Bez konkretów, bez treści. Maciej Zień „WięZień sukcesu”. Recenzja książki.

Moda | 29 listopada 2017 | Jeden komentarz

Owszem, Maciej miał prawo, by to co prywatne, szczere, niewygodne lub kontrowersyjne zachować dla siebie. Niestety, skorzystał z tego prawa i zachował. 

Wiezien sukcesu 3D 300 dpi

To mogła być taka świetna książka. Tyle przecież wydarzyło się w ciągu dwóch dekad kariery Macieja Zienia. Nie tylko u niego, od debiutu na lubelskich „Prowokacjach” przez wystawne pokazy, budowanie marki, otwieranie własnych butików i salonów po dramatyczny upadek [KLIK] i obecne mozolne odbudowywanie pozycji. Ale i w ogóle w polskiej modzie, która obudziła się z letargu lat 90., bardzo zresztą przaśnych, o czym nie pamiętamy, przekonani, że po upadku komuny wszystko rozbłysło, wypiękniało i w mig doszlusowało do Zachodu. Owszem, była sensowna Joanna Klimas, może Odzieżowe Pole… Ale w sumie niewiele więcej.

Ale to zrozumiałe, bo mody dopiero się uczyliśmy. Ba, odcinając się od działających w poprzedniej epoce wielkich krawców, byliśmy samoukami. A o Antkowiaku, Hoff czy Hase przypomnieliśmy sobie dopiero niedawno. Chęci jednak były. I prasa. A wręcz potęga prasy kolorowej. Wielkie nakłady, masowe czytelnictwo i pierwsze, wyrabiające sobie nazwisko redaktorki i stylistki oraz makijażyści i fryzjerzy. W szczególności zaś – a to słowo cokolwiek dziś poza obiegiem – wizażyści. Realizowali się w tworzonych z rozmachem sesjach z obłędnymi – jeśli porównywać do obecnych, kryzysowych czasów – budżetami. A do tego niezliczone eventy na grube setki gości, z bufetem zimnym, bufetem gorącym i torbą giftów, z których niejeden bywalec imprez żył miesiącami, handlując wziątkami wśród znajomych czy na powstałym w grudniu 1999 roku Allegro. Na imprezach pierwszych lat XXI wieku można było się roztyć, rozpić i wzbogacić. Prawdziwa dekadencja.

Obowiązkowym punktem praktycznie każdego z tych wydarzeń, niezależnie od tematyki (od turystycznej po medyczną) był jednak pokaz mody. Każdy chciał się z nią kojarzyć. Czy to impreza biura podróży Triada, czy premiera nowych opon Goodyear (zdaje się zresztą, że to właśnie Maciej pokazał wówczas „inspirowaną” rzeczoną oponą suknię jako clou programu), czy 14. urodziny kasyna w hotelu Marriott – pokazy stały się nieodzownym, codziennym elementem życia towarzyskiego stolicy. Bywało skromnie. Ale bywało też światowo. Albo tak przynajmniej nam się wydawało, gdy gremialnie chodziliśmy na pokazy sieciówek. Show C&A uświetniały Natalia Niemen czy Lidia Popiel. KappAhla– na przykład, Robert Gonera. Zaś otwarcie pierwszego w Polsce H&M-u, jeśli mnie pamięć nie myli, zaliczyły m.in. Anna Maria Jopek i Reni Jusis.

20171129_181458-1

„Życie Warszawy”, czerwiec 2003r.

W tym samym mniej więcej czasie debiutowali Paprocki&Brzozowski, Tomasz Ossoliński, Dawid Woliński, Gosia Baczyńska. Przebijał się Arkadius (dość widowiskowo zresztą: na własną imprezę w Fortach Bema wjechał terenowym wozem; obok butiku przy Mokotowskiej planował otworzyć vodka bar oraz bar Pushi, tj. Polish sushi, jako forpocztę rodzącego się trendu fusion) i inni dziś nieco – albo i całkowicie- zapomniani projektanci, zwani jeszcze wtedy dyktatorami mody.

Szkoda, że praktycznie niczego o wszystkim tym w książce „WięZień sukcesu” nie przeczytamy. Oczywiście, teoretycznie nie musimy. To przecież biografia projektanta, a nie panorama dziejów. Mógł jednak ów projektant przynajmniej oddać ducha czasów, przywołać miejsca i ludzi, których wtedy znał, z którymi pracował i się bawił. I na tym się skoncentrować, skoro o sobie nie raczył napisać właściwie nic.

Bo taki jest problem z tą książką. Nie ma w niej właściwie  treści. Niczego, co dla czytelnika miałoby znaczenie, zainteresowało go czy choćby zbliżyło do bohatera biografii. Bo załóżmy, że jesteśmy wielkimi fanami Maćka i chcielibyśmy wreszcie mieć kompendium wiedzy na temat jego życia i twórczości. Nic z tego. W książce nie pada prawie żadna data. Niemal żadne miejsca i nazwy. Nie licząc może producenta płytek Tubądzin i centrum Ptak w Rzgowie, dla których Maciej znajduje parę ciepłych słów.

Owszem jest kilka zdań o gwiazdach, które nosiły jego sukienki, o stażu u Jean Paul Gaultiera, kilka zdań o słynnej Utopii i butiku, który w tym klubie otworzył. I kilka zdań o kultowym Między Nami:

 „Chodziłem tam na każdy lunch i zamawiałem krem z pomidorów. Pamiętam, że wtedy namiętnie pochła­niałem pomidory”.

I że Paryż – co w sumie łatwe w tym zawodzie do przewidzenia –  jest ulubionym miastem projektanta.

Po nich jednak szybko zbliżamy się do końca książki, w której znajdziemy jeszcze tylko wzmiankę o niewygodnej wspólniczce (anonimowej), o niekorzystnym układzie z inwestorami (także anonimowymi; o swoim dramacie sprzed dwóch lat znacznie więcej niż w książce Maciej powiedział mi w wywiadzie [KLIK]) i o nienazwanym bankructwie. Bez jakichkolwiek szczegółów. Wyjazd do Brazylii, małżeństwo, infamia w kraju? Tyle, co już wiemy, ogólnikowo.

Owszem, zdarzają się refleksje.

„Kiedy z czasem nabrałem rozumu, pojąłem, że zawsze dobrze prowadziłem swoje interesy, o ile miały właściwą skalę. Mój biznes musi rosnąć organicznie – razem ze mną”.

Albo:

„Nikogo nie stać na luksus otaczania się wyłącznie fajnymi ludźmi. Ci niefajni zawsze będą satelitami naszego życia, ale ważne, by ich w tym życiu tak naprawdę nie było”.

Tyle tylko, że nie wiadomo, do kogo i czego one się odnoszą. No i czy cokolwiek nam one dają i w jakikolwiek sposób mówią nam o Zieniu? Nie. Bo Maciej nie chciał w tej książce nic ważnego i prawdziwego o sobie powiedzieć. Nawet z pierwszych 57 stron (tj. z niemal jednej trzeciej książki), jakie zajmuje dzieciństwo, dowiadujemy się głównie tego, że od małego szył ubranka dla lalek, a jego babcia robiła najlepszy na świecie barszcz. Co do ubranek – u projektantów to klasyk. Co do barszczu – bardzo możliwe, ale jeśli czyjakolwiek babcia robiła barszcz, to zawsze, dla każdego wnuczka był on najlepszy na świecie. A jak nie barszcz, to pierogi.

„Poznałem potrawy z całego świata. Wyszukane i pro­ste (…). Ale właśnie smak kuchni mojej babci mam na języku, we wspo­mnieniach i w sercu. A wyznam, że zawsze byłem ła­suchem. W przeciwieństwie do mojego brata niejadka mnie nie trzeba było namawiać do jedzenia”.

Paradoksalnie, w książce niewiele jest także samej… mody. Inspiracje? Męki twórcze? Proces powstawania kolekcji? O tyle, że np. po zobaczeniu ważek w kolekcji Gucciego zrezygnował ze swoich („powstała kolekcja ze skarabeuszami. I podbiła serca”, pisze).

Jest też coś o kolekcjach ślubnych:

„Bardzo bym chciał, żeby dla każdej kobiety, która w  mojej sukni powie „tak”, był to pierwszy z  kolejnych wspaniałych dni w  małżeństwie”.

I o wszystkim w podobny, niekonkretny sposób. Mało, naprawdę mało. Owszem, Maciej miał prawo, by to, co prywatne, szczere, niewygodne lub kontrowersyjne zachować dla siebie. Po co jednak pisze:

„Zmierzyłem się ze swoimi demonami. Wiem, że istnieje nie tylko jasna strona mocy. Jeżeli się nie będzie uważało, to można stracić bliskich, dach nad głową, zdrowie. Można stracić wszystko, jeśli się nie będzie podchodziło do życia z dystansem i umiarem. Przez niemal dwie dekady zarządzałem sobą w  sposób grabieżczy”.

…skoro nie dowiadujemy się, jakie to demony?

Zatem szkoda. Zwłaszcza, że Maciej jest inteligentnym, a w dodatku zabawnym facetem. Możliwe, że po prostu nie umie pisać. Ale przecież nie musi; to w końcu nie jego zawód.

Nie po to jednak wziął dziennikarkę na współautorkę książki i nie po to wydał tę książkę w koncernie mediowym, byśmy mieli odnieść takie wrażenie. Dlatego to nie do niego, lecz do nich skierowane są moje zarzuty. Dlaczego mu to zrobiliście? „Po co, po co, po co?!”, by zacytować najnowszy hit Kayah, którą Zień kiedyś zresztą ubierał.

Maciej Zień „WięZień sukcesu”. Wysłuchała Magda Mazur. Edipresse Książki, Warszawa 2017r.

Moje codzienne komentarze czytaj na Facebooku <KLIK>, a relacje oglądaj na Instagramie <KLIK>.

1 Komentarz

  1. Magda
    1 grudnia 2017

    Przytoczone cytaty wyglądają jak wyciągnięte z książek Coelho. Tytuł też dziwny sugerujący albo nieustający sukces, albo, że główny bohater był w więzieniu, ale rozumiem, że to metafora…
    Cóż, biografie powinny powstawać po śmierci głównej postaci, wtedy nie ma pokusy by postawić sobie lukrowany pomnik.
    Bo „mięso” powinno być.
    Magdalena Grzebałkowska na pewno by sobie poradziła.
    Tekst świetny panie Michale:)

    Odpowiedz

Odpowiedz do Magda

Anuluj odpowiedź