Ani tydzień, ani mody. Warsaw Fashion Week – nie pykło.
Trzeba jednak mieć poczucie humoru, by wypisywać takie idiotyzmy, jak organizatorzy Warsaw Fashion Week.
Nie zamierzałem relacjonować tej imprezy z prostego powodu: była nieistotna. Coś jak wybory małej miss podwórka albo osiedlowe mistrzostwa w grillowaniu: nikt nikomu nie broni takich zabaw, ale też nie nadaje im specjalnej rangi.
Tymczasem czytam w rozesłanym w piątek do mediów komunikacie, że premierowa edycja wydarzenia „na nowo definiuje polską scenę mody i ambicjami sięga poziomu największych światowych fashion weeków”, a „Warszawa stała się prawdziwą stolicą mody, przyciągając zarówno międzynarodowe agencje, jak i uznanych artystów oraz gwiazdy”.
No więc ja króciutko: żartujecie sobie, drodzy państwo.
Chyba że za gwiazdy macie Caroline Derpienski, Madoxa i „Monikę Goździalską BEZ SPODNI”, jak doniósł Pudelek, którego relacja okazała się szczytowym osiągnięciem medialnym i wizerunkowym fashion weeka. Oraz lwicę bankietów Laurę Łącz.
I Sławka Uniatowskiego, ale jego prędzej przyciągnęło honorarium, bo raczej nie zaśpiewał na waszym evencie charytatywnie. Podobnie jak Krzysztof Ibisz, konferansjer wieczoru, choć profesjonalne fashion weeki takiej funkcji nie przewidują.


Ale po kolei. Wasz fashion week nie definiuje polskiej sceny mody. Ona sama jest wystarczająco zdefiniowana, Ma własne marki, nazwiska, liderów i media. O czym nie wiecie. W przeciwnym razie nie urządzalibyście dwóch dni waszej szumnie nazwanej imprezy w food hallu centrum gastronomicznego, by między piwem, pitą i pizzą puścić zdezorientowane modelki w kilku kolekcjach uczniów szkoły odzieżowej w Sosnowcu. I równie skromnej warszawskiej szkoły ViaModa. Przy bardziej niż wątłej widowni. Bo niemal nikt – byłem w środku drugiego dnia imprezy; resztę oceniam na podstawie info i relacji w sieci, co w tym przypadku jest zupełnie wystarczające – poza kilkoma wystawcami strefy targowej na owych pokazach się nie stawił. I przy braku strategicznych dla branży mediów, chyba że za takie uznać ekipę TVP3. A wszystko to pod nazwą „Designer Avenue”.
„Sprzedaliście coś?”, spytałem jednego z wystawców. „A skąd”, odrzekł. Udział w targach był płatny.


Możliwe, że ambicjami sięgaliście „poziomu największych światowych fashion weeków”, lecz ambicje były to nieuzasadnione. Gdybyście znali owe fashion weeki, nie proponowalibyście trzeciego dnia, w biurowcu The Tides, przeglądu kuriozalnej – z nielicznymi wyjątkami – twórczości mało znanych podmiotów.


Była Justyna Steczkowska, w sumie słusznie ogłoszona największą gwiazdą imprezy. Choć w ogóle nie jest projektantką. Artystka ewidentnie wykorzystuje swoje eurowizyjne pięć minut, jednak kolekcja banalnej konfekcji sygnowana jej nazwiskiem do spółki z Angeliką Józefczyk, była zbędna. To nie była moda, ani obok mody nawet nie leżała. To, co atrakcyjnie wygląda na estradzie, nie musi bowiem sprawdzać się na wybiegu. Czy Justyna wyglądała w tych strojach ładnie? Tak. Ale ona we wszystkim ładnie wygląda. Mogła więc pokazać cokolwiek. I cokolwiek pokazała.



Był Paweł Węgrzyn, „projektant, doradca wizerunku, stylista, farmakolog kliniczny, poeta, marketingowiec i aktor”, jak sam się anonsuje. Jego ego pompują bezrefleksyjne lokalne media, wyliczając rzekome sukcesy i absurdalne nagrody. Na przykład, „Super Złotą Pętelkę”. Kabaretowa działalność niejakiej Polskiej Akademii Mody, która rzeczone trofeum przyznaje, to temat na oddzielny artykuł, ale dla poważnych projektantów kojarzenie ich z nią to obciach, a nie powód do dumy.
Podoba Ci się ten artykuł? Cenisz moją pracę? Zaproś mnie na kawę. Lub na co innego w Suppi. Menu znajdziesz TU.
Żeby było jasne: każdy amator może bawić się w modę. Tyle że pan Węgrzyn sam porównuje się do Alexandra McQueena. Na swoją korzyść. Co jednak jest już nadużyciem. Ostatnio dziękował też Giorgiowi Armaniemu za „każde słowo i wsparcie”. Co jest też parodią. Nie jestem w stanie zweryfikować – z oczywistych względów – znajomości kielczanina ze śp. mistrzem Armanim, ale nawet jeśli, nauka poszła w las. Armani miał fach i gust.






Był i Jerzy Antkowiak. Wiadomo, legenda. Ale jego benefisy nic nie mają z obecną modą wspólnego. Archiwalnymi pracami tworzonymi dla przedsiębiorstwa Mody Polskiej mógłby uświetniać dowolną galę nagród, rocznic, wręczeń. W najlepszym przypadku stanowił miły akcent.

I jeszcze Patrycja Plesiak, jak czytam, pokazująca się na najważniejszych tygodniach mody globu. Jakoś jej twórczość i nazwisko do tej pory mi umykały. A przecież obserwuję oficjalne pokazy tygodni mody. Łagodnie rzecz ujmując, patrząc na nieskomplikowane kolekcje, w tym tę zademonstrowaną w Warszawie, domyślam się dlaczego.




I to tyle w temacie „największych nazwisk”. O pozostałych kilku (łącznie na cały fashion week, nie licząc wspomnianych wcześniej studentów, było ich dziewięcioro) dowiedziałem się tyle, że sprzedają się w Dubaju (jakby była to rekomendacja, a nie sygnał ostrzegawczy), że to haute couture, względnie, że perfekcja. I tym podobne dyrdymały.
No i ekstatyczne zapewnienia, iż Warszawa rzekomo „znalazła się w oficjalnym światowym kalendarzu FashionWeekOnline”. Podchwycone i powtarzane przez nicniewiedzących media workerów. Bo to też brednia. Wpisanie wydarzenia do spisu fashion weeków na owej stronie internetowej nie ma dla żadnej imprezy jakiegokolwiek znaczenia. Chodzi tylko, by w Polsce brzmiało efektownie i zagranicznie. I by nabrać dyletantów.
Ale OK, sprawdziłem. Jeśli wrzucić w wyszukiwarkę FashionWeekOnline hasło „Warsaw Fashion Week” – ukazują się dwa artykuły – o (skądinąd świetnej) ukraińskiej projektantce i o… celebracji gejowskich związków na Tajwanie. O Warszawie – nic. No to jak było z tym wpisaniem?


Warsaw Fashion Week się nie udał, mówiąc oględnie. Choć było to oczywiste, jeśli posłuchało się rozmowy z jego szefową, nie potrafiącą w sumie podać podstawowych informacji na kilka dni przed imprezą.
I jeśli się porozmawiało z jej szefem. Ja rozmawiałem w lipcu. Przedstawiony mi przez Tomasza Jacykowa, rzekłbym głównego lobbysty tych bachanaliów, ich twarzy, a zarazem członka rady programowej, na pytanie, kto finansuje tę imprezę odparł, żebym… się nie martwił, bo pieniądze są. Reszta konwersacji – w podobnym stylu. Sami organizatorzy to Hator Business Group. Nie kojarzę, by robili wcześniej w modzie.
A propos rady programowej: duża ciekawostka, bo znalazł się w niej także… członek Trybunału Stanu, prawnik Maciej Zabrowski. Z mediów możecie kojarzyć go z faktu, iż został obrońcą Mieszka R., podejrzanego o odcięcie głowy pracownicy Uniwersytetu Warszawskiego w czerwcu br.

Po imprezie rozmawiałem też z kilkoma projektantami. Zarówno tymi, którzy się pokazali, jak i tymi, którzy ostatecznie zrezygnowali. Mówili mi o prowizorce i niekompetencji.
„Nikt nie podawał żadnych konkretów, rzucano ogólnikami, na których nie można było się oprzeć. Zawiodła promocja, zawiodły social media WFW, bo nawet średnio zainteresowana branżą osoba mogła dostrzec, że coś tam jest nie tak. Niepoważne było dla mnie to, że nie legitymizują tego wydarzenia osoby i media* powszechnie znane (i uznane) w branży. Duże wątpliwości powodowały również informacje o wycofaniu się tego czy innego partnera”, powiedział mi jeden z projektantów.
Odnośnie partnera – z dnia na dzień w tajemniczy sposób wycofało się Moliera 2, chyba jedyny zresztą sensowny.
*Tymczasem media patronackie:

***
No cóż. Zdarza się. Zwłaszcza debiutantom. Pierwsze koty za płoty. Ale po porażce wypadałoby wykazać nieco umiaru, miast zawiadamiać redakcje i influenserów, że „Warszawa na trzy dni stała się centrum światowej mody”. I że to „wydarzenie, które już dziś określane jest mianem przełomowego dla polskiej branży fashion”. I którego organizatorzy „zadbali o spektakularny program”.
Nie, organizatorzy zadbali, by przynieść wstyd sobie oraz Business Centre Club i Ministerstwu Kultury i Dziedzictwa Narodowego, które udzieliły wydarzeniu patronatu.
Przypomnę, bilety sprzedawano w cenie 3165 zł za jeden.

I o ile BCC to prywatna inicjatywa i może sobie patronować czemukolwiek, co jej się podoba (trudno; nie mają rozeznania), o tyle Ministerstwo robi to już niejako w tytularnym imieniu narodu. Co brzmi jak kolejny żart. Zwłaszcza że nowa ministra objawiła się w niedawnej rozmowie z „Fashion Biznes” jako entuzjastka, wręcz insiderka polskiego świata mody.
Nie chciałbym, by w kolejnym sezonie – albowiem już nam organizatorzy nim grożą – ministerstwo zrobiło to ponownie.


Słuchaj moich podcastów <TU>, komentarze czytaj na Facebooku <KLIK>, a ładne rzeczy, ładne miejsca i ładne stories oglądaj na Instagramie <KLIK>.
