciężko znaleźć krawcową która nie weźmie góry pieniędzy za projekt tak aby wyjść chociaż w budżecie na zero. Co ja mówię ciężko jest znaleźć dobrą krawcową która nie zmieni projektu, dlatego większość szyje sama co odbija się na jakości. Nie mówię już o materiałach których wybór jest MOCNO ograniczony ponieważ wszyscy kupujemy w kilku hurtowniach. Tkaniny nie są fantastyczne gatunkowo, nie jesteśmy w Mediolanie. Niby na FW mamy wejściówki ale jakoś ich nie dostaniemy dopóki się nie naprosimy. Większość z nas tez nie przepada za tym miejscem wzajemnej adoracji i wyniosłości. Ogólnie fajnie jest wymagać od projektantów ale nikt chyba nie zdaje sobie sprawy że każdy z nich bije głową o mur w tym kraju robiąc co może. Każdy chciałby ubrania super tanie i od projektanta czyli z najlepszych tkanin, najlepiej skrojone i uszyte… przykro mi to mówić ale tak to se ne da.

    Odpowiedz
    • J.O.B.
      23 lutego 2012

      kochani studenci, raz jeszcze poproszę grzecznie : nie skarżcie się na krawcowe, które chcą być opłacone za swoją pracę, nauczcie się szyć! to powinna być umiejętność którą zdobywa sie na początku. cała ta roszczeniowa postawa (nie dają pieniędzy, nie sprezentują studia, nie chcą pracowac za darmo) jest conajmniej śmieszna. wszyscy polscy młodzi zdolni ( zdolni, powtarzam) sami odszywają prototypy swoich kolekcji. jeżeli doświadczona krawcowa zmienia szczegóły projektu, jest tak prawdopodobnie dlatego, że : a) nie potraficie zakomunikować czego rzeczywiście chcecie, bo wasz fachowy słownik jest mocno ograniczony i posługujecie się eufemizmami, b) pomysł oryginalny jest niewykonalny ( lub niewykonalny przy zamierzonych terminach odbioru wykonanej pracy i minimalnym budżecie), bo w rzeczywistości nie macie pojęcia o inżynierii ubioru. ktokolwiek założył raz choćby kryty francuski szew ten wie, że czas wykonania takiej pracy jest trzykrotnie dłuższy niż wykończenie „overlockiem”. pozostaje tylko pytanie : czy wiecie, drodzy studenci projektowania ubioru co to kryty szew francuski?

      Odpowiedz
  7. W.P.OnaW P Onak
    23 lutego 2012

    Drogi Michale. dobry tekst. Ja bym powiedzial bardzo obiektywny.
    Rowniez sie zgadzam ze Fashion Philosophy jest b dobrym przedsiewzieciem i ze jest to przedsiewziecie biznesowe o czym wiele osob zapomina traktujac tygodnie mody albo do lansu albo tylko do zabawy. mowie raczej o gosciach nie powiazanych z moda ktorych jest duzo.
    Jesli mowimy o zapleczu to jest jakie jest, ale przeciez Tydzien mody nie jest po to by zaplecze bylo swietne tylko po to aby tak naprawde pokazac i sprzedac kolekcje, a prasa jest nieodzownym tego punktem. Ja np wolalbym zobaczyc sale prasowa, z dostepem do szybko pasmowego internetu oraz chociazby maly bar dla kupcow i prasy z jedzeniem, bardziej niz sale VIP ktora i tak tylko sluzy do picia darmowych drinkow. Nie zaleznie od tego jak bardzo wszyscy lubimy darmowe drinki, ale od tego sa imprezy wieczorne.

    Mysle ze wiecej projektantow zaczyna rozumiec rowniez polke cenowa w ktorej moga grac a co za tym idzie moga stac sie graczami na rynku. Tak mysle ze brakuje czegos w stylu Fundacji Promocji mody, na wzor np NewGen z Londynu.

    Wazne byloby rozpormowanie imprezy wsrod sklepow nawet chociazby narazie w polsce, dotrzec do nich i zapronowoac im mozliwosc wybrania ubran, jednak do tego jest potrzebny showroom po pokazie. Wiem ze na imprezie istnieje showroom ale jednak jest to miejsce dla niszowych projektantow a nie dla projektantow ktorzy sa gotowi podjac wyzwanie negocjacji i sprzedazy produktow w wiekszej ilosci.

    Jednak obojetnie ile zlych elementow i ile dobrych jest w tej imprezie ja oddaje poklony organizatorom za stworzenie tej imprezy. Moze ona potrzebuje wiecej wiary ze strony projektantow i kupcow, moze po prostu jeszcze kilku lat aby stac sie czyms na wzor innych tygodni mody, ale nie oblewajmy jej pomyjami jak wielu ludzi to robi bo przeciez musimy pamietac ze Polska nigdy nie byla w centrum swiata mody a wlasnie ta impreza sprawila ze projektanci moga sie pokazac.

    Szkoda tylko ze wlasnie duze Polskie marki nadal wola pokazywac sie na osobnych imprezach a nie na Fashion Philosophy. Przeciez moga oni tworzyc swoje pokazy w innym miejscu w Lodzi ale pod kalendarzem Tygodnia Mody na wzor innych duzych domow mody.

    Odpowiedz
  8. Glam
    23 lutego 2012

    Panie Michale – bardzo ciekawy post, mam jednak trochę inną opinię o dziennikarzach, blogerach czy osobach reprezentujących portale. Większość z nich pisze to samo (ewentualnie zmieni kilka słów, żeby nie było posądzenia o kopię) lub pokazuje tylko zdjęcia z pokazów, a na konferencjach prasowych pojawia się garstka z tych, którzy zajmowali pierwsze rzędy. Byłam na kilku spotkaniach z projektantem po pokazie, a pokój dla mediów świecił pustkami. Dwóch panów z kamerą, dwie panie z dyktafonem. A gdzie reszta ? Jak to gdzie – w VIP roomie, na papierosku lub w innym miejscu dobrym do pokazania się lub plotkowania.

    Podejmując temat FW mówmy nie tylko o projektantach, ale także dziennikarzach, blogerach i pozostałej „świcie”.

    Odpowiedz
    • michalzaczynski
      23 lutego 2012

      Tak, ale ja na przykład tez nie chodzę na konferencje. W tym czasie jestem na backstage’u i rozmawiam osobiście z projektantami.

      Odpowiedz
      • Glam
        23 lutego 2012

        Pani Michale – proszę nie traktować mojej opinii jako oskarżenia pod Pana adresem. Nie śmiałabym ;-) Bardziej chciałam zwrócić uwagę na zjawisko przypadkowości, które niestety dotyczy również osób związanych z poczytnymi magazynami czy portalami.

        Odpowiedz
      • konferansjer
        27 lutego 2012

        bardzo to ciekawa odpowiedź – projektanci zatem stają na wysokosci zadania, przynajmniej w kwestii opowiadania o kolekcji: jednocześnie rozmawiają z Panem na backstage’u i uczestniczą w konferencji! świetnie świetnie!

        Odpowiedz
        • michalzaczynski
          27 lutego 2012

          Nie, drogi panie, na backstage’u rozmawiamy na godzine przed pokazem. Konferencja jest po pokazie.

          Odpowiedz
  9. MichalMarczewski
    23 lutego 2012

    Muszę się zgodzić z J.O.B. – jeżeli ktoś nie ma kasy na krawcowe, nie ma parku maszynowego Chanel 24 na dobę do dyspozycji, nie rysuje tak dobrze i nie opisuje tak dobrze jak Lagerfeld to niech się tego uczy… albo niech się rzeczywiście stara- może zamiast „walić głową w mur” warto go obejść?
    Poza tym nikt lekarzom na studiach nie podaje na tacy praktyk, grafikom nikt nie funduje super komputerów za sam talent, a muzykowi nikt nie daje w prezencie instrumentów…

    Odpowiedz
  10. modologia
    23 lutego 2012

    Kolejny trafiony wpis. Z przyjemnością komentuję :)

