To po prostu trzeba zobaczyć

- To może byśmy poszli do muzeum Madame Tussauds? – spytał mnie F. w samolocie do Londynu. Pytanie równie żenujące, co lotniczy catering, kanapka z wyrobem seropodobnym, jak na etykiecie przeczytałem, wypadła mi z ręki i  wrażenia, bo czego jak czego, ale takich rzeczy człowiek po przyjaciołach się nie spodziewa.

Mona Lisa fot: Łukasz Szeląg

Wizyta u Mme Tussauds to jedna z bardziej bezmyślnych rzeczy, na jaką turysta może wydać pieniądze (29 funtów za bilet, drodzy państwo!). Zadziwiającą żywotność tej ramoty, siła jej macek, które dotknęły już co drugiego miasta od Las Vegas po Berlin, gdzie woskowa armia trollopodobnych kukieł ma swoje jednostki, wynika nie tyle z kultu celebrytów, bo ostatecznie każdy może teraz wrzucić tak zwany śmieszny filmik na youtube i zostać sławnym, ile z faktu, że idiotyczna ta instytucja ma w nazwie muzeum. Co niejako up-grade’uje społecznie i cywilizacyjnie zwiedzające masy w mniemaniu ich samych.

Być w muzeum brzmi jakoś podnioślej w każdym towarzystwie, stąd tłumy do Madame Tussaud (która skądinąd w oryginale nazywała się Anna Grosholtz, ale przytomnie uznała, że z takim nazwiskiem daleko w świecie nie zajdzie) czekają na wejście od bladziuchnego świtu, jednocześnie omijając ten przykry w innych muzeach obowiązek poniesienia minimalnego choćby wysiłku intelektualnego.

Niejakiej niechęci mojej do Tussaud nie należy jednak szukać wśród przyczyn personalnych; żadnego przypiekania parafiną, żadnego straszenia przed snem woskowymi maskami, żadnej traumy po kredkach woskowych Astra Przemyśl. Chodzi raczej o słynny tekst, prawdziwy turystyczny evergreen, szlagwort, lajtmotif i hit pod tytułem: „to po prostu trzeba zobaczyć!”.

Rzeczy, które po prostu trzeba zobaczyć jest więcej niż może nam się wydawać.  Zupełnie, jak byśmy nie mieli własnego rozumu i preferencji. Więc, po pierwsze, wspomniane świecowe kukły Tussaud. Po drugie, po prostu trzeba zobaczyć Monę Lisę. Jak zobaczyć – tego nie wiadomo, bo przed obrazem nie można się zatrzymywać, a zazwyczaj i tak jest się niesionym przez falę nagle spragnionych wielkiej sztuki miłych skądinąd jankesów w czapkach bejsbolowych. By móc ją zobaczyć, trzeba zrobić jej zdjęcie na tak zwanego czuja, co sprawia, że wizyta dla niej w Luwrze pozbawiona jest sensu. Trzecia rzecz – Koloseum. Rzekomo, żeby wyobrazić sobie, jak lwy wybiegały, jak gladiatorzy walczyli oraz „jaka to jest skala”, choć jak wyobraźnia ludzka na podstawie zrujnowanego wygonu ma odtworzyć eventy sprzed dwóch tysięcy lat – nie wiem.

Na liście miejsc, które po prostu trzeba zobaczyć jest też wieża Eiffla. Ładna, tylko ma jedną zasadniczą wadę. Po wjechaniu na nią widać wszystko, poza samą wieżą Eiffla. Ale są także rzeczy mniejszą darzone estymą, które jednak też po prostu trzeba zobaczyć. Zakurzone muzeum makaronów (siedmiu, konkretnie) w jakiejś włoskiej dziurze, muzeum nalewek z kumkwatu (takie małe, wstrętne i szlachetne jak nasza aronia) na Korfu, regionalny składzik strojów ludowych gdzieś pod Liptovskim Mikulaszem, ze szczególnym uwzględnieniem roli kierpców, biesiadę cygańską połączoną z performancem emerytowanych księżniczek Czardasza w Budapeszcie lub pod. Oraz tym podobne atrakcje proponowane przez panie zwane rezydentkami.

Co do Polski to nie wiem, ale euforia, w jaką na widok Chrystusa ze Świebodzina wpadły amerykańskie studentki jadące ze mną pociągiem z Berlina do Warszawy może być jakimś tropem. Cóż, przynajmniej on nie jest z wosku.

Fot.: Łukasz Szeląg

5 Komentarze

  1. modologia
    10 lipca 2012

    A można było pójść do V&A Museum – taniej, a i wystawy akurat mają ciekawe i modzie poświęcone. Ale może Pan i tam dotarł?

    Odpowiedz
  2. Zalewski
    10 lipca 2012

    W pierwszej chwili pomyślałem, że to produkt seropodobny, a nie pytanie kolegi było powodem wypadnięcia kanapki z ręki. ;)

    A odnośnie tematu – tu nie chodzi o to, żeby coś zobaczyć. Tu chodzi o to, żeby można było znajomym powiedzieć, że się tam było. Coby im gula podskoczyła. A jak dodatkowo wrzucimy na fejsa sweet focie z wyprawy, to jeszcze dostaniemy lajki (i to nawet od zazdrośników!). Korzyści mamy więc wielorakie.

    Odpowiedz
  3. Mimi
    19 lipca 2012

    No fakt. Po 5-ciu latach pobytu w Londynie nie zdarzyło mi się dotrzeć do wyżej wspomnianego muzeum i do dziś niektórzy znajomi nie mogą w to uwierzyć :P A i znam też lepszy sposób spożytkowania 29-ciu funtów ;)

    Odpowiedz
  4. monogram
    17 sierpnia 2012

    Ja się nie do końca zgadzam, bo wyżej wymienione muzeum jest według mnie jedną z ciekawszych rzeczy w Londynie. Za każdym razem gdy tam jestem zawsze wybieram się na zwiedzanie. Duży plus jak dla mnie to to, że ciągle coś się w środku zmienia, nigdy nie jest nudno.

    Odpowiedz
  5. Sylwia Kubryńska
    22 sierpnia 2012

    Ha. Muzeum Heinekena w Amsterdamie. Pod koniec najnudniejszej wycieczki świata radość: dają ekstrasy! Nadzieja, że z pewnością nie będzie to jakiś otwieracz z dupy, tylko browar (biorąc pod uwagę cenę biletu – najdroższy na świecie.) I rozwiązanie zagadki – otwieracz z dupy. Najdroższy na świecie.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz