Co ja w nim widziałam?

1422 złotych 99 groszy, pudełko Relanium, pięć kilo wagi oraz rodzinną paterę, strąconą podczas napadu histerii kosztowało Annę J. rozstanie z ukochanym.

Stratę patery rozumiemy. Szał masowej, ogólnonarodowej wręcz wymiany porcelan i fajansów na praktyczny i nietłukący się Duralex w latach 90. nie ominął także i nas, a patera podpierająca przez ostatnie dwie dekady paprotkę u stryjenki Heli cudem się ostała, naszą głupotę przypominając. Pięć kilo wagi – także. Wszak bolesne rozstanie to nie czas, by tuczyć się kopytkami z masłem, lecz by zdławić go zwiędłym listkiem sałaty z osiedlowego sklepu spożywczego „Ryś”, który poczytujemy sobie (mowa o zwiędłym listku, nie Rysiu) za trafną alegorię rozpadu miłości. Rozumiemy także Relanium oraz inne remedia wyżej nie wymienione (dwie Finlandie, popers i najnowszy numer „Grazii”), a odmóżdżeniu służące.

Ale 1422 złotych? I 99 groszy?! Ha! Tyle właśnie zażądał od Anny jej eks, podsuwając pod nos listę wydatków spożytkowanych na nią przez osiem miesięcy tak zwanej relacji. I to w tabelce excelowskiej (stąd ta histeria)! Od początku ich znajomości wybranek zapisywał bowiem każdy bilet do kina, każdą kolację, herbatę, paczkę chusteczek, prezerwatyw (no, tę cenę podzielił na dwa) w komputerze. Uznawszy inwestycję, tj. znajomość za nieudaną i nie rokującą, po prostu wniósł o zwrot poniesionych nakładów.

- W tabelce, kurwa! Planista jeden! Strateg pieprzony! Napoleon się znalazł! – wykrzykiwała Anna, pochylona nad rozbitą paterą. – A swoją drogą… co za sknera! – zastygła, klęcząc z szufelką w ręce. –Wychodzi mniej niż dwie stówy miesięcznie… – odłożyła szufelkę i otarła łzę. – I patrz, kurwa – tu zwróciła się do mnie, podając listę drżącą jeszcze ręką – na kondomy tylko 47 złotych! Mógłby już się nie przyznawać. Jezu, tak się ośmieszać! Baran! – Anna zapomniała o paterze, a rozpacz na twarzy z wolna zastępował grymas niechęci, obrzydzenia jakiegoś, pogardy… I nagła iluminacja.

No tak, znamy dobrze ten stan. Moment jest to znamienny. W nim bowiem zazwyczaj pada sakramentalne zdanie: „Boże, co ja w nim widziałam?!”. Wymawiają je zazwyczaj kobiety. Faceci prędzej rzucą „zła kobieta to była” lub inny drętwy cytat z „Psów”, uznając go za zabawny i stosowny, albo pójdą się upić, by smęcić barmanowi. O ile w ogóle zauważą, że zostali porzuceni, bo to też wcale nie takie oczywiste. Kobiety natomiast w nieskończoność będą analizować wyżej wspomnianą kwestię.

Więc pewna M. już trzeci miesiąc zastanawia się, co widziała w C. Miał 35 lat, a mieszkał z mamusią. – Bo my taka włoska rodzina. Razem w naszym palazzo mieszkamy, bella – opowiadał, a M. wyobrażała już sobie posiadłość nad jeziorem Como lub przynajmniej parcelę na Saskiej Kępie. Tymczasem Włosi nawet na zapadły blok z wielkiej płyty na Targówku (w którym C. istotnie rezydował) powiedzą palazzo. Podobnie zresztą, jak „bella” zawołają do każdej szczerbatej Zdzichy z polipem. Taki język, taka kultura.

Syndrom mieszkania z mamusią, a nawet i z tatusiem, szerzej opisany został TUTAJ. Ale to nieco inny przypadek. O ile bowiem nieznajomość włoskiego nie była grzechem M., o tyle naiwność i owszem. Wybranek wstawał w południe, w zasadzie gardził pracą (- wolę mieć czas na czytanie książek niż zarzynać się w korporacji – mawiał, co M. początkowo imponowało, dopóki nie zorientowała się, że te książki sama będzie musiała mu kupować ze swojej skromnej pensji redaktorki mody), chodził w tym samym spranym T-shircie (- James Dean też tak chodził – myślała) oraz – tu już otrzeźwiała – właściwie nie uprawiał seksu. Z powodu drobnego defektu, do usunięcia u chirurga w kilka sekund. Jakieś pieszczoty to jeszcze tak, ale grubsze sprawy, że tak rzecz ujmiemy, to już niekoniecznie. – Twoim poprzedniczkom to nie przeszkadzało – szczerze jej oznajmił. I to był koniec.

Pytaniem „co ja w nim widziałam?” zadręcza się też pewna L. „Wszystkim panią przypominam, że interesuje mnie pani z domem i garażem gdyż zamierzam przenieść gdzieś swój warsztat” (pisownia oryginalna) – takiej treści mejla L. (z wykształcenia polonistka!) otrzymała od niedoszłego amanta, który – jak się okazało – z kilkoma innymi kobietami miał też tete-a-tete i po pewnym czasie postanowił uporządkować im wiedzę na swój temat. Co na to rywalki? – tego nie wiemy. L. wizja dziadowskiego warsztatu tuż przy jej efektownych bukszpanach jakoś nie przemówiła do wyobraźni.

Albo taka K. Z perspektywy czasu – doprawdy, durna dziewucha. Uganiała się za niejakim A. pół jesieni 2011 roku, zanim odpuściła po tym, jak po godzinie stania na pierwszych przymrozkach pod romantycznie nieczynną fontanną w Parku Kultury i trzech SMS-ach z przypomnieniem, że tam właśnie byli umówieni, otrzymała odpowiedź: „Sorki, zapomniałem, że to dziś. Ja w drodze z Kaśką Ziobro do Krakowa. Masz od niej pozdrowienia, hejka”.  Odpuściła, ale pytania sobie nie zadawała. Dobrze wiedziała, co w nim widziała. Dopiero półtora roku później, gdy zobaczyła go roztytego i usłyszała jak mówi do swoich kumpli: „szalałem za nią pół zeszłej jesieni, ale nie zwracała na mnie uwagi”.

Co odebrała jako kolejną próbę jej upokorzenia. Od razu przypomniała sobie ordynarny gust A. („Shrek”, Scorpionsi itd.), brak manier i brudne włosy. – Co ja w nim takiego widziałam – zadręcza teraz koleżanki, które nie wiedziały tego od samego początku.

My, oczywiście, wiemy. Chodzi o własną interpretację denerwującego tekstu pt. „nic na siłę”. – Jak „nic na siłę” skoro szczęściu trzeba dopomóc?! – myślimy, zadając się z kolejnym cwanym kretynem. – I żeby on to jeszcze docenił! – mawia do mnie pewna F. , popełniająca mezalianse co najmniej raz w tygodniu, choć powinna wiedzieć, że u przeciętnego faceta największa nawet głębia przemyśleń przegra z porządnie usmażonymi mielonymi i marchewką z groszkiem.

– Ale właśnie na tym (czyli na mielonych z marchewką), mniej więcej, polega wspólne życie – wtrąciła pewnego dnia moja doświadczona znajoma Klara J., a chochle same wypadły z zawieszek i omijając garnek z kompotem z mirabelek z brzękiem runęły na podłogowe kafelki, bezpowrotnie tracąc błękit swej emalii…

13 Komentarze

  1. Pat
    29 grudnia 2012

    Ja serdecznie apeluję o więcej felietonów nieokołomodowych. Jestem bardzo spragniony tak dobrego pióra.

    Odpowiedz
  2. LaLa
    31 grudnia 2012

    To właśnie poprawiło mój nastrój :))

    Odpowiedz
  3. normalnie_potwór
    1 stycznia 2013

    Nawiązując do Pata : ‚ I want it all x 3 , I want it now ! ‚ ;) O modzie, o ludziach , w stylu autora , bardzo proszę .

    Odpowiedz
  4. MOKO 61
    2 stycznia 2013

    dobre

    Odpowiedz
  5. Czytelnik w drodze
    6 stycznia 2013

    Bardzo dobry tekst. Jak każdy nie – modowy, gdyż na modzie nie znam się. Podobne pytanie zadaję sobie co i rusz, kiedy wspominam rożnej długości relacje. Cóż widzą we mnie? Co ja widziałem?Choćby ostatnio we Francji, kiedy na imprezie sylwestrowej u Francuzów zostałem obdarzony pałaniem i wirtualny romans rozkwitając, przeniesie się za dwa tygodnie na grunt Polski, przez co nawet zrezygnuję z wyjazdu na badania nie zadam sobie tego pytania i ktoś też go nie zada. Na te pytania przyjdzie jeszcze czas zapewne, więc odkładam do lamusa. Jakby nie było ślina niesie na język i zadaję pytanie, cóż we mnie widzą, skoro tyle interesującej, wylansowanej gawiedzi na ulicach.

    Odpowiedz
    • michalzaczynski
      7 stycznia 2013

      Szczęścia życzę zatem. Cieszę się, gdy moim Czytelnikom się wiedzie. Szczególnie na gruncie Polski.

      Odpowiedz
  6. Czytelnik w drodze
    7 stycznia 2013

    Problem czytelnika w drodze polega na tym, że w swojej podróży potrafi zatrzymać się na chwilę (tylko ale zawsze coś), bez znaczenia gdzie jakoby przystanią było serce a schronieniem ramiona. Choć język nie jest barierą, to aby się wiodło dalej, musiałby ów czytelnik przenieść się gdzieś indziej a zamiaru takiego nie ma. Więc pozostaje poromansować, zjeść ostrygę, popić szampanem, po czym spakować plecak i powiedzieć Adien lub/i czekać do 2014 w zawieszeniu. Szczęściu póki co trzeba dopomagać lotami z tanimi liniami lotniczymi, które w trakcie podróży bombardują swych klientów wspaniałymi promocjami i możliwościami zakupów na pokładzie. Jeżeli uda się coś utrzymać dłużej będąc w drodze między Warszawą a innym zakątkiem, by nie powiedzieć w końcu „Ce que j’ai vu en lui? Putain!” to cudownie.
    Szczęścia w Nowym Roku życzę mojemu ulubionemu felietoniście.

    Odpowiedz
  7. pakalu
    19 stycznia 2013

    Dzien dobry Panie Zaczynski ! Pana felietony sa fantastyczne ! Troche zal, ze nie ma czasu na korekte ale w koncu to blog :-) Jedna uwaga, palazzo to po wlosku 1 palac 2 „blok” mieszkalny.
    Z kontekstu nie wynika, czy mial Pan to na uwadze pisząc fragment o „wloskiej rodzinie”.
    Pozdrawiam i zycze nieustającej weny !

    Odpowiedz
    • michalzaczynski
      21 stycznia 2013

      A gdzież mi korekta szwankuje?

      Odpowiedz
      • pakalu
        6 października 2013

        Aż mi łyso, bo e-maila z komentarzem odczytałem dopiero dzisiaj, ale skoro Pan pyta to mogę zasugerowac chocby: ” remedia wyżej nie wymienione”. W tym przypadku powinno byc: „niewymienione”. No i nieustanne zwracanie się do Czytelników „Czy wiecie Państwo?” miast „Czy wiedzą Państwo?”. Choc w tym przypadku mądrzy słownikopisarze rozkładają ręce, bowiem błąd tak powszechny, że już nie wiadomo czy jest błędem czy nie. Pan jest włoskojęzyczny, czy te włoskie wstawki to tylko paprotka do ozdoby ? Pozdrawiam serdecznie.

        Odpowiedz
  8. Czytelnik w drodze
    21 lutego 2013

    No cóż wciąż czytam te starsze i nowsze teksty pisane z zacięciem. Teraz z perspektywy czasu dawnych zdarzeń i mniejszej perspektywy spoglądając na ostatnie dokonania nie mogę powiedzieć „co ja w niej widziałem” bo wiem co widziałem i co się podobało a dlaczego powiedziałem „dosyć”! Po prawie 3 latach związku na odległość a mniej więcej po prawie 7 m-cach nieudanych prób zakończenia relacji i wreszcie dopięcia swego. To chyba również efekt frustracji jaką wywoływał konflikt między „jestem w związku (który od lipca nie złudą)” a „poznawaniem kogoś nowego i wycofywaniem się”. Czasem mam wrażenie jak strasznym człowiekiem jestem będąc z kimś do kogo nic nie czuje się, po za tylko lub aż „jesteś sympatyczna, przyzwyczaiłem się”, jednocześnie widząc bezsens związku na odległość ciągniętego prawie od (po) połowie jego trwania. O ile kiedyś podróże były zawsze ciekawe w pewnym momencie stały się udręką jak ta ostatnia we wrześniu ubiegłego roku na 3 tygodnie. Ale w końcu ktoś musiał założyć spodnie i powiedzieć „to nie ma sensu, dajmy sobie spokój”. Teraz rozpocząwszy nową relację z jeszcze większymi barierami i nie tylko mam na myśli odległość między Warszawą a Paryżem ale zwłaszcza trudnościami, jakie sprawia mi angielski w piśmie zwłaszcza a nie tylko w słowie to zasmakowały mi croissants avec de la confiture. Najbardziej uwodzi mnie (póki co) chęć zrozumienia tego co staram się powiedzieć i pełna otwartość na moją skromną osobę. Starając się nie zakładać z góry niepowodzenia (gdybym je zakładał, nie wchodziłbym głębiej w relację) zachęciłem wybrankę do zwiedzenia kilku miejsc nad Wisłą. A jeśli nie wyjdzie to nie powiem „co widziałem”, bo wiem co widziałem idąc na róg do piekarni po croissants czy wieczorem czytając książki na przeciwległych końcach kanapy.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz