Moda co łaska. Czy sponsorować polskich projektantów?

Moda | 27 czerwca 2012 | 10 komentarzy

- Jakieś dwieście złotych miesięcznie – przyznaje Łukasz Jemioł, pytany o wysokość ministerialnego stypendium, które dwukrotnie zdobył podczas studiów na łódzkiej ASP. Wsparcie raczej nieimponujące. Co więcej – jak zaznacza Jemioł – jedyne, jakie otrzymał w swojej dotychczasowej karierze. Od 2006 roku, kiedy kolekcją Scandinavia wygrał „Złotą Nitkę”, działa praktycznie bez pomocy jakiejkolwiek instytucji i zdany jest sam na siebie. Jak w zasadzie każdy inny projektant w Polsce. Na Zachodzie – gdzie nie brakuje przecież zamożniejszych i bardziej świadomych odbiorców mody, przez co projektantowi teoretycznie łatwiej jest się utrzymać – to rzecz nie do pomyślenia.

Oczywiście, mamy w kraju kilka dużych konkursów dla projektantów, z nagrodami głównymi wysokości dziesięciu, czy dwudziestu tysięcy złotych oraz wyróżnieniami dodatkowymi w postaci semestru w krajowej, bądź zagranicznej szkole, stażu w pracowni uznanej marki, maszyny do szycia od MediaMarktu, czy kuponu materiału. I trudno znaleźć w polskiej modzie nazwisko, które wcześniej nie pojawiało się na konkursowych listach – od duetu Paprocki&Brzozowski po Konrada Parola. Jednak z samej specyfiki konkursów, są one przeznaczone dla studentów, czy świeżo upieczonych absolwentów. A wyróżnienie ich w tych konkursach jest nie tyle realnym wsparciem, ile zachętą do dalszego działania.

Tyle, że właśnie to dalsze działanie, kiedy w rok, dwa po skończeniu studiów wygrało się – powiedzmy – już wszystkie konkursy, wymaga instytucjonalnej pomocy. Jakiej konkretnie? Projektanci, z którymi rozmawiałem, mają podobne oczekiwania. Bartek Michalec z Zuo Corp. (- my akurat mamy dużo szczęścia – zastrzega) oczekiwałby wsparcia finansowego, pozwalającego na produkcję kolekcji oraz merytorycznego – pomocy przy założeniu firmy, prowadzeniu księgowości, zapewnienia obsługi prawnej oraz przyłożeniu się do promocji. – W skrócie: dobre warunki startu oraz zapoznanie z warunkami gospodarki wolnorynkowej – deklaruje Michalec.

Piotr Drzał  dodaje do tego sponsoring ze strony polskich sieciówek, wzorem brytyjskiego Top Shopu (w tym roku swoją nagrodę w wysokości 50 tys. euro i pokazu na sztokholmskim tygodniu mody po raz pierwszy ufundował też H&M – przyp. red.). – Dzięki zastrzykowi finansowemu stać by nas było na znalezienie szwalni, sprowadzenie belek tkanin i wyprodukowanie pełnej rozmiarówki. Wtedy choć trochę moglibyśmy porównywać się z projektantami z zagranicy. Tam, gdy się pojawia nowy talent na rynku, zostaje on natychmiast „zauważony”, jak choćby Alexander Wang, i jego projekty bardzo szybko wchodzą do obrotu, podczas gdy my musimy walczyć o to latami – boleje Drzał. Dodaje jednak, że polskiemu projektantowi doskwiera też brak fashion buyerów ze specjalizacją po szkołach i menedżerów.

Projektanci przyznają ponadto, że dzięki finansowemu wsparciu robiliby po prostu ciekawsze kolekcje. – Często pracujemy na podobnych bazach szablonowych, bo nie stać nas na tworzenie dużej liczby konstrukcji – tłumaczy Natasha Pavluchenko. -  Nie wiemy, jak zarządzać własną marką, nie mamy dobrego PR, nie mamy dyrektora finansowego, nie odbywamy szkoleń w zakresie nowych technologii,  wszystko dlatego, że nas nie stać – przyznaje projektantka.

Wygląda więc, że poza talentem i determinacją projektantowi w Polsce brakuje właściwie wszystkiego. I my mamy im to wszystko załatwić?  I to najlepiej jeszcze z publicznych pieniędzy? A czemu nie. Skoro finansujemy ośrodki sportowe, wydajemy miliony złotych na Wianki z Boney M., zespoły i tradycje ludowe, lewicową „Krytykę Polityczną” i prawicową „Frondę”, a także dotujemy teatry, czy galerie, to czemu nie wesprzeć – czyli de facto zainwestować -projektantów? W przeciwieństwie do Wianków, czy „Frondy” ta inwestycja może się zwrócić, o czym świadczy przykład nielicznych instytucji publicznych, które na polską modę pieniądze wyłożyły.

Naturalnie, można się kłócić, czy trzeba dofinansowywać wszystko, co przynosi zysk i czy na tej zasadzie wspierać, na przykład, dentystów, co zwróciłoby się pewnie z nawiązką z płaconych przez nich później podatków. Tyle, że to projektanci (z całym szacunkiem do zawodu dentysty!) mogą poprawić prestiż i wizerunek kraju, to właśnie na kreatywnych zawodach oparte są dziś nowoczesne gospodarki („kreatywny stomatolog” brzmi jednak niepokojąco) i – w przeciwieństwie do większości zawodów – jako artyści nie podlegają konkurencji. Po prostu – tu nie wygra lepszy. Zresztą zacytowane oczekiwania projektantów, a właściwie całej branży mody, nie są wzięte z kosmosu, ani nie są wynikiem ich, nazwijmy to, niezaradności, czy megalomanii, lecz z obserwacji systemów i modeli wsparcia mody za granicą. Szczególnie w Wielkiej Brytanii, a zwłaszcza w Londynie nie bez powodu uchodzącym dziś za światowe centrum innowacyjne mody.

Wzorem jest tu British Fashion Council, brytyjska rada mody. Utworzona w 1983 roku organizacja non-profit, na którą łożą m.in. domy towarowe (na przykład Selfrigdes i House of Fraser), firmy (New Look, River Island, marki Arcadia Group), instytucje finansowe, Europejska Agencja Rozwoju Regionalnego i mer Londynu, który w tym tylko roku do kasy BFC wpłacił 1,3 miliona funtów. Dzięki czemu BFC, z pięcioosobowym komitetem wykonawczym, kierowanym przez Harolda Tillmana, właściciela legendarnych marek Aquascutum i Jaeger oraz z rzeszą doradców – dziennikarzy (m.in. Vogue, Guardian, GQ, Esquire), wykładowców, projektantów i handlowców to właściwie monstrualny bankomat, wyrzucający z siebie 6,5 miliona funtów na organizację londyńskiego tygodnia mody oraz kolejne setki tysięcy na tworzenie programów pomocowych i rozmaitych, niekonkurujących ze sobą nagród dla projektantów mody, ale też – oddzielnie – biżuterii, czy nakryć głowy.

Najważniejsza, przyznawana do spółki z lokalną edycją „Vogue’a” wynosi 200 tysięcy funtów (ok. miliona złotych), ale w jej dobrodziejstwo wchodzi także dostęp do specjalistów z każdej dziedziny związanej z modą (od pozyskiwania surowców, przez tworzenie strategii biznesowych po, na przykład, visual merchandising) na dyrektorskim szczeblu, którzy doradzać będą indywidualnie zwycięzcy przez 12 miesięcy. BFC/Vogue Designer Fashion Fund, bo tak brzmi pełna nazwa tej „szytej na miarę”  nagrody, w tym roku otrzymał Jonathan Saunders.

Decyzja ta pokazuje, jak długofalowo wspiera się projektantów w Wielkiej Brytanii. Obecny w biznesie mody od 10 lat (a więc dłużej niż większość znanych projektantów w Polsce) Saunders, twórca kolekcji autorskich i zarazem dyrektor kreatywny marki Pollini, praktycznie od studiów, ukończonych w 2002 r. dofinansowywany jest przez rozmaite programy.

Kapituła nagrody (m.in. projektanci Christopher Bailey z Burberry’ego i Paul Smith, szefowa „Vogue” Alexandra Schulman oraz przedstawiciele Marks&Spencer, Tesco, Toni&Guy i banku HSBC) stawia na doświadczonych kreatorów, bo tacy, ich zdaniem, przyniosą brytyjskiej modzie wymierne korzyści, a zainwestowane pieniądze zwrócą się z nawiązką. Tam zresztą zdano sobie sprawę z kluczowej pozycji biznesu mody, którego wielkość w Albionie porównywana jest z przemysłem żywności i napojów, czy branżą telekomunikacyjną i wynosi 21 mld funtów (a wliczając gałęzie z modą związane – od branży IT po turystykę – 37 mld funtów), a zatrudnia ponad 800 tysięcy osób.

System nagród i funduszy pomocowych został tak skonstruowany, by każdą z nich projektant mógł zdobyć na innym etapie kariery. Dla zdobycia każdej z nagród są więc inne kryteria, a bywa i tak, że warunkiem otrzymania wysokiej nagrody, jest zdobycie już tych poprzeczkę niżej. Ta największa wymaga, by projektant miał m.in. listę autoryzowanych sklepów/dystrybutorów na Wyspach i za granicą oraz dobrą międzynarodową prasę. Te skromniejsze, jak  ta przy współpracy z Elle BFC/ELLE Talent Launch Pad– działalność w Anglii.  Nagroda Elle jest stricte handlowa, bo jej celem jest przedstawienie młodych zdolnych projektantów niezależnym, ale uznanym sieciom handlowym (zarówno tradycyjnym, jak i internetowym), które zobowiązały się do zakupu zwycięskich kolekcji na dwa kolejne sezony i organizowania eventów je wspierających. Nagrodą jest też stoisko na dwóch kolejnych edycjach  LFW. Szczególnie ceniona jest powstała we współpracy z TopShopem nagroda NEWGEM. Jej beneficjentami były takie obecnie dziś gwiazdy, jak Gareth Pugh,  Antonio Beradi, Mathiew Williamson, czy – oczywiście – wspomniany Jonathan Saunders, a z Polaków – Katarzyna Szczotarska, Arkadius i Krzysztof Stróżyna. – Pomogli mi zorganizować moje pierwsze pokazy, wsparli mnie PR-owo, przyłożyli się do organizacji sprzedaży. Dostałem od nich pokaz oraz stoisko na londyńskim fashion weeku za darmo, a z dodatkowego grantu opłaciłem m.in. modelki i buty – wylicza w rozmowe z Fashion Magazine Stróżyna. Ten absolwent St. Martins College otrzymał później jeszcze nagrodę fundacji Vauxhall Fashion Scout, współpracującej z BFC inicjatywy sponsorowanej przez producenta samochodów Vauxhall i mera Londynu – dofinansowanie do trzech kolejnych pokazów na LFW. Opłacało się? – Bardzo – przyznaje Stróżyna, choć zaznacza, że nawet najwyższe nagrody nie pomogą, jeśli projektant nie będzie potrafił zdefiniować swojego odbiorcy i po prostu sprzedawać swoich rzeczy.

No, ale tego już uczą wyższe nagrody i granty Vauxhall (ich system jest podobnie rozbudowany co BFC – od nagrody 25 tysięcy funtów po zaproszenie do paryskiego showroomu) i samego BFC, w rodzaju Fashion Forward (mogą ją otrzymać wyłącznie zdobywcy wcześniejszego NEWGEM lub mieć podobnie prestiżowe osiągnięcia) a wśród laureatów znajdziemy gwiazdy brytyjskiej mody ostatniej dekady: Christophera Kane’a, Erdem, Gilesa Deacon, Mariosa Schwaba, Meadham Kirchoff i, a jakże, Jonathana Saundersa…

A w Polsce? O sieciówkach, czy firmach odzieżowych szerzej wspierających młodych projektantów (nie licząc okazyjnych, skromnych wyróżnień na wspomnianych konkursach) właściwie możemy zapomnieć. Mecenat wielkich firm, czy instytucji finansowych – to samo. Stąd projektanci radzą sobie, jak umieją. Czasem – bardzo słusznie zresztą – korzystają z bardzo ogólnych instrumentów pomocowych. Jacek Kłosiński, na przykład, skorzystał właśnie z programu Kapitalny Biznes, stworzonego w ramach „promocji przedsiębiorczości i samozatrudnienia”. Projektant przy pomocy fachowców poznał zagadnienia rachunkowości i księgowości, ułożył biznesplan, ustalił wskaźniki rentowności, stworzył strategię reklamową, poznał prawo pracy, odbył szkolenie z naczelnikiem Urzędu Skarbowego… Przyznaje jednak, że zabrakło oddzielnego szkolenia dla branży odzieżowej. – Ponieważ w wyselekcjonowanym gronie 20 osób znalazł się cieśla, księgowa, rehabilitant, architekt, producentka pierogów ukraińskich, instruktor fitness itp., szkolenia nie mogły być sprofilowane – opowiada Kłosiński.

Podczas takich szkoleń można zdobyć 20 tysięcy złotych grantu. Jak to się ma do kwot za granicą? W ubiegłym roku przy wsparciu mera Londynu, dzięki specjalnemu International Guest Programme, 70 VIP-owskim kupców z 13 krajów złożyło na tamtejszym fashion weeku zamówienia u projektantów na kwotę ponad 74 milionów funtów (dwukrotnie więcej niż rok wcześniej), a wartość relacji w mediach, a więc de facto zwrot inwestycji, sięgnęła astronomicznych… 135 milionów funtów…

Pełna wersja artykułu w letnim wydaniu Fashion Magazine

10 Komentarze

  1. Jacek S. Kłak
    27 czerwca 2012

    Fashion Week w Łodzi jest własnie swoistym programem wsparcia. Żaden projektant za nic nie płaci ,nawet za modelki za które jak czytamy na blogu Pana Michała promowany w Londynie Krzysztof Stróżyna musiał zapłacić. Wiele FAshion Weeks daje mozliwość wejscia na wybieg najbardziej zdolnym (aczkolwiek nielicznym) ale zawsze coś zostaje po stronie projektanta do zapłacenia. Odsyłam do Dawida Tomaszewskiego-laureta prestiżowego konkursu „Designer for Tomorrow” po którym zaproszono go do Berliner Fashion Week. Ale Dawid i tak ponosi część kosztów swego uczestnictwa w FW-tak samo jak wielu innych wspieranych designerów ponosi je na innych swiatowych pokazach.. Ale nie tylko FAshion Week jest swoistym ewenementem działającym pro bono.Obecnie prowadzimy program szkoleniowy w ramach Program operacyjny Kapitał Ludzki pt „Projektnaci Przyszłości” gdzie co tydzień przez weekend 15 tu projektantów kształci się z wielu dziedzin .Pełny cykl to kilakdziesiąt godzin szkoleń i warsztatwów z fachowcami . Pojawił się też efekt działań pochodnych: Pomogliśmy kilkunastu projektantom pokazać się na wybiegach w innych krajach i czołowych imprezach targowych (Wiedeń,Lizbona,Paryż,Dusseldorf).W pewnym sensie projektanci korzystają ze wsparcia Urzędu Miasta Łódź -mecenasa polskiej edycji FAshion Week. Na tym etapie na pokaz za 100 tyś Euro w innych miejscach świata długo nie będzie nikogo stać. Wyjatliem jest EWa Minge,La Mania…..O incydentalnych zrywach sponsorów niektórych designerów nie wspominajmy.Nie mają nic wspólnego z promocją projektanta…
    Inne działania: Kosztem kilkudziesięciu milionów euro powstaje Centrum Promocji Mody w Łodzi a Ministerstwo Gospodarki uruchomiło program wsparcia branży mody na lata 2012-2014 w ramach programu branżowego z budżetem ok 170 mln zł.. Nie zgodzę się z tym ze nic się u nas nie robi.

    Odpowiedz
    • michalzaczynski
      28 czerwca 2012

      Zapraszam do przeczytania calosci artykulu w fashion magazine, jest tam tez o lodzkim fw.

      Odpowiedz
    • Monika Szymor
      9 lipca 2012

      Program „Projektanci przyszłości” jest bardzo ciekawym przedsięwzięciem. Jednak został on zorganizowany tylko dla tych, którzy są zatrudnieni w innych firmach na stanowiskach projektanta. Jest wielu projektantów, którzy prowadzą własną działalność, ja również otworzyłam firmę i właśnie z tego powodu nie zostałam zakwalifikowana do tego programu, bo nie jestem zatrudniona u kogoś innego. Mam nadzieję, że weźmiecie to pod uwagę w przyszłości przy organizowaniu kolejnych takich przedsięwzięć. Pozdrawiam!

      Odpowiedz
  2. panienkapati
    27 czerwca 2012

    każdy student, który skończył studia ma ciężko, i to nie kwestia tylko tego kierunku, ale większości. I wszyscy w tym Państwie mają na to wywalone.

    Odpowiedz
  3. agnese
    28 czerwca 2012

    studiuje na łódźkim asp ubior i obuwie.. powiem szczerze , zeby sie wybic jest cięzko :) a fashion week nie do konca tak pomaga.. tam wbijaja sie ludzie majacy spore znajomosci pierwszy lepszy projektant nie ma po co isc chyba ze na show room gdzie wyda sporo kasy za miejsce.

    Odpowiedz
    • panbarnaba53
      30 czerwca 2012

      Szanowna Pani,
      od razu informuję, że nie mam nic wspólniego z modą natomiast trochę orientuję się w temacie. Trochę wstyd słuchać jak młoda, rozpoczynająca swój zawodowy start osoba „miauczy” ze trudno się wybić. A komu łatwo??? Niech Pani popyta swoich starszych kolegów (nie ważne czy to ubiór czy malarstwo, grafika, rzeźba) wszystkim jest ciężko i tak było zawsze. Popatrzmy na statystyki mówiące o tym ilu w roku „specjalistów” kończy uczelnie plastyczne. Wszystkich ich się sztuką nie nakarmi.Droga do „wybicia się” jest bardzo wyboista i długotrwała. Zarzuca Pani FW, że ludzie tam wystawiający mają znajomości a Pani musi płacić za uczestnictwo w show roomie duże pieniądze. Jak dużę? A czy wie Pani ile kosztuje przygotowanie kolekcji na FW? Nie wszyscy mają spponsorów a jeżeli nawet to nie całkowitych. Na sponsoring mogą liczyć jedynie tzw. nazwiska. A jednak, kosztem wielu wyrzeczeń ludzie robią swoje kolekcje – bo to jest trampolina do wybicia się. Oczywiście można siedzieć i czekać na odkrycie – ale w takiej masie artystów „na rynku” i w tak nieprzygotowanym na przyjmowanie sztuki kraju, jest to po prostu strzał w kolano.
      Pozdrawiam sedecznie.
      A co inni Państwo o tym sądzicie?

      Odpowiedz
      • MichalMarczewski
        1 lipca 2012

        A „Państwo” sądzą podobnie- to trochę tak, że jeżeli kopalnia nie przynosi zysków- to powinno się ją zamykać. Moda to nie charytatywna zabawa, a tym bardziej nie zabawa i jak komuś się nie podoba że jest trudno to na prawdę nie musi tego robić…

        Odpowiedz
  4. Oo
    28 czerwca 2012

    hmmm…. tak samo jest z przedsiębiorcami, naukowacami, rzemieślnikami, artystami.Nie za bardzo rozumiem, czemu przemysł mody miałby byc wyróżniony w przeciwieństwie do młodych zdolnych z innych dziedzin. Nie bądźmy tacy zblazowani- niech ludzie biorą sprawy w swoje ręce. Są unijne programy, kredyty itp. Może warto się o coś postarac, a nie czekac aż nam dadzą? Prawo rynku-przetrwają najlepsi i najsilniejsi. Jasne… świetnie gdyby były programy wspierające, ale wygrają Ci którzy zamiast płakac, że nikt im nie pomaga sam pójdzie i zdobędzie. Nie jestesmy już krajem opiekunczym- można tworzyc fundacje, ngo-sy.Organizowac się, a nie czekac, aż pieniądze wyłoży państwo gdzie w kolejce potrzeb są szpitale i przedszkola.
    pozdrawiam,
    O.

    Odpowiedz
  5. magda m
    28 czerwca 2012

    Pani Michale zdołował mnie Pan tym artykułem…nic tylko się wyprowadzić albo wygrać w totka;)

    Odpowiedz
  6. MichalMarczewski
    29 czerwca 2012

    Jako projektant walczący łokciami na rynku i walczący z brakiem funduszy na rozwój szybszy- też nie mogę się zgodzić z tym artykułem i popieram wypowiedż „Oo”…
    Nikomu nic nie należy się „na piękne oczy” – przytoczone przykłady nie obrazują moim zdaniem jak to wygląda.
    Najpierw trzeba mieć bardzo duże pieniądze na „zachodzie” żeby skończyć tam studia- b a r d z o duże jeżeli mówimy o tych najważniejszych szkołach jak St. Martins… To po pierwsze, a po drugie- potem trzeba mieć poparcie inwestora, rodziny i wielu znajomych z branży żeby to powoli, z mozołem ruszyło do przodu i z pasji zamieniło się w biznes… i tu też chodzi głównie o kasę własną zainwestowaną na początek, żeby w ogóle pokazać się jako projektant…
    W takim Berlinie jest masa projektantów- bezrobotnych projektantów, albo za grosze będących wyrobnikami-stażystami w cudzych pracowniach… I nikt tu nikogo nie sponsoruje „za talent”…
    Sztandarowym przykładem jest Christian Lacroix – wiecznie przeinwestowany, wiecznie borykający się z problemami finansowymi, z podatkami itd- i bańka mydlana w którą przyjaciel-inwestor pompował kasę w końcu pękła… Nie pomogły ociekające luksusem butiki, kampanie reklamowe w „Vołgach” i zyski z kosmetyków które podobno i tak nie pokrywały strat na ubraniach…
    Dzisiaj Lacroix sprzed paru sezonów straszy zakurzony tylko w TKMaxx i sklepach z używaną odzieżą i jest w cenie najtańszych masowych wyrobów CK Jeans…
    W modzie powinni przetrwać najwytrwalsi i najzdolniejsi.
    Przykładem projektantki która nie potrzebowała góry dotacji jest Ania Kuczyńska- zrobiła pokaz w swoim mieszkaniu. Jakość, design i oryginalność zwyciężyły nad blichtrem bankietowym. Jej ubrania wiszą w topowym sklepie berlińskim, w kilku sklepach w Japonii, sklep na Mokotowskiej ma się dobrze…
    Brak pieniędzy potrafi pobudzić kreatywność, a jeżeli ktoś nie jest kreatywny to niech kopie rowy, zbiera truskawki w Holandii albo nalewa piwo w Londynie…

    Odpowiedz

Dodaj komentarz