Warning: call_user_func_array() expects parameter 1 to be a valid callback, class 'collapsArch' does not have a method 'enqueue_scripts' in /home/zaczynski/domains/michalzaczynski.com/public_html/wp-includes/class-wp-hook.php on line 286

Niestety, esteta. Tom Ford kończy 60 lat.

Moda | 27 sierpnia 2021 | Brak komentarzy

Sam jest dla swojej twórczości najlepszą reklamą; zresztą w młodości występował w tak wielu z nich, że nawet rzucił dla nich studia na New York University. Zawsze w ostentacyjnym stylu glamour. Sekret prezencji? Dieta od 13 roku życia, pilates, narty i jazda konna. Od lat nie pije, choć „zawsze uwielbiał”, jak przyznaje. Do tego koloryzacja brody i okazyjnie botoks. Esteta nie do zniesienia.

„Jest nieskazitelny w sposób niemal groteskowy: czarny welurowy smoking, koszula rozpięta tak nisko, jak tylko to możliwe i młoda cera (jeśli nie jego własna, to bardzo przekonująca)”, napisał o nim dziennikarz „Guardiana”. „Jak długo powinno się odczekać, zanim zapyta się kogoś, czy zrobił sobie botoks?”, wtórowała mu jego koleżanka, Hadley Freeman. Ford, wówczas 47-letni, był jej zdaniem gładki jak wiadomo co niemowlaka. I jeszcze Cathy Horyn z „New York Timesa”, relacjonująca, jak to Ford oczekiwał na nią „w białej koszuli, wyglądającej na taką, która nigdy wcześniej nie została założona i nigdy też nie będzie, i pobłyskiwał złotymi klamrami spinek do mankietów. Niezapiętymi, założonymi tylko dla szpanu”.

Jeśli najważniejsze media globu poświęcają swoje cenny łamy na drobiazgowy opis urody projektanta, to naprawdę musi on robić wrażenie. A projektantowi nie pozostaje nic innego, jak to wykorzystać. 

Do takiego przynajmniej wniosku doszedł kończący dziś 60 lat Tom Ford – jeśli nie jeden z najlepszych, to na pewno najbardziej stylowych i przystojnych kreatorów swojego pokolenia.

Sam jest dla swojej twórczości najlepszą reklamą; zresztą w młodości występował w tak wielu z nich, że nawet rzucił dla nich historię sztuki na New York University. Zawsze w ostentacyjnym stylu glamour (nigdy nie nosi szortów), nawet na trasach długodystansowych – jak zdradziła raz Victoria Beckham – podróżuje samolotem w trzyczęściowym garniturze, gdzie co najwyżej pozwala sobie na odpięcie jednego guzika kamizelki. 

Sekret prezencji, poza genami, ma się rozumieć? Dieta od 13 roku życia (dużo warzyw i ryb), pilates, narty i jazda konna. Od lat nie pije, choć „zawsze uwielbiał”, jak przyznaje. Do tego koloryzacja brody i okazyjnie botoks. Kąpie się trzy razy dziennie; w wannie – dla medytacji, jako rytuał oczyszczający. „Nie mogę ot tak, wyjść z pracy i pójść na kolację. Muszę najpierw zmyć z siebie dzień”. Zatem esteta nie do zniesienia. 

Ford ma też jednak większe osiągnięcia. Renesans stylu glamour, wprowadzenie do mody sex appealu i uratowanie marki Gucci – dziś, paradoksalnie, znów na fali pod przywództwem Alessandro Michelego, hołdującego dokładnie odwrotnej estetyce – przed bankructwem. 

A karierę w Guccim zrobił oszałamiającą. Do firmy dołączył w 1990r., jako projektant relatywnie nieznany, by po czterech latach być już jej nowym dyrektorem artystycznym, odpowiadając za wszystkie linie marki, w tym za perfumy, oraz za korporacyjny wizerunek, wystrój sklepów i reklamy.

Gucci, oględnie mówiąc, nie należał na początku lat 90. do najbardziej pożądanych marek świata. Z chwilą przyjścia doń Forda obroty sięgały 230 milionów dolarów rocznie; biednie, jeśli porównać do trzech miliardów, jakie wyrabiał niecałą dekadę później Gucci, czyli z chwilą odejścia Forda, wówczas już wiceprezesa całej Gucci Group, konglomeratu marek tak prestiżowych jak Alexander McQueen, Stella McCartney czy Yves Saint Laurent. 

Ta ostatnia, której Ford został szefem u progu nowego milenium, ostatecznie okazała się dlań wilczym biletem. 

Dwunastokrotny wzrost sprzedaży to nawet w często nieprzewidywalnej branży luksusowej mody rzecz niesłychana. Na sukces złożyło się kilka wspaniałych zbiegów okoliczności i udział menedżera Domenico De Sole, który wraz z Fordem nadał ton całemu marketingowi luksusu tamtej epoki. Oraz, oczywiście, talent Forda.

Po pierwsze, trafił na swój czas. Moda początku lat 90. bywała dołująca, w skutek zarówno niedawnego krachu na giełdzie, prawicowych rządów w USA czy Wielkiej Brytanii, jak i epidemii AIDS. Ford przyniósł zmianę zmysłowymi sukniami z prowokacyjnymi wycięciami i smukłymi garniturami dla mężczyzn, co uznano za niezwykle pociągające; dla równowagi zaś modelom obu płci pozwalał obnażać na wybiegach stringi, co z kolei doprowadziło krytyków do spazmów. Tych liberalnych – z zachwytu, tych konserwatywnych zaś – z obrzydzenia. I jedni, i drudzy cieszyli się, że mają o czym mówić.

Prawdziwe przełomowa kolekcja Forda dla Gucciego na jesień i zimę 1995/1996 zawierała inspirowane uwielbianym przez Forda Halstonem, legendarnym projektantem ery disco, satynowe bluzki z rozciętem aż do pasa, skórzane paski, obcisłe aksamitne spodnie. Od tej pory wyznacznikiem estetyki Forda stało się wszystko to, co składa się na sex appeal, umiejętnie wymieszany z podbijającą go klasyczną elegancją. 

Skąd lata 70? To proste, Ford był ich miłośnikiem, bo w tamtej właśnie dekadzie dorastał, co – jak zwykle w przypadku projektantów mody bywa – wywarło wpływ na na jego gust.

Urodził się w smętnym wówczas, teksańskim Austin; wychował w jeszcze mniejszym  Santa Fe, w Nowym Meksyku. Gnębiony przez rówieśników choćby za noszenie prochowca i aktówki zamiast kurtki i plecaka, z radością wyjechał jako nastolatek do Nowego Jorku.

Po wspomnianej przygodzie z reklamą, wrócił na studia architektoniczne w prestiżowej Parsons School of Design, by z czasem ukończyć tam także projektowanie ubioru. I pożyć szalonymi latami siedemdziesiątymi.

A uczył się tego od najlepszych, w czym – oczywiście – pomagała mu jego własna prezencja. „Pierwszy raz do Studia 54 poszedłem z samym Andym Warholem, trudno więc bym nie został zauważony”, opowiadał. Owe Studio 54, nowojorski klub nocny, był wówczas mekką artystycznych elit nie tylko Ameryki. Nie bywać tam znaczyło mniej więcej nie liczyć się. Względnie: nie popaść w nałogi: „muzyka, dyskoteki, narkotyki: to było wspaniałe”, wspominał Ford po latach.

Ten wyzwolony typ seksualności przeniknął do DNA całego Gucciego, a potem i innych marek z jego portfela, w tym do prowokacyjnych reklam i kampanii, tworzonych we współpracy ze stylistką i redaktorką Carine Roitfeld oraz fotografem Mario Testino. Najsłynniejsze w jego karierze? Oczywiście, te nagie. Modelka z obnażonym łonem, wygolonym w literę G (jak Gucci; co do dziś uważa się za szczytowy nomen omen etap logomanii, do której Ford bez wątpienia się przyczynił); nagaSophie Dahl, rozkraczona w uniesieniu  na jedwabnym prześcieradle w reklamie Opium czy nagi model, choć tym razem w pozycji frontalnej, w reklamie męskiego zapachu M7 Yvesa Saint Laurenta.

Dla tego ostatniego Ford, nazywany już wówczas „King of Sex” świata mody, zaczął projektować jak tylko grupa Gucci wykupiła tę paryską markę. Na swoją – tj. Forda – zgubę. Jego pierwszą kolekcję dla YSL, pokazaną jesienią 2000 r. uznano za „dobrą, choć nie świetną; raczej po prostu ważną”. Luźne smokingi , biel i czerń, metaliczne sandały na platformach i brak natłoku akcesoriów, stanowił ukłon w stronę legendy paryskiego krawiectwa. Pisano też jednak, że Ford powiedział nią swoje. Czyli wyrafinowanemu stylowi, którym Saint Laurentowi zapewnił sobie nieśmiertelność, dodał nieco pieprzu. 

A właściwie całkiem sporo. Kupcy z domów towarowych kręcili nosem, że zbyt dosłowne. Sam Saint Laurent też nie oszalał z zachwytu. „Chłopina robi co może”, skomentował starania Forda. 

Takie uwagi nie pomogły sprzedaży fordowskich kolekcji, a były jedynie forpocztą listów, jakie Ford zaczął otrzymywać od Saint Laurenta. Brzmiały mniej więcej: „w trzynaście minut udało ci się zniszczyć 40 lat mojej pracy”.

„Yves wraz ze swoim partnerem, Pierre Bergém, byli okropni i wredni. Uczynili moje życie po prostu koszmarnym”, po latach skarżył się Ford.

Potrafili, na przykład, nasyłać na niego policję skarbową. We Francji pracuje się 35 godzin w tygodniu, przekroczenie czasu uważane jest za łamanie prawa pracy. Policja wpadała więc do atelier Saint Laurenta, przesłuchiwała pracowników, nakładała kary i zamykała pracownię.

Tymczasem każdy, kto pracuje w choć trochę kreatywnym zawodzie wie, że procesu twórczego zwykle nie przerywa się ot tak, bo wybiła godzina 16 i trzeba iść do domu. A zwłaszcza w branży tak konkurencyjnej jak moda. W dodatku – na przełomie wieków. Mówimy przecież o czasach, gdy John Galliano i Hedi Slimane pracowali dla Diora, Alexander McQueen  dla Givenchy’ego, Marc Jacobs dla Louisa Vuittona, a Nicolas Ghesquiere dla Balenciagi. Z nimi, młodymi ludźmi wskrzeszającymi wówczas blask dawnych domów mody konkurować miał Ford. Wyszło tak sobie.

Jeszcze gorzej wypadło odejście Forda z Gucciego. Rozstali się we wrogości i na oczach zdumionej publiki. Rzekomo nie chodziło o pieniądze, jak przekonywał obóz Gucciego sugerując pazerność Forda na coraz to większe udziały, lecz o kontrolę artystyczną w firmie (to już wersja teamu Forda), której Ford planował zostać prezesem.

Urażona duma plus nerwica, w jaką wpadł przez Saint Laurenta sprawiła, że po rozstaniu z Guccim Ford, jak dziś przyznaje, rozpił się i wpadł w depresję, wierząc, że ze świata mody odchodzi raz na zawsze.

Zebrał się w sobie szybciej niż sądził, tj. po dwóch latach. Zaczął od tego co najłatwiejsze – od kolekcji okularów oraz marki kosmetycznej. Wykonanie tych pierwszych zlecił  firmie optycznej Marcolin Group,  tę drugą założył wspólnie z Estée Lauder. Rok później wystartował z linią dla mężczyzn; licencji na nią udzielił Ermenegildo Zegna Group. Sprytnie, bo dzięki temu nie musiał inwestować w biznes własnych pieniędzy. 

W zamian wydawał je na nieruchomości. Na przykład, na kremową willę  z 1955 roku w Bel Air, autorstwa modernisty Richarda Neutry. Elegancka to mało powiedzieć. W środku salonu, po jednej stronie – przeszklony taras z widokiem na 50-letnie sosny, po drugiej – kominek opalany drzewem eukaliptusowym. Nad nimi jedna z lewitujących optycznie w powietrzu rzeźb Alexandra Caldera; na aukcjach chodzą takie po pół miliona dolarów, choć ta akurat należała onegdaj do sławnej malarki Georgii O’Keeffe, co dodatkowo podbiłoby wartość dzieła. „Pokój jest stylowy i ciepły”, zanotowała w swojej relacji z wizyty Cathy Horyn. 

Nie gorzej prezentowała się posiadłość Cerro Pelon w Nowym Meksyku; projekt trzech z ośmiu docelowo budynków – domu, stajni i… mauzoleum (o efektownym miejscu pochówku pomyślał, gdy zmarł jego terrier) –  zamówił u gwiazdy architektury, minimalisty Tadao Ando. Na terenie sioła znajdowało się też „grające” w niejednym westernie miasteczko filmowe Silverado. Oprócz tego kort tenisowy, biura, budynki dla służby, pas startowy i hangar na samolot, a wokół orchidee i winorośle; całość o powierzchni 83 km kw, tj. większej niż Manthattan czy – nie przymierzając – Elbląg.

Obie parcele sprzedał jednak w ubiegłym roku, łącznie, jak spekulowano, za ok. 65 mln dolarów. Gdzie teraz mieszka? W miasto poszły ploty, że tajemniczy klient nabył za 18 milionów imprezownię Halstona na Upper East Side…

Na pierwszy pokaz damskiej kolekcji trzeba było poczekać do 2010 r. „Full glamour”, sexy jak diabli, zauważyła Cathy Horyn, najsurowsza wówczas krytyczka mody w USA. Ubrania zawierały elementy zarówno stylu Gucciego jak i YSL , lecz jeszcze bardziej wystawnie, w stylu lat 20., mocno zahaczając o kamp. 

Ford osobiście prowadził konferansjerkę, a w roli modelek wystąpiły m.in. Farida Khelfa, Emmanuelle Seigner, Lauren Hutton, Beyonce, Amber Valletta, Daria Werbowy czy jego przyjaciółka i bodaj najważniejsza muza Julianne Moore. Nie kontaktował się uprzednio z żadną z nich; dopiero tydzień przed pokazem dowiedziały się, w czym wystąpią, bo pracował na podanych przez nie rozmiarach. Ledwie stu gości pokazu zaś otrzymało zakaz robienia zdjęć; ten przywilej zachował tylko Terry Richardson, wówczas ulubiony fotograf świata mody (dopóki w 2017 r., co najmniej szesnaście lat po pierwszych oskarżeniach kilku modelek o molestowanie seksualne, świat ów zrezygnował z jego usług). 

– Moda stała się przesadnie eksponowana – tłumaczył decyzję o robieniu kameralnych pokazów dla garstki znawców Ford.  „Chcę by moda znów była zabawą, jak było to w latach 60., kiedy kobieta nie mogła doczekać się nowego ubrania i założenia go. Myślę, że to straciliśmy”, powiedział nie bez racji. Nawet jeśli w jego przypadku to droga zabawa. Garnitury z metką Tom Ford kosztowały bowiem do pięciu tysięcy, a suknie nawet 20 tysięcy dolarów.

Ta wystawność bardziej podobała się jednak w USA niż w Europie. W 2012 roku, po obejrzeniu prezentacji podczas londyńskiego tygodnia mody poważana krytyczka Suzy Menkes napisała, że kolekcja nie pasuje do awangardowej młodej mody londyńskiej, lecz do kochających obnoszenie się bogactwem utrzymanek i do „trophy wives”. Gdzie to ostatnie przetłumaczyć można jako żon – trofeów, młodych i wyjątkowo atrakcyjnych żon zamożnych, lecz niemłodych i wyjątkowo nieatrakcyjnych mężczyzn.

Nota bene, za jedną z takich uważana była Melania Trump, małżonka eksprezydenta USA. W ubiegłym roku Twitter zagotował się od repostów rzekomej wypowiedzi Forda o Melanii – „gloryfikowanej pani do towarzystwa”. Projektant tłumaczył później, że jedynie zasugerował, iż jego zdaniem pierwsza dama Ameryki po prostu powinna nosić ubrania szyte w Ameryce, w dodatku dość skromne cenowo, a jego produkowane są we Włoszech i kosztują majątek. Nic poza tym.

A cóż miał powiedzieć, zważywszy na jego nową wówczas posadę szefa Council of Fashion Designers of America? To rada amerykańskiej mody, przyznająca osobistościom branży swoje nagrody – Ford zdobył je siedmiokrotnie –  ale i skupiająca grupę około pięciuset lobbystów. Krytykowanie pierwszej damy mogłoby tylko zaszkodzić. 

Owa funkcja umocniła jego pozycję w tym świecie, paradoksalnie jednak… osłabiając go jako projektanta mody. Nie pomogły też obecne realia. W ostatnich latach ton społecznemu dyskursowi nadaje #metoo. Ford, jako projektant stale eksplorujący seksualność, ma więc problem. Temat ten – jak trafnie zauważyła Vanessa Friedman z „New York Timesa” po prostu stał się polem minowym.

Dlatego może i dla niego wygodniej, że bardziej postrzegany jest dziś jako mentor, biznesmen? Ale i reżyser. Film miał być odtrutką na modę, a stał się pełnoprawnym zajęciem Forda. Dramatowi „A Single Man” z 2009 r. o dniu z życia pogrążonego w depresji profesora uniwersyteckiego w mocno średnim wieku (zagrał goColin Firth), świat kinematografii nie dawał szans. Błędnie, bo obraz przyniósł Fordowi – w różnych kategoriach – nominacje do Złotych Lwów, Globów i Oscara. 

Nie dawali mu też szans jego znajomi. „Podchodzili do mnie i mówili: „Mój Boże, nie wiedziałem, że w tobie jest jakaś głębia”, skarżył się w jednym z wywiadów.

Tymczasem Ford, dziś stateczny mąż (z redaktorem mody Richardem Buckleyem, 13 lat od niego starszym, pobrali się siedem lat temu) i ojciec 11-letniego, urodzonego przez surogatkę Jacka, sam napisał scenariusz, wyreżyserował i wyprodukował dzieło. Oczywiście, zadbał też osobiście o oprawę wizualną. 

Recenzent „Guardiana” w przychylnej mimo wszystko recenzji porównał obraz do „stuminutowej reklamy wody kolońskiej”. Podobnie pisano o równie skądinąd stylowym, nagrodzonym na festiwalu w Wenecji thrillerze „Zwierzęta Nocy” z Amy Adams i Jakem Gyllenhaalem z 2016 r. „Hitchcock też tygodniami doglądał fryzur, makijażu czy ubrań swoich bohaterek”, bronił się Ford. Na planie filmowym, oczywiście, także chodził wyłącznie w garniturze.

W skróconej wersji artykuł ukazał się w wiosennym Fashion Magazine.

Moje codzienne komentarze czytaj na Facebooku <KLIK>, a ładne rzeczy, ładne miejsca i ładne stories oglądaj na Instagramie <KLIK>. I NOWOŚĆ: podcasty do słuchania m.in. na Apple i Google Podcasts, na YouTube <KLIK> i Spotify <KLIK>.

Dodaj komentarz