Szczęście trzeba rwać jak świeże wiśnie

Szczęście trzeba rwać jak świeże wiśnie, drodzy państwo! Bo życie przemknie nam głupio jak helikopter, hałasu czyniąc więcej, niż to w ogóle warte. I nic sobie nie poużywamy.

Tylko jak do tego szczęścia się dobrać, jaką drabinę doń dostawić? Mówi się, że szczęściu trzeba pomagać i w zasadzie to jedna z mniej mądrych rzeczy, jakie się mówi. Pewna moja znajoma uznała, że najszczęśliwsza bywa, gdy się zresetuje. A że resetowała się  żubrówką… Co tu dużo gadać, można sobie wyobrazić, w co się wpakowała.

Inna z kolei (niebrzydka, mocno po 30-tce) dość już miała samotności, gotowania tylko dla siebie oraz kota i wzruszania się przy romkomach*. A że wolnych i seksownych czterdziestolatków jest tylu, co słońca w listopadowe słoty, postanowiła radykalnie poszerzyć przedział wiekowy na swoim profilu na portalu randkowym.  No i – bądźmy ze sobą uczciwi w tej chwili- połknęła bakcyla. Tyle, że z młodszymi.

O ile jej randki ze studentami piątego roku znajomi przyjęli z uśmieszkiem, a może i lekką zazdrością, to już okrzyki  „Boże, co za ciacho!” na widok przypadkowo spostrzeżonego, pryszczatego jeszcze 16-latka, nie przeszły bez komentarza. Ponoć ma teraz jakąś sprawę w sądzie i niektórzy domyślają się, o co.

Albo taki J. Pomagał swojemu szczęściu w branży gastronomicznej. W kawiarni konkretnie, którą założył celem ukulturalnienia mieszkańców miasta powiatowego S., by po teatrze, czy kinie (teraz został tylko teatr, bo jedno kino przerobili na Euro AGD, a drugie na Biedronkę) na kieliszek wina wpadali i rozmawiali o sztuce. Taki lokalny Spatif, czy Między Nami, tylko bardziej VIP-owsko.

Miały też odbywać się tam wernisaże, kameralne koncerty (zaduszkowe oraz nie tylko) i tak zwane spotkania z poezją. Także tak. Pomoc szczęściu w wykonaniu J. polegała – w pierwszej kolejności – na wyposażeniu wnętrza lokalu wyłącznie darmowymi stolikami i krzesełkami Tyskiego, przez co już pierwsi klienci uznali, że pomylili bar ze składem mebli ogrodowych i wyszli. W drugiej – na podpisaniu z ratuszem umowy na dokarmianie bezdomnych. – Do południa wydamy sto zup, a wieczorem degustacje kalifornijskich win – planował J., ale kalifornijskie wina jakoś w tej sytuacji u J. się nie widziały. W trzeciej – na zatrudnieniu upośledzonych umysłowo, by jako zakład pracy chronionej przyoszczędzić na świadczeniach. Jedna z niepełnosprawnych kucharek cztery godziny skrobała teflon z patelni, myśląc, że brudna, bo J. pochłonięty snuciem wizji swojego trendotwórczego lokalu, nie miał czasu z pracownikami rozmawiać. Bardzo J. się potem dziwił, że ludzie sztuki na jego lokalu się nie poznali. – Jakie miasto, takie VIP-y – skwitował i w miejscu kawiarni otworzył kebab.

Dowodów na to, że szczęściu nie można pomagać, a jedynie dobrze jest mu zbytnio nie przeszkadzać, mamy więc aż nadto. Ale człowiekowi nigdy nic po błędach, „i przed szkodą, i po szkodzie głupi”, czy coś w tym stylu. Zdobywamy się na odwagę i zagadujemy przystojnego bruneta w metrze (a to Węgier z Egeru i trudno go zrozumieć, a ma gdzie spać, więc po co nam to). Zapominamy, że na giełdzie oszukali już trzech naszych kumpli i kupujemy bardzo okazyjnie Landrovera, który już pod wieczór okazuje się przerobionym Tico obsesyjnie ssącym borygo. Wpadamy w zakupoholizm, bo wydaje nam się, że w setnych szpilkach wreszcie będziemy wyglądać jak piękna kobieta sukcesu i dostaniemy pracę na miarę naszych aspiracji, ktoś dla nas zwariuje z miłości i będzie dawał czarną kartę kredytową, mówiąc: „idź, kochanie, kup sobie coś ładnego”.  Albo sprzedajemy mieszkanie, męża i dziecko, a za zgromadzoną sumkę wyjeżdżamy rozpoczynać życie gdzieś w Prowansji, czy w Chile, w którym – jak okaże się już na miejscu – czekają na nas tylko zamknięte drzwi i wesoło wygrzewające się na murze jaszczurki. Tyle dobrego, że wesoło.

Pozostaje tylko poczucie, że zrobiliśmy wszystko, by pomóc własnemu szczęściu. No, ale najpierw po prostu trzeba je mieć.

*Romkom – komedia romantyczna. Początkowo myślałem, że chodzi o jakiegoś operatora sieci komórkowej w Rumunii, ale nie.

5 Komentarze

  1. Zalewski
    4 sierpnia 2012

    Ale nie robić nic z obawy przed przeszkadzaniem szczęściu, jest chyba najgorszą z możliwych opcji. OK, może i nie trzeba temu szczęściu pomagać, ale jak Pan sam słusznie zauważył – najpierw trzeba je mieć. A samo przecie nie przyjdzie do nas, prawda?

    PS Tak się zastanawiam, kiedy Panu znajomi się skończą, o których będzie Pan mógł tu pisać. ;)

    Odpowiedz
  2. Pan Mądrość
    6 sierpnia 2012

    Odpowiednia pomoc szczęściu jest na wagę złota, a nawet 2 zł!

    Odpowiedz
  3. Jacek S. Kłak
    11 sierpnia 2012

    Z moich obserwacji w życiu bardziej pomaga szczęscie niż wykształcenie,talent,wiedza czy ciężka praca. Oczywiście jak te wszystkie cechy spotkają się ze szczęsciem to mamy podwójną kumulację-czyli mamy Billa Gatesa albo…no własnie…S.Jobs to akurat kiepski przykład bo szczęscie jest kiedy żyjemy i jesteśmy zdrowi. Czasami też pozorne szczęscie wcale szczęsciem nie jest. Mój znajomy aktor wyrwał się z teatru do serialu TVN i załapał parę reklam.On myśli ,że to szczęscie a ja widzę ,że totalnie głupieje więc czas i życie zweryfikuje to chyba inaczej..Temat dłuuugi jak Wołga.

    Odpowiedz
  4. Czytelnik w drodze
    22 sierpnia 2012

    Przyznam się, że zawsze miałem szczęście do poznawania szczęśliwych (na swój sposób) ludzi. Ostatnio spotykam ich masowo o ile nie są alkoholikami wyrwanymi z ramion cugu i rzuconymi w wir dysforycznych dni „trzeźwienia”. A ta reszta to schi na „głupim jasiu” i innych pigułkach. Chwilami patrząc na nich zastanawiam się, kto jest bardziej szczęśliwy? Nie zastanawiają się, czy ta druga osoba to „na poważnie, czy dla jaj”. Jedno jest pewne, trzeba brać przykład i pomijając „zdefekcienie”, oraz czasem głęboką organikę i śmiać się przez łzy.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz