Tamara Łempicka: życie na własnych warunkach.
„Była pionierką. Przedstawiała kobiety inaczej. Nie jako muzy, lecz jako silne, niezależne osoby, w pełni odpowiedzialne za swoje życie. Olśniewające, owszem, ale także niezłomne, inteligentne i pewne siebie”, tak o fenomenie Tamary Łempickiej, najsłynniejszej portrecistki epoki art deco, opowiada mi jej prawnuczka, Marisa.

Po prawdzie, nie tyle art deco, ale ogólnie, bo obok Fridy Kahlo i Georgii O’Keeffe, Łempicka jest najdroższą malarką w historii, a do kolekcjonerów jej dzieł należą Madonna, Barbra Streisand czy Jack Nicholson.
To przynajmniej da się ustalić. W przeciwieństwie do wielu wątków jej biografii. Co swoją drogą uświadamia, jak ważny w karierze Tamary był element autokreacji. Bo urodziła się około 1898 roku. Jako zapewne Tamara Gurnick-Górska. W Warszawie albo w Moskwie. Była córką bogatej Polki i kosmopolitycznego przemysłowca, Rosjanina. Najpewniej pochodzenia żydowskiego.
Raczej na pewno była grymaśnym dzieckiem. Z legend rodzinnych – symulowała poważne choroby, by wymusić na rodzicach cykliczne wysyłanie jej na wakacje – celem leczenia – do pięknych Włoch. Co akurat nietrudno zrozumieć.
Jako dorosła, w Petersburgu poznała Tadeusza Łempickiego, „wysokiego i ponurego”, jak twierdzą niektóre źródła, adwokata z rodziny szlacheckiej. Pobrali się tuż przed rewolucją rosyjską, podczas której Łempicki został aresztowany przez bolszewików. Tamarą używając swoich wpływów – i wdzięków, jak podkreślają niektórzy biografowie – w Skandynawii zapewniła mu jednak uwolnienie.
Przybyli do Paryża, porzucając swój dobytek, za to wychowując dziecko, Kizette. Jako że Łempicki – tu czytam w „Guardianie”, który nakreślił biografię artystki na okoliczność jej wystawy w londyńskiej Royal Academy – pozostawał bezrobotny i kapryśny, Tamara postanowiła a) rozwieść się, b) zająć się malarstwem (kolejność dowolna).

Malarstwo owe relatywnie szybko stało się kwintesencją blichtru. W początkach swojej kariery w Paryżu zapisała się do Académie de la Grande Chaumière i chłonęła twórczość dawnych mistrzów, szczególnie podziwiając Bronzina, XVI-wiecznego manierystę. Niedługo później jednak zainteresowała się współczesnym już kubizmem, stylem łatwo akceptowanym przez mieszczaństwo, które szybko ustawiło się w kolejce po jej obrazy, o nierzadko kilkumetrowych rozmiarach, co bardzo pasowało do nowoczesnych, wystawnych willi i apartamentów.
Malowała głównie kobiety. Czytające, prowadzące auto, ale i leżące, kąpiące się, obejmujące się i dotykające. „Modelki Tamary de Łempickiej nie znają hipokryzji i wstydu w kategoriach moralności burżuazyjnej. Są opalone i ogorzałe od wiatru, a ich ciała sprężyste jak ciała Amazonek”, pisał dziennikarz magazynu „La Pologne” (cytat za Culture. pl). I rzeczywiście, z tych obrazów biła dekadenckość, wielkomiejskość, futuryzm. Oraz obezwładniająca zmysłowość. Sama, oczywiście, była jedną z nich. Wszak jej najsłynniejszym dziełem pozostaje „Autoportret w zielonym Bugatti”, symbol wyemancypowanej kobiety tamtego czasu. Choć w istocie jej Bugatti nie było zielone, lecz żółte. I… nie było to nawet Bugatti, lecz Renault.

Tamara była pracoholiczką; kilkunastogodzinne sesje malowania przerywała tylko na podstawowe potrzeby: szampan, masaż i kąpiel. Równolegle kwitło jej życie towarzyskie. „Drapieżnie”, jak opisywała jej córka, „zdobywała kochanków obu płci”, z których wielu było również jej modelami i klientami. Modelka do jej kolejnego słynnego obrazu „Piękna Rafaela” została wszak poderwana i uwiedziona na ulicy. Romans trwał rok.
Zadawała się też z bohemą intelektualną: Marinettim, Jeanem Cocteau czy Gabrielem d’Annunziem. Podobnie nie gardziła używkami. Konsumowała często, chętnie i każde.

Tamara wadziła. Irytowała. U konserwatystów wzbudzała niechęć. Czy raczej zawiść, a pewnie i zazdrość. Żyła bowiem na własnych warunkach. Była femme fatale. Lub po prostu sobą. Prowadząc niezależny, swobodny styl życia, była wszystkim, czego bigoci nienawidzą. I jeszcze ten negliż! „Dokonała rewolucji, przedstawiając uwodzicielski kobiecy akt z kobiecej perspektywy, w momencie, gdy narracja sztuki była zorientowana na mężczyzn” – stwierdził André Zlattinger, z domu aukcyjnego Sotheby’s. Bo wówczas był to męski świat. I poniekąd jest nim do dziś.
„Rzekłabym, że realizowała wizję nowoczesnej kobiety – odważnej, nieustraszonej i bezkompromisowej”, mówi mi Marisa de Lempicka, dziś prezeska Tamara De Lempicka Estate LCC, instytucji, która opiekuje się schedą po malarce. Rozmawiamy w dniach, kiedy do sklepów Reserved trafiają długo oczekiwane koszulki z reprodukcjami obrazów artystki.


„To dla mnie bardzo osobiste. Mam nadzieję, że dziedzictwo mojej prababci poczuje każda dziewczyna lub kobieta, nosząc jedną z tych koszulek: siłę połączoną z elegancją, piękno z pewnością siebie i swobodę samookreślenia”, przyznaje Marisa.
A jak pamięta sam styl Tamary? „Moda nigdy nie była dla niej powierzchowna; była częścią jej języka artystycznego i autokreacji. Pod wieloma względami przewidywała to, co dziś nazywamy „personal brandingiem”. Projektanci wypożyczali jej swoje niezwykłe suknie na wernisaże, dzięki czemu wyglądała równie szałowo i efektownie jak kobiety, które malowała”, opowiada Marisa.
Tamara uwielbiała takich projektantów, jak Madame Gres, Elsa Schiaparelli i Coco Chanel, a także Rose Descat, a w późniejszych czasach – za sprawą kapeluszy – Christiana Diora. „W końcu zaczęła projektować sukienki, które szyła dla niej krawcowa: długie, zwiewne tuniki w połączeniu z efektownymi, pasującymi do nich kapeluszami w wyrazistych kolorach i wzorach. Miała na sobie jeden z tych zestawów, kiedy pierwszy raz spotkałam ją w jej pięknej willi w Meksyku. Do tego biżuteria – zawsze odważna, rzeźbiarska, niezapomniana; nigdy nie była dodatkiem; dopełniała kompozycję”, dodaje Marisa. Jak przyznaje, jej prababka miała ogromny wpływ na to, jak sama się ubiera. „Uczono nas, że nigdy nie wychodzimy z domu nieprzygotowani – ubrani, uczesani, z odrobiną makijażu, biżuterią i zawsze perfumami. Nie wychodziła nawet z pokoju, dopóki nie była w pełni ubrana. Odziedziczyłam po niej głębokie poczucie elegancji i kobiecości. Wierzyła, że sposób, w jaki prezentujemy się światu, jest formą szacunku – dla siebie i dla innych”, wspomina.


Wracając do życiorysu Tamary: pod koniec lat dwudziestych Łempicka zyskała swojego najważniejszego mecenasa, naukowca Pierre’a Boucarda. Zaproponował jej dwuletni kontrakt , w tym na namalowanie portretów – jego, jego żony i córki.
Z apanaży mogła więc wyżyć. I kupić, na przykład, trzypiętrowy dom i pracownię przy Rue Mechain na lewym brzegu Sekwany. Zleciła jego remont Robertowi Mallet-Stevensowi, najwybitniejszemu francuskiemu projektantowi tamtych czasów. „Dzięki eleganckiemu, szaremu wnętrzu, chromowanym elementom wyposażenia i amerykańskiemu barowi koktajlowemu, Łempicka zyskała aurę najwyższej klasy miejskiej elegancji, do której od dawna aspirowała”, wspominał „Guardian”.
W 1933 roku ponownie wyszła za mąż, tym razem za właściciela największego majątku ziemskiego w Austro-Węgrzech, barona Raoula Kuffnera, by sześć lat późnej uciec z nim przez II wojną światową do USA. Tworzyła w Hollywood, miejscu art decowskim samym w sobie, z czasem jednak jej twórczość zaczęła tracić na popularności. Oskarżano ją – i czasem oskarża do dziś – o że jej twórczość nie tyle jest sztuką, co designem i dekoracją. Jednak zdaniem krytyka sztuki „Sunday Telegraph” Andrew Graham-Dixona, „w szczytowym okresie swojej kariery była artystką o ogromnej sile i wyrafinowaniu”.
Po nagłej śmierci barona na transatlantyku w 1961 roku – no bo gdzież indziej miałby umrzeć baron? – Łempicka przeprowadziła się do Teksasu, a ostatecznie osiedliła się we wspomnianym przez jej prawnuczkę Meksyku, gdzie mieszkała do końca życia, tj. do 1980 roku.
Co powiedziałaby o koszulkach z reprodukcjami jej dzieł? „Byłaby szczerze zachwycona, widząc noszące je kobiety. Doceniłaby jakość bawełny, precyzję nadruków, a nawet piękno metek, przede wszystkim jednak ucieszyłaby się, wiedząc, że jej wizja nowoczesnej kobiety nadal żyje w nowym pokoleniu”, uważa Marisa De Lempicka.



Partnerem wpisu jest Reserved.
Słuchaj moich podcastów <TU>, komentarze czytaj na Facebooku <KLIK>, a ładne rzeczy, ładne miejsca i ładne stories oglądaj na Instagramie <KLIK>.
