Królowa karaoke

Czy jest coś bardziej niemodnego  i w ogóle tragicznego niż wieczory karaoke? Nie, oczywiście, że nie ma. Ale uczestnicy rzeczonych wieczorów uważają inaczej. I okrutna ich czasem kara za to spotyka.

Wydawałoby się, że karaoke, które w Polsce pojawiło się jakoś na przełomie wieków, jest już passe. Ale nic z tych rzeczy. Karaoke, a konkretnie komputer z podkładami, kolorowy kaseton świetlny dla dodania magii chwili oraz klaser ze zmiętymi już, potłuszczonymi od tostów z serem, szynką i keczupem – niezmiennie afirmowanej przekąski pubowej – listami piosenek, niczym niegdyś obwoźne kino, triumfalnie wędruje od baru do baru, od eventu do eventu, od wsi do wsi.

Ów nieodłączny element pejzażu wyjazdów integracyjnych (najprostsza droga, by stracić autorytet u podwładnych), wakacyjnych animacji („a piosenkę o pszczółce Mai zaśpiewa nam teraz wesoła bydgoska rodzinka Bąków!”), wesel i poprawin (tak, tak!) oraz tak zwanych wypadów na piwo, zdaje się nie tracić na atrakcyjności. To jedna z tych mód, które na złość sławnej maksymie Yvesa Saint-Laurenta (lub Coco Chanel; badacze nie są tu zgodni) wcale nie przemijają – choć zrobiłyby nam tym sporą przysługę – a stylu, jak się zdaje, nie miały nigdy.

No bo cóż stylowego jest w przeraźliwym zawodzeniu: „Chcesz rozbić taflę szkła, a ona się uginaaaa” z repertuaru odżałowanego i zastąpionego musicalu „Metro”? Nic. A song ów stał się prawdziwym karaokowym szlagierem.

Przy czym umówmy się: przeraźliwe zawodzenie wcale nie jest największą zmorą karaoke. Tych, którzy chcą sobie pofałszować i rozerwać się kosztem nerwów osób postronnych, można jeszcze wytrzymać. Zresztą: sami tak znowuż lepiej nie śpiewamy. Gorzej z tymi, którzy wraz z fałszowaniem mają poczucie misji. Na ogół wyedukowania muzycznego współfałszujących. Na każdym wieczorze karaoke znajdzie się jedna taka osoba, która zamiast Bajmu, „Metra”, czy Wodeckiego (polskie piosenki współczesne nie mają jakoś u karaokowiczów brania), wybierze coś Bjork, czy Red Hot Chilli Peppers.  Nic by nie było w tym złego, gdyby choć raz któryś z występujących, przy fragmencie Portishead „’Cos nobody loves me, it’s true, not like you do” sam sobie zdał sprawę, że wpadanie w psychotyczny dygot między kontuarem z podróbki lastryko a kolejką do jedynego kibla w pubie nie jest najfortunniejszym pomysłem.

Najgorzej jednak, i tu dochodzimy do trzeciej, największej grupy entuzjastów karaoke, ma się sprawa z tymi, którzy śpiewać całkiem umieją. Kilka perfekcyjnie opanowanych numerów, na przykład „Aicha”, „Simply the Best” i „Jeszcze się tam żagiel bieli” i dawaj, w Polskę pubową tournée odbywać, piwa i breloczki firmowe „Tyskie” w konkursach na najładniejsze wykonanie wygrywać i popisywać się przed publicznością. Wieczór w lokalu przypomina wówczas udział w nagraniu „Jaka to melodia”, którego prezenter swoją drogą był, jako aktor, we wspomniane „Metro” całkiem poważnie zamieszany.

Oczywiście, najprościej nie chodzić na karaoke i się nie denerwować. Niestety, niczym ośmiornica oplątała swoimi mackami już chyba wszystkie bary w kraju i nie trafić nań nie sposób, a na siedzenie po domach żal nam jeszcze chęci i urody. Choć z drugiej strony: czy ja wiem? Tak jest jakoś ten świat skonstruowany, że wszelkie popisy prędzej, czy później zostaną pokarane.

Onegdaj w pewnym klubie w wieczorze karaoke brały udział drag queenki (dla zacofanych: panowie przebrani za panie; na ogół dla zabawy, czasem dla dreszczyku). Brawa rzęsiły, emocje sięgały kresu, publiczność szalała, od podskoków aż podest trzeszczał, gdy nagle – a działo się to przy numerze Madonny „Hung Up”, co widziałem na własne oczy – królowej karaoke, rozentuzjazmowanej drag queen Lady Conchicie z dolnej części nieumiejętnie założonego body wypadło (hm, raczej wysunęło się bezwstydnie) to, co biedna Conchita miała (miał) najświętszego.

O Boże!

9 Komentarze

  1. Zalewski
    21 maja 2012

    Ojtam. Dobrze, że jest karaoke. Gdyby nie ono, to byśmy nie mogli tego tekstu poczytać. Inna sprawa, że my mamy przyjemność, a piszący miał katorgę. ;)

    Odpowiedz
  2. Wężyk
    21 maja 2012

    Doskonale rozumiem. Na każdą propozycję pójścia na karaoke reaguję stanowczym „NIE”.
    Nie mam potrzeby słuchania obcych zawodzących głosów. Pośpiewać to ja mogę sobie na domówce, wyjąc razem ze znajomymi i nie słysząc tym samym naszych fałszów :D

    Odpowiedz
  3. mersace
    21 maja 2012

    Karaoke to taki sam przejaw dobrego smaku jak skarpetki do sandałów…

    Odpowiedz
  4. panbarnaba53
    21 maja 2012

    Oj, zawodzicie Panowie jak bywalcy klubów karaoke. Cóż przyjemniejszego jod widoku robiących z siebie pajaca pseudo Dod i następców Krawczyka. Przepiękne są te szalone wygibasy domorosłych „artystów”, a każdy z niech z poczuciem spełaniania misji, jak nie przymierzając telewizja publiczna.
    Dlatego mikrofony w dłoń, ogony do góry i śpiewamy:

    Odpowiedz
  5. Patryk Pat Chilewicz
    21 maja 2012

    Ostatnie karaoke jakie przeżyłem (śpiewając nieodżałowaną Edytę Górniak z przebojów Disneya) skończyłem na posterunku policji na Wilczej skuty w kajdanki i pozujący do kartoteki SuperExpressu, także potwierdzam: karaoke prowadzi do powolnej i bolesnej śmierci.

    Odpowiedz
  6. Otto Katz
    23 maja 2012

    Na zaproszenie do wyjścia na karaoke jest tylko jedna słuszna odpowiedź. I brzmi ona następująco:

    Odpowiedz
  7. Joy of pink
    27 maja 2012

    Ja tam nawet jakby chciała to uważam , że nie jest to najlepszy pomysł w no moim wykonaniu… Jednakże co prawda to prawda , karaoke zaatakowała wszelkie miejsca.. no cóż .. zaśpiewajmy sobie jeszcze raz ” jesteś szalona” czy ” dumke na dwa serca” . Będzie fajnie: D

    Odpowiedz
  8. Czytelnik w drodze
    25 sierpnia 2012

    Stuhr spiewał „Każdy może spiewaę trochę lepiej lub trochę gorzej …”. Panie Michale więcej wyrozumiałości.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz