Fatalne zauroczenie. Lidia Kalita – kolekcja jesień/zima 2017/2018. Relacja z pokazu.
Moda w stylu punk? Można. Tylko po co?
Pokaz w zajezdni tramwajowej? Świetny pomysł. Nawet jeśli jest to w pełni nowoczesna (czytaj: mniej romantyczna) Zajezdnia Żoliborz. Sama scenografia jednak i organizacja pokazu miejsce to zignorowała. Nie licząc dojścia między wagonami i nielicznymi motorniczymi. Wewnątrz natomiast ostały się jedynie tory, pośrodku których ustanowiono wybieg. Podświetlone, wraz z usypanymi po obu ich stronach kamieniami sprawiały przygnębiające wrażenie, przywołując niektórym nieciekawe skojarzenia.
Lokalizacja zatem nie wynagrodziła – przynajmniej mi – długiej podróży na sam koniec miasta, daleko za ostatnią stację metra. Czy wynagrodził ją sam pokaz?
Lidia Kalita postawiła wszystko na jedną kartę. Król punk, można by powiedzieć. Bo punkowe było wszystko: od muzyki przez makijaże po same szczodrze zdobione punkową symboliką ubrania i dodatki. Pokazała dokładnie to, co z punkiem popularnie się kojarzy: że irokezy, że agrafki, że dziury w rurkach, że dużo czerni, że marynarki ze starszego brata, że niedbałe to trochę wszystko, tu rozdarte, tam opadające, prześwitujące. I że buńczuczne hasła, napisy i miny.
Poza tym Lidia Kalita pokazała niewiele. Nawet jak na patronkę tej estetyki, Vivienne Westwood, za jej początków, która, na przykład, gotowała kości kurczaków czy gięła rowerowe szprychy, by ozdabiać nimi T-shirty. Oczywiście, nie chodzi o to, by Lidia Kalita znęcała się nad i tak nieżywym już drobiem, względnie czaiła wokół resztek z KFC, ani by przeczesywała złomowiska, grzebiąc wśród odpowiednio nadających się do twórczych zmagań pozostałości z jednośladów. Przydałyby się jednak jakieś nieoczywistości, poszukiwania, polot….
Zwłaszcza, że Westwood sięgała później do historii sztuki ostatnich kilku stuleci, inspirowała się a to szkockimi kiltami, a to strojem wiktoriańskim, generalnie – wszystkim, na co trafiła np. w V&A Museum. U Kality także znajdziemy pewne odejście od sztywno podejmowanego tematu; emo, grunge czy choćby pióra we włosach, które mniej jednak przypominały ostatnie pomysły na image PJ Harvey, bardziej zaś kaukaskie stylizacje z Eurowizji.
Owszem, zdarzały się pięknie skrojone i nieprzystające do śmieciowej estetyki płaszcze, pojawiły pikowania, parafutrzane swetrzyska, delikatne aluzje do świata hipisów, vide lenonki, bufki, żaboty. Całość tonęła jednak w niekończącej się czarno-szarej kracie odmienionej tu przez wszelkie modowe przypadki, postrzępionych dżinsach i kilogramach metalowej drobnicy.
Oczywiście, kto jej punku zabroni. U nas też się nim inspirowano, patrz: Robert Kupisz czy Ewa Szabatin. Ale z takim sobie efektem. A w ogóle czemu akurat punk? Zwłaszcza teraz? To subkultura antyestabilishmentowa, walcząca przede wszystkim z elitami. Jeśli moda komentuje rzeczywistość, to może bardziej zrozumiałe byłyby odniesienia do walki nie tyle z mainstreamem, ile wybieranymi coraz chętniej przez lud – tak w Polsce, jak i na świecie – brunatnymi radykałami i ich antyintelektualizmem i wstrętem do elit. Ale to już nieco oddzielna kwestia.
Po najnowszym pokazie Lidii Kality można odnieść wrażenie, że projektantka po prostu odkryła styl punk (co przecież z pewnością nie jest prawdą) i bezkresnie się nim zauroczyła. Co prawdą zapewne jest. O takich zauroczeniach mawia się: fatalne.
Zdjęcia: Filip Okopny
LIDIA KALITA jesień-zima 2017/18
stylizacja: Agnieszka Ścibior
make-up: Dr Irena Eris | Art & Make Up Creator Dariia Day
włosy: Kemon | Anna Piwnik
stylizacja paznokci: Semilac
biżuteria: Elixa
buty: Badura x Lidia Kalita
reżyseria pokazu: Kasia Sokołowska
produkcja: Ewelina Spólna, 2 koma 7








































2 Komentarze
karolina
19 października 2017bardzo przewidywalna i ‚szkolna’ kolekcja…
matt
20 października 2017Już pierwsze zdanie wystarczy za wszystko! Świetny tekst. W punkt.