A teraz nas zabawiajcie

Znacie, drodzy czytelnicy, syndrom pt. „A teraz nas zabawiajcie”? Ha! To jedna z częstszych przypadłości społecznych ostatnimi czasy. Chociaż czy ja wiem, czy ostatnimi? Może ludzkość od zarania się nudziła (stąd wymyśliła bicie rekordów Guinnessa, wybory miss i tym podobne idiotyzmy), tylko teraz mocniej ów syndrom się uwidocznił?

I może nie chodzi o ponowoczesny egoizm i podekadenckie blaze’, tylko zwykły brak czegoś do powiedzenia, postępujący w miarę ogłupiania mas przez [sic!] media („Szpilki Soni Bohosiewicz: hit, czy kit?” i tak dalej) oraz dręczenia przez przełożonych w korporacjach („o szóstej rano cię tu widzę, kurwa, jak pilnujesz hostess na promocji petitków!” – usłyszał znajomy kierownik dyskontu)?

Tak, czy tak, prędzej czy później przychodzi nam się zmierzyć z wymogiem zabawienia towarzystwa. Na przykład w gościach. Przychodzą, dajmy na to, Moniczka lub Ryśki („będą Maćki, Staśki, ciotka Dola i Chruścielowie, to trochę głupio Ryśków nie zaprosić”), siadają i oczekują, że będzie się ich zabawiać. Wyglądają jak widownia opolskiego Kabaretonu, w miłym napięciu wyczekująca na nowy pyszny żart Jerzego Kryszaka.

Jeśli gospodarz nie ma pod ręką dziecka albo psa (nimi goście zawsze się zajmą i obiad jakoś zleci), a w telewizji nie leci akurat „Familiada”, która w zasadzie załatwia wszystko, to jako elokwentny osobnik szukasz naprędce neutralnego dowcipu, coby towarzystwo rozruszać. Bo czujesz się w jakimś sensie odpowiedzialny za imprezę (przecież: nudzić się to dla ciebie upadek!). Później przypominasz sobie żarty mocniejsze, ze słowem na k, czy coś, by podtrzymywać temperaturę. Później już i to nie wystarcza, Moniczka zaczyna poziewywać, przechodzisz więc na – niestety! – żarty z samego siebie, sugerujące zdystansowanie względem własnej osoby. A dlaczego niestety? Ano, bo szybko może to odwrócić się przeciwko tobie. Zwłaszcza, gdy zabawiasz nudne towarzystwo nie na proszonym rodzinnym obiedzie, lecz wśród przyjaciół.

Pewna Martynka, zdając sobie sprawę z własnej nieszablonowości, skutkującej szeregiem przygód (życie dla anegdoty – w to jej graj), jak już się rozkręciła to opowiadała, na przykład, jak w czasie studiów uciekła raz z koleżankami widowiskowo o świecie z mieszkania, by nie płacić za ostatni miesiąc najmu (bo miały podejrzenie, że właścicielka nie odda im kaucji) oraz jak flirtowała z chłopakiem z zarostem, który okazał się kierowcą cysterny, więc dla zabawy pojechała z nim zatankować do Petrochemii. I razu pewnego jakoś tak w pubie wyszło, że Martynka nie miała ochoty na zabawianie towarzystwa. Nikt inny też. Niestety.– Weź, Martynka, opowiedz jeszcze raz anegdotę, jak okradłaś emerytkę u której mieszkałaś i jak bzyknęłaś się z wąsatym tirowcem, bo Tomek z Kaśką tego jeszcze nie słyszeli – życzliwie zawołał wówczas Z.. znad kufla Kasztelana Mocne, a Martynka po prostu umarła ze wstydu.

No ale spotkania rodzinne to jedno, picie z przyjaciółmi (Boże, jakimi przyjaciółmi?!) drugie, a takie randki – trzecie.

– No i co powiesz? – odezwał się na pierwszej (!) randce zapoznany przez Internet amant do mej znajomej B.  Głupia B. nie zauważyła, że od razu jej się przyznał, że nie ma nic do powiedzenia, tylko uznała, że może to jakaś gra, a może wreszcie trafiła na normalnego faceta, a nie na kolejnego egocentryka, więc trajkotała przez pięć spotkań, nawet nie zauważając, że amant nie jej słucha, tylko grzebie w komórce. W końcu zaprosiła go do domu na kolację. Nie przyniósł wina (bo jest samochodem, jak oświadczył), ani kwiatów (to – jego zdaniem – nie wymagało tłumaczenia), tylko gorzką czekoladę Goplana.

– Wiesz, wolę rzeczy słodkie od gorzkich – zażartowała B., ukrywając niejakie rozczarowanie.

- Acha, to OK – odpowiedział i schował czekoladę z powrotem do swojego plecaka. Po kolacji wyszedł, a B. karnie podtapiała się całą noc w oceanie własnych łez, tak była na siebie zła. I już się nie widzieli.

Tyle dobrego, że nie wzięła z nim ślubu. Czwartą bowiem, najgorszą możliwością, jest zabawianie kogoś w związku. – A patrz, już na ślubie widziałam, że była jakaś niemrawa – przyznają teraz nagle koleżanki Ingusi. – Ingusiu to, Ingusiu tamto – zabawiał gnuśną Ingusię jej osobisty mąż K. dzień po dniu, roku po roku, przez sześć pełnych lat, zanim zostawiła go z kredytem i puściła się z kadrowym z ośrodka wczasowego Trojak. I uciekła z nim do Rzeszowa. Skołowanego K. ten Rzeszów ubódł najbardziej…

4 Komentarze

  1. Vislav
    16 lipca 2012

    Hej,
    smutne, ale prawdziwe. Każdy chce konsumować, a najlepiej budyń z sokiem malinowym, jak to mówią żeglarze: „Łatwo wchodzi i łatwo wychodzi dowolną stroną”.
    Nawiasem mówiąc wojny bym wyłączył – trudno być biernym konsumentem, albo widzem. Chociaż TV też to nadrabia sprowadzając wszystko do mrugających obrazków.
    Też to zauważyłem realizując różne projekty, gdzie większość z uczestników stała się widzami: „a teraz nas zabawiajcie”.

    pozdrowienia Vislav

    Odpowiedz
  2. Mimi
    19 lipca 2012

    Pozdrawiam z Rzeszowa :D

    Odpowiedz
  3. Alexa Dra
    23 lipca 2012

    jak zwykle świetnie ;) a jeden z akapitów kojarzy mi się z grą The Sims i utrzymywaniem gości w jak najlepszym humorze na organizowanych przez Simy imprezach ;)

    Odpowiedz

Dodaj komentarz