    Po ostatnich targach mody w Poznaniu uderzyło mnie jak bardzo daleko jest świat targów od świata łódzkiego tygodnia mody. Pokazy w czasie targów na kolejny sezon – nie przypominam sobie, żeby zobaczone tam firmy kiedykolwiek gościły na blogach. Firmy prezentujące się na stoiskach – blogosfera zdecydowanie je ignoruje. Kupcy – tak, są tam. Byłam świadkiem sceny, gdy na stoisko sporych rozmiarów ropoznawalnej marki weszli kupcy z Indii: rzut oka na kolekcję i pierwsze pytanie „W jakim terminie są Państwo w stanie wyprodukować 1000 sztuk danego egzemplarza?”. I zdziwiona pani reprezentantka firmy odpowiadająca „Szyjemy w maksymalnie 200-300 sztukach”. Pan z Indii podziękował i sobie poszedł. Może to sytuacja skrajna, a może nie? Nie podsłuchuję, po prostu akurat stałam obok ;)

    Targi wyjaśniły mi też np. dlaczego na ulicach wciąż pojawiają się koszmarne garnkopodobne nakrycia głowy „dla pań w średnim wieku” (cokolwiek to znaczy) i nieśmiertelne berety z antenką, skąd biorą się ubrania, w które ubiera się Polska nie z wielkich miast, ale z miasteczek czy wsi.

    Dalej: co i jak piszą o polskiej modzie dziennikarze i dziennikarki z Rzeczpospolitej, Newsweeka, Elle czy Wprost, a co piszą w Rynku Mody, Modzie w Polsce, w magazynie tendecje.pl? Jak prezentuje się „modę” na blogach to jeszcze inna sprawa. Punkt wspólny? Wszyscy piszą „o modzie”. A poza tym, co z tego, że dziennikarze piszą? Oni napiszą, czytelnicy przeczytają, jak jest możliwość skomentowania na stronie internetowej to i czasem skomentują, że fajnie i chętnie by kupili. I? I projektant/ka się ucieszy z tych deklaracji. I? Czy to naprawdę przekłada się na konkretny wzrost sprzedaży? Ludzie deklarują rożne rzeczy w sondażach (np. „najważniejsza jest dla mnie rodzina”), ale czy faktycznie działają zgodnie z deklaracją? Deklarowane wartości często oddziela przepaść od faktycznych zachowań.

    Przy okazji: infrastruktura wydarzenia jest bardzo ważna, przyjmowanie, że to kul sikać pod krzaczkiem, bo impreza raczkuje to jakieś nieporozumienie.

    Druga sprawa: początkujące osoby zajmujące się projektowaniem ubrań (gwoli ścisłości, projektuje się właśnie ubiory, a nie „modę”) – powyższa postawa Osoby nieco mnie obezwładniła. Oczekiwanie, że krawcowa nie poczeka na zapłatę jest z gatunku księżycowych. Dlaczego ktoś ma stracić dochody przez Twój brak wyobraźni? Zgadzam się z uwagami J.O.B. i mogę się tylko pod nimi podpisać, żeby się w tym miejscu nie powtarzać.

    Pomysł stypendium dla najbardziej obiecującego/ej projektanta/tki uważam za trafiony. Pytanie na jak długo? Myślę, że dwa lata to dobra perspektywa – przez dwa lata można „przećwiczyć” dwa cykle wydarzeń pojawiających się w ciągu roku, poobserwować rynek, doszkolić się, sprawdzić jak się człowiek sam rozwija i jak rozwija swoją działalność. Rok to po prostu jest za krótka perspektywa, żeby uznać za sensowną taką inwestycję.

    No i na koniec jeszcze sprawa sprzedaży i promocji zaprojektowanych przez siebie ubiorów: zacznijmy od bolesnej prozy – ilu z Was, początkujący Projektantki i Projektanci, sprawdziło ile tzw. „statystyczny Polak” wydaje rocznie/miesięcznie na ubranie? Pomyślcie o tym budżecie i zastanówcie się, czy w takiej sytuacji w pierwszej kolejności zdecydowalibyście się na ubranie Waszego projektu? Kto jest Waszą grupą docelową? Ile te osoby mają dochodu i ile mogą wydać na ubrania nie pierwszej potrzeby? Jaka rozmiarówka jest potrzebna? Szyjecie dla tych, co mają kasę? Super! Znowu: dlaczego mieliby wybrać akurat Wasz projekt? Myślicie, że nikt nie zna ceny za metr danego materiału? Oglądałam ostatnio sukienkę młodej projektantki z pierwszej „kolekcji” – sukienka była z bawełny (100%), składała się z dwóch kawałków materiału (przód i tył, brak zaszewek, zszyte owerlokiem, krój tzw. „nietoperz”). Cena? W zależności od modelu: 350-400 zł. Na wykonanie tej sukienki potrzeba ok. 2 metrów materiału – przy zaproponowanej jakości to 30-40zł brutto za metr. Krawcowa, którą znam, bierze 2zł za metr owerloka. Potem trzeba jeszcze podszyć dekolt, rękawy i dół. Z całym szacunkiem, ale zaproponowana cena w przykładzie powyżej to lekka przesada. Ostatecznie najwidoczniej opłaca się być krawcową, ale to takie … rzemiosło. Gdzie moda, ach, gdzie sztuka? … Może zdecydowana część z Was powinna najpierw przez kilka lat szyć na zamówienie (tak, zostać krawcem/krawcową), a dopiero potem marzyć o tygodniach mody? Może byłoby mniej rozczarowań, więcej własnej inicjatywy i – być może – więcej pieniędzy. Nie każdy zostanie drugim YSL czy inną Chanel.

    Odpowiedz
    • J.O.B.
      23 lutego 2012

      żeby zostać krawcem/krawcową trzeba najpierw z pokorą podejśc do rzemiosła i samoedukacji (porządny instruktaż to tylko 10% sukcesu, potem są jeszcze godziny spędzone samotnie, w skupieniu przy maszynie i rozgryzanie każdego starego rzemieślniczego triku na własne potrzeby, szycie i prucie, by szyć od nowa). problem w tym, że najmłodsze pokolenie projektantów (nie tylko to absolutnie najmłodsze, zresztą) pokory nosi w sobie tyle co kot napłakał. prezentacje ostatniego FWP takie jak Szumik 100% czy AŁ, Aga Pou czy Aleksandra Kmiecik dają w dodatku namacalny dowód na to, że jakość wykonania ( w dwóch pierwszych przypadkach również jakośc projektu) mają niektórzy młodzi projektanci w głębokim poważaniu. wygląda wobec tego na to, że trudniej być w Polsce krawcem/krawcową niż projektantem. zawód projektanta widziany jest oczami młodych ludzi w bardzo wypaczony sposób, jako stoisko z darmowymi kołaczami. to najpierw należałoby zmienić.

      dodatkowo polecam lekturę tego artykułu na blogu Hanny Gajos : http://www.rynekmody.pl/wordpress/jak-zyc-modo/. trochę z innej perspektywy ( znacznie chyba łagodniejszej niż moja własna) na ten sam temat.

      Odpowiedz
      • Moda to kapryśna Pani
        24 lutego 2012

        moda to nie zajęcie dla biednych

        Nie uważam, że projektant powinien umieć szyć. Powinien znać się na konstrukcji /przynajmniej podstawy/, terminologii i przynajmniej na teorii technologii szycia co jest elementarną podstawą w komunikacji z podzespołami. Oczywiście najłatwiej nauczyć się konstrukcji szyjąc i to nie podlega dwóm zdaniom.
        Jestem projektantką przed 30. Dla własnej satysfakcji zrobiłam europejskie papiery mistrzowskie. Taki etap to jest jakieś 5 lat non stop przy stole do konstrukcji i maszynie do szycia. Żeby robić to samemu trzeba mieć na czym a takie zabawki kosztuję. Plus mieć z czego żyć kiedy się uczysz. No i jeszcze jedna bezcenna rzecz – czas! A to jest zabawa na pełen etat.
        Za maszyną nie ma czasu na brylowanie na salonach i lans z piórkiem w d. – w wolnym tłumaczeniu fashion PR na polskim rynku.

        Tych naszych „projektantów” jest jak grzybów po deszczu. A co jeden to większy artysta, wizjoner. Dlaczego taka persona miałaby pohańbić się brudną rzemieślniczą działką?!
        Mamy kilka wykwitów, którzy odnoszą sukcesy. Dzieci znikąd, które z dnia na dzień otwierają własne marki i butiki. Młodziaki, które opowiadają, że w wieku kilkunastu lat zaczęły prace jako stylista w Tv lub modnym magazynie i kogo to nie ubierały.
        Ludzie obudźcie się! To nie bajka i takie cuda nie przytrafiają się tylko dla tego, bo masz talent. Jeżeli Twój tata nie jest na prawdę zamożnym albo wpływowym człowiekiem to zapomnij, o pracy designera, który wchodzi do pracowni na godzinę dziennie, narobi się tyle, że go nawet palec nie zaboli od pokazywania i ustawiania ludzi, a resztę dnia będzie zaszczycał zwykłych śmiertelników swoim towarzystwem w Viprumach.
        Pióra raz są w modzie, raz nie. Jeżeli nie masz kasy to zapomnij, że bez harówy ktoś przypomni sobie kiedyś Twoje nazwisko.

        Odpowiedz
  11. lvmh worker
    23 lutego 2012

    Jak mozna wskazywac Pana Matlaga projektantem, to jest przerabiacz a nie projektant. Idzie na szmaty i przerabia, ok kilka ciekawych rzeczy zrobil ale… Ale to jest bardziej szklany lanser. Tym zdolnym, tym naprawde ciekawym w lodzi nie daje sie szansy, a dlaczego, a dlatego ze wybor kolekcji, projektantow zalezy od malo zoorientowanych w modzie osob (serio) ……

    Odpowiedz
    • fi
      25 lutego 2012

      lvmh worker, a ktoż jest tak zdolny i niesprawiedliwie pomijany w łodzi?
      A co do twojej opinii nt. Maldorora, radzę ci jeszcze raz przejrzeć wszystkie jego kolekcje prezentowane w łodzi. Może wtedy będzie ci łatwiej odłożyć na bok personalne antypatie i przyznać, że uszycie spódnicy ze skórzanych kurtek albo sukienki z serwetek to nie to samo co krawieckie poprawki.

      Odpowiedz
    • Basia
      16 marca 2012

      Dobrze, że ktoś ma odwagę głośno to powiedzieć. Grzegorz Matląg to przede wszystkim doskonały PRowiec, który lubi przerabiać stare ubrania na modłę czegoś, co sobie gdzieś podpatrzył. Płynie na towarzyskiej fali a na dodatek jest bardzo zdolnym mitomanem.

      Odpowiedz
  12. Magdallen
    25 lutego 2012

    Składałam papiery a warszawska ASP, gdzie się nie dostałam. Studiuję teraz w Danii projektowanie i chwała Bogu.

    Ja się nie dziwie, że absolwenci i studenci w Polsce są rozczarowani. Nawet wiem dlaczego.. nie mają pojęcia o zarabianiu. Młodzi ludzie bawią się w design, tak trochę po omacku. Ale gdzie jest market research. Gdzie grupa docelowa? Przedział cenowy? Ilu projektantów ma wizję swojego klienta. Ok.. większość wschodzących talentów marzy o czerwonych dywanach i celebrytkach. Na pewno? O tym marzą? O wypożyczaniu sukienek za darmo? To jest biznes..? Albo inaczej.. jak wielue ‚luksowych’ marek jest w stanie pomieścić polski rynek. Wystarczy prosta kalkulacja średniej płacy do średniej ceny ‚młodego projektanta’. Wnioski dosyć oczywiste.

    Ukończyłam przed studiami 2letnie studium w Warszawie. Upinaliśmy sukienki na manekinach, robiliśmy ‚modę’. Takie kreatywne doświadczenia. Ale jak można mówić o nauce zawodu, kiedy w takiej szkole nie ma nawet overlocka. Nie mówiąc o maszynie przemysłowej.Jak można dobrze projektować nie znając możliwości technologicznych jakie stoją przed nami otworem. Nie zapominajmy o najważniejszym – moda to produkt, a produkt trzeba sprzedać. Czy w Polsce mamy kierunek stargetowany na ten rynek? Gdzie młodzi ludzie mają się nauczyć dobrego Fashion PR, zaopatrzenia?

    Na mojej uczelni dopiero zauważyłam jakie mamy luki. Mamy na roku wszystkie specjalności: fashion design, pattern design, branding&marketing, retail, purchasing. Nie powiem, że na pewno nie, ale mogę zgadywać, że na żadnej uczelni w Polsce nie uczą jak powinien funkcjonować dobry value chain w modzie, jak szukać dobrego dostawcy w indiach, jak nawiązywać kontakty handlowe na dalekim wschodzie, który jest tak ważnym punktem produkcji (i walczy o podniesienie jakości usług), jak zaprojektować sieć sprzedaży itd itp. Przecież moda to tak zmienny rynnek, gdzie trzeba wyjątkowo wąskiej specjalizacji, żeby dobrze wykonywać swoją pracę

    Pokora pokorą – uwazam ją za rzecz niezbędną. Ale najpierw wypuśćmy specjalistów, którzy nie tylko potrafią szyć i rysować, ale i przede wszystkim sprzedawać.

    Odpowiedz
  13. Jacek S. Kłak
    26 lutego 2012

    Magdallen-święte słowa. Praca u podstaw. Tydzień temu miałem spotkanie z Dziekanem Niederrhein Hochschule w Moenchengladbach w NIemczech.To największa szkoła tego typu w Europie-razem z Krefeld mają 12 ty studentów na kilku wydziałach w tym wydziały wzornictwa,managera mody, itp..Tam studenci przechodzą przez pracownie barwienia,tkania,obróbki uszlachetniania ,szycia…To pół sala wykładowa pół fabryka. A na warsztatach GO TEXTILE na których się robi case study (kto na ASP wie o co chodzi?:)) dochodzi do pierwszych kontaktów lokalnego biznesu modowego i studentów.W efekcie 86 % z nich kończąc studia ma od razu pracę. Niestety w Polsce mamy efekt ,że otumaniony projektant nawet nie umie realnie ocenić sytaucji i świadomie rezygnuje z darmowego (na dzisiaj) narzędzia marketingowego jakim jest Fashion Week. No to śmiać się czy płakać.?

    Odpowiedz
  14. AKD
    26 lutego 2012

    Czytając ten tekst doszłam do pozytywnego wniosku dla mnie samej.
    Jakieś dwa lata temu postanowiłam stworzyć markę odzieżową dla kobiet i projektować takie ubrania, które można założyć i do pracy i pobiec w nich na zakupy, a jak trzeba, to i zaliczyć kolację czy teatr – niektóre moje wzory pasują na każdą z tych okazji. Cenom moich ubrań daleko do cen „młodych projektantów”, a poza tym jeden wzór można mieć na kilka okazji, więc są egzemplarze ekonomiczne. Szyję z tkanin naturalnych albo z przewagą włókien naturalnych. Robię rzeczy takie, jakich nie mogłam znaleźć w naszych sklepach tak pod względem tkanin, fasonów jak i wykończenia.
    Swój modowy biznes zaczęłam od scharakteryzowania grupy docelowej. Nigdy o niej nie zapominam tworząc kolejne kolekcje.
    Na swoją markę patrzę jak na produkt, a nie jak na dzieło sztuki, i mam świadomość tego, że bez adekwatnego zysku firma długo mi nie pociągnie.
    Nie skończyłam żadnej szkoły kierunkowej, jeżeli chodzi o projektowanie czy branżę odzieżową (choć studia biznesowe tak). Cała moja oferta bazuje na doświadczeniu, jakie zdobyłam na rynku jako konsument. I bardzo się z tego cieszę! Bo zyskuję przewagę praktyczną nad absolwentami tuż po studiach. Zresztą po 30-ce świat ocenia się inaczej ;-)
    W tym wszystkim – czyli mając ubrania, które można dowolnie uzupełniać dodatkami, z fajnych tkanin, porządnie wykończone, skonstruowane, za niewygórowaną cenę – oceniam je na „mało spektakularne”, żeby zainteresować nimi modowych dziennikarzy. To wniosek z mojej obecności w Showroomie na ostatnim Fashion Week. Dużo większym zainteresowaniem cieszyły się spodnie z krokiem w kolanach czy sukienki z piórami (nie tylko wśród oglądających, ale też w fotorelacjach w prasie i w sieci), niż moje proste sukienki.
    Celebryctwo, tzw. blask sławy, to ostatnie rzeczy, którymi mogłabym być zainteresowana, więc lans na salonach (warszawskich, bo jestem stąd), żeby jakaś serialowa gwiazdka nosiła moją kieckę za free, kompletnie mnie nie interesuje. Ale uważam, że Kowalska zza rogu ma prawo tak samo chodzić w porządnych ciuchach jak pani X z okładek kolorowych gazet. Moja oferta jest dla niej, tylko mnie z tymi ciuchami nie-glamour bardzo trudno do niej dotrzeć.
    Zaczęłam trochę wątpić w to, co robię, po FW właśnie, widząc, co się cieszy popularnością w mediach. Właściwie byłam przekonana, że więcej mogę zdziałać za granicą niż w Polsce z takimi produktami, bo oni są dalej niż my w wymogach co do jakości ubrań.
    Pana tekst natomiast sprawia, że wraca mi jednak wiara w nasz rynek, bo skoro ocena tego, co się tu dzieje, jest taka właśnie, to może jednak jest szansa, tylko skorzystanie z niej wymaga czasu. Doświadczyłam już nie raz tego, że efekt mozolnie wypracowany jest trwalszy niż spektakularny sukces. Nie będę miała nic przeciwko powtórce tego procesu.
    Dziękuję!

    Odpowiedz
  15. Ano
    16 marca 2012

    matląg to śmieciowa moda skopiowana z zagranicy poza publikacjami w prasie załatwionymi przez znajomych nie niczego w kraju ani na tzw dzikim achodzie nie zdobył Gdzie są jego klienci, którzy mieliby być potwierdzeniem tego sukcesu??? Otwórzcie oczy!

    Odpowiedz
    • michalzaczynski
      16 marca 2012

      Moje publikacje na temat Maldorora nie były załatwiane przez żadnych jego znajomych. Wynikały z mojego uznania dla pracy projektanta. MZ

      Odpowiedz
  16. AUEL
    22 kwietnia 2012

    Jestem po studiach na kierunku projektowania ubioru łódzkiej ASP. I prawdę powiedziawszy najistotniejszych rzeczy dowiedziałam się w pracy w przemyśle. Uczelnia nie potrafi przygotować rzemieślników, natomiast uczy artystów, którzy później nie są w stanie ogarnąć realiów branży odzieżowej. Młodzi przychodzą z założeniem, że będą kreować modę, a nie tworzyć projekty odzieżowe, które maja się sprzedać. Niestety w czasie studiów trudno jest ich przekonać, że będzie inaczej. Dopiero gdy trzeba znaleźć pracę okazuje się, że przez 5 lat nie skupiali się na tym co istotne. Ja pod względem zawodowym traktuję te pięć lat w znacznej części jako stracone:/ Mam nadzieję, że dziś poziom nauczania choć odrobinę się zmienia.

    A wracając do jakości projektowania, jestem sama zaskoczona jak wielu projektantów robi bardzo podobne rzeczy. Wiem, że minimalizm jest modny, ale szycie prostej sukienki- wora z dzianinylub sukienki bez zaszewek to po prostu lenistwo lub brak kreatywności, a nie minimalizm. Mam też wrażenie, że niektórzy „projektanci”, pokazują się na FW tylko ze względu na znajomości, bo poziom reprezentują co najwyżej zerowy.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz