Viva il vinyl! Rozmowa z Magdą i Tomkiem Sikorami, właścicielami Winylowej – kultowego sklepu płytowego.

Wywiady | 17 kwietnia 2026 | Brak komentarzy

W sobotę Record Store Day. Dla niewtajemniczonych: cykliczna impreza, która melomanów doprowadza do spazmów ekscytacji.  Ustanowiona, by pomóc przetrwać niezależnym sklepom, stała się kołem zamachowym tego biznesu.

Magda i Tomek Sikorowie

Raz do roku, wiosną, specjalnie na tę okazję winyle wydają setki artystów. To zwykle unikaty: nagrania mniej znane, koncertowe czy wznowienia. Limitowane, trafiają na półki małych sklepów jednego, konkretnego dnia. I zazwyczaj błyskawicznie z nich znikają, w miarę jak kolejki przed sklepami potrafią ustawić się poprzedniego dnia. To, co się nie sprzeda stacjonarnie, po tygodniu trafi do sprzedaży w sieci. Z tej okazji rozmawiam z Magdą i Tomkiem Sikorami, właścicielami najlepszego* sklepu płytowego w kraju, Winylowej na warszawskim Bemowie, którzy RSD wprowadzili do Polski.

Miłość do winyli?

T: Od zawsze. Czyli od kiedy mój o 10 lat starszy brat zaczął jeździć po świecie, tj. po Europie Wschodniej, i przywozić winyle produkcji bułgarskiej, enerdowskiej czy sowieckiej. Słuchaliśmy ich na Emanuelu, kultowym polskim gramofonie. Później, w latach 80., gdy zdałem na studia, mój brat pojechał szukać lepszego życia w Londynie. Zaczął przysyłać mi płyty CD, które były tam nowością, ale i brytyjskie winyle. Za każdym razem, gdy go odwiedzałem, moje pierwsze moje kroki nie prowadziły do Tower, Buckingham Palace czy innych turystycznych atrakcji, lecz tylko do sklepów z winylami, gdzie można było kupić za funta czy nawet za pół funta naprawdę już zużyte, przejechane płyty, co mi nie przeszkadzało, bo wtedy w Polsce nie było żadnych.

Myślałem, że powiesz o Tower Records. Nieodżałowanej sieci sklepów, do której z kolei ja kierowałem swoje pierwsze kroki. 

T: Bardziej pamiętam HMV na Oxford Street i pierwszą w nim wizytę. Opadła mi kopara.

Trudno żeby inaczej. Przy samym Piccadilly Circus były trzy wielkie, kilkupiętrowe sklepy płytowe. Jedna kamienica mieściła HMV, druga – wspomniane Tower Records, a trzecia – Virgin. Wszystkie czynne do północy. Stan na rok 2000, gdy z kolei ja do Londynu trafiłem po raz pierwszy. Raj.

T: A do tegowszystkie te mniejsze sklepiki na Soho. Z perspektywy małolata, powiedzmy nastolatka, wyglądało to na spełnienie marzeń, wtedy jednak jeszcze nie myślałem o winylach jako o biznesie. Trzeba było kończyć studia, zająć się pracą. Winyle wróciły do mnie po latach, kiedy już pracowałem i byłem poważnym pracownikiem poważnych instytucji.

Czyli?

T: W banku. W dwóch bankach właściwie. Dziesięć lat przepracowałem w amerykańskim, a dziesięć we francuskim; w obu na dyrektorskich stanowiskach.

Elegancko.

T: Jednak mniej więcej 2010 roku spotkałem na swojej drodze pewnego Niemca, który miał dostęp do ciekawych koncertowych wydań bootlegowych. Na przykład, Led Zeppelin czy Deep Purple, które nigdy nie były oficjalnie wydane. A że ja na tej muzyce wyrosłem, to bardzo się tym zainteresowałem.

Zaczęliśmy ze sobą wymieniać korespondencję, doświadczenie, aż w końcu spytał, czy nie chciałbym zająć się dystrybucją w Polsce.

M: Zgodził się, choć wiedział, że to będzie łapanie dwóch srok za ogon. 

T: Bo od 9 do 17 codziennie musiałem przesiedzieć w banku za biurkiem. Ale spróbowałem. Biznes szybko zaczął rosnąć. Na tyle, że po 5-6 latach już nie miałem czasu na karierę w korporacji. Przyszedł taki moment, że wraz z żoną zaczęliśmy szukać lokalu na sklep. Powód był prosty: przestaliśmy się z tymi płytami mieścić w naszym mieszkaniu, w piwnicy, samochodzie, garażu. Wszędzie były płyty. 

RSD 2014: single Niny Persson i Chrissie Hynde

Gdzie je wtedy sprzedawaliście?

M: Online. Zaczynaliśmy na Discogsie. Potem na Allegro i na amerykańskim koncie na eBay.

W końcu w 2017 otworzyliście na Bemowie Winylową. Wówczas innowacyjną, bo jako kawiarnię i bar z piwami rzemieślniczymi oraz z winylami w piwnicy. Pomysł, by można było przyjść, posłuchać winyla, a przy okazji czegoś się napić, zaskoczył.

Winylowa

M: Z tym konceptem byliśmy pierwsi w Polsce. Znaliśmy takie miejsca w Stanach, i to one nas zainspirowały.

T: Sporo po nich podróżowaliśmy, gdy w końcu porzuciłem bankowość. 

Jak zareagowali koledzy i koleżanki? Zazdrościli?

T: Pukali się w głowę

M: Ale moim zdaniem też i trochę zazdrościli.

T: Jednocześnie. Bo to były złote czasy bankowości w Polsce. Pensje były duże, premie też. Tyle że był zapierdziel. Stąd część znajomych podeszła do mojej decyzji z dużym szacunkiem i zazdrością, bo gdy się nosi ten garb korporacyjny przez dwie dekady i nie ma się innych perspektyw, no to trzeba go nosić przez kolejne 20 lat. A tu nagle wolność i hobby na pierwszym miejscu!

M: Ja pracowałam wówczas w marketingu. Byliśmy taką korporacyjną rodziną; pobudka przed siódmą, odwiezienie córki do przedszkola i tak dalej. Gdy Tomek zrezygnował z pracy w banku, ja postanowiłam, że także zrezygnuję i idziemy na swoje. 

Też tak kochałaś muzykę wcześniej? 

M: Tak jak Tomek miałam starszego brata, który to hobby i gust w sporej mierze kształtował, więc te wszystkie kapele, których Tomek słuchał, które przynosił do domu, były mi znane. Poza tym zawsze w domu miałam dużo winyli, bo kolekcjonowali je moi rodzice. Ale to nie była jakaś wielka miłość, bo jestem już takim dzieckiem lat 90., MTV i kupowałam muzykę na pierwszych CD i kasetach. Pasją do winyli zdecydowanie zaraził mnie Tomek.

Winylowa zyskała status kultowej. Coś jak Rough Trade, które dziś obecne jest w trzech krajach i jakichś 10 lokalizacjach. Myśleliście, by przynajmniej otworzyć coś jednak bardziej w centrum Warszawy? 

Źródło: Independent

T: Owszem, ale wiele zmieniła pandemia. Ludzie uznali, że wolą kupować online, bo jest łatwiej, szybciej, bo tania przesyłka, bo paczkomat pod domem, bo kup dzisiaj, dostaniesz jutro. I tak dalej. 

Ludzie sią dziwni. Przecież sklepy to sama radość. Ja nawet ich torby  – foliowe, materiałowe czy papierowe kolekcjonuję – mam te z Waterloo w Austin, Assai w Edynburgu, z berlińskiego Dodo Beach czy – teraz – z Desert Island w Nikozji.

Desert Island, Nikozja, 2026
Waterloo, Austin

T: Ja też lubię chodzić po sklepach z winylami, bo to jest inny kontakt niż ten online’owy, jednak z taką inwestycją wiąże się duże ryzyko. Dlatego wtedy przyszedł mi do głowy pomysł. W związku z tym, że pracujemy z polskimi dystrybutorami typu Universal Music Polska czy Sony Music, czy z mniejszymi dystrybutorami i producentami typu Sonic i Mystic, uznałem, że fajnie by było w czwartek posłuchać płyty, która ma wyjść w piątek.

I zadebiutowaliście z waszymi słynnymi dziś odsłuchami.

T: Zaczęliśmy bardzo delikatnie. Jeden czwartek w miesiącu. Żeby nie było, że robimy to przed premierą, startowaliśmy w  czwartek wieczorem, bo kiedy w Polsce jest 19.30, to w Australii już jest kolejny dzień i ta płyta już w sprzedaży. Warner nam dawał na to zgodę i wszystko było na legalu. 

M: Potem okazało się, że ten jeden czwartek to trochę za mało. Dołożyliśmy drugi czwartek. Po pół roku trzeci, a potem czwarty.

Tomek i Magda Sikorowie

T: Ale gdy dzisiaj patrzę na kalendarz, to trudno o dzień bez odsłuchu. Z wyjątkiem poniedziałku, kiedy mamy zamknięte.

M: Największy szał był na odsłuchu Lany Del Rey i jej „Did You Know That There’s a Tunnel Under Ocean Blvd”.

Brałem w nim udział. Kolejka sięgała wówczas Chomiczówki.

M: Przyszło ponad trzysta osób, głównie młodzież. Część marzła, bo nie zmieściła się do środka.

Tamtego popołudnia do zdobycia były też mercze (oficjalne gadżety) Lany, w tym plakat, który do dziś jest jednym z moich ważniejszych trofeów.Jak to się stało, że mieliście jako jedyni na pół Europy taką możliwość? Przecież jej odsłuchów było ledwie kilka na całym globie. 

Podoba Ci się ten artykuł? Cenisz moją pracę? Zaproś mnie na kawę. Lub na co innego w Suppi. Warianty znajdziesz TU.

T: Wiedzieliśmy, co na świecie się dzieje i że w Stanach czy w Anglii zaczęły pojawiać się listening parties, bo to tak się fachowo nazywa, więc zaczęliśmy uderzać do tych polskich Universalów, Warnerów, Sonych z opowieściami o niezależnych sklepach w Birmingham, w Rzymie, w Atlancie, w Nowym Jorku, które na dzień czy na dwa przed premierą robią imprezę inauguracyjną płyty. Zaproponowaliśmy, że chętnie się do tego przyłączymy i im – wytwórniom – pomożemy i to zorganizujemy. 

M: Tak to rozkręciliśmy, że w tej chwili, w przypadku jakichś 50 – 70 procent ogólnoświatowych wydarzeń Winylowa jest brana pod uwagę. Pamiętają o nas, zapraszają, proponują. Zarówno ci najwięksi, jak i małe wytwórnie.

Jak choćby Sonic Records, wasi sąsiedzi.

T: Tak, przenieśli się teraz na Młociny. Gdy wychodzą nowe wydawnictwa Franz Ferdinand, Pulp czy Davida Byrne’a to właściwie oni już nas nie pytają, czy zrobimy listening party, tylko wpiszą: „przygotujcie się na ten dzień”.

Winylowa

Co wam to daje?

T: Satysfakcję, że bardzo często Winylowa jest jedynym miejscem od Renu aż do Władywostoku, a pewnie i do Tokio, gdzie można posłuchać muzyki przed premierą.

M: Poza tym nam po prostu zależy. Chcemy promować nowe płyty, mamy mocne media społecznościowe, wzajemnie się napędzamy. Więc to jest korzyść dla każdej strony. Największa chyba dla odbiorcy, dla ciebie, który przyszedł na tę Lanę Del Rey, wystał w kilometrowej kolejce, i dostał plakat…

A czy odsłuchy nakręcają wam też sprzedaż?

T: Niekoniecznie. 

Bardziej radość i wizerunek?

T: Nie boli mnie to, że przyjdzie 50 osób na odsłuch, a sprzeda się pięć płyt. Bardziej cieszy mnie to, że te 50 osób będzie szczęśliwe, że posłucha, że dostanie jakiś gadżet, że się skrzyknie na swoich grupach, spotka po raz pierwszy w życiu właśnie w Winylowej. To jest fajniejsze niż to, że sprzedam dwie czy trzy płyty więcej. Milionerem od tego nie zostanę.

To dlatego żaden inny sklep takich odsłuchów nie robi?

T: Bo ich już nie ma. Nie potrafię ci nawet powiedzieć, gdzie mamy niezależne sklepy stacjonarne z nowymi nieużywanymi płytami.

Zostały second-handy i empiki. Bo już nie Media Markt, nigdyś świetnie zaopatrzony. Reszta handlu – w sieci. Swoją drogą czemu nie Empik?

T: Bo te listening parties nie odbywają się w dużych sieciówkach, które i tak sobie finansowo poradzą. 

Listening party na tarasie, Gallipoli, 2021

To jak z Record Store Day?

M: Tak. Święto Record Store Day powstało po to właśnie, żeby ratować małe sklepy. Od lat 90., kiedy kompakt zaczął wypierać winyl, kiedy w USA sieci Best Buy, Walmart czy Target zaczęły sprzedawać na potęgę CD, niezależne sklepy popadły w kłopoty.

T: Klienci nie chcieli już winylu. Woleli płytę CD, która była mała, łatwa w transporcie, nie niszczyła się, nie skrzeczała. Nie trzeba było jej myć. I tak płyty winylowe zaczęły wjeżdżać do sklepu jednymi drzwiami i za chwilę wyjeżdżać drugimi, i szło wszystko na szrot. Pewnie zdajesz sobie sprawę, że winyle z lat dziewięćdziesiątych, choćby Pearl Jam czy jakichkolwiek innych kapel, to są jedne z droższych winyli teraz?

Wiem; mieszkam na południu Włoch i tu nie ma zbytnio rocka lat 90., ale jest trochę popu i zdarza się, że na niedzielnym straganie w takim Brindisi stoi dziadek, ma kilka skrzynek winyli, a wśród nich Dina Carroll. Albo Lisa Stansfield i jej „So Natural”, podwójny winyl z 1993 roku, absolutnie nigdzie nie do kupienia. A on mi to sprzedaje za 10 czy 15 euro.

T: Rarytasem są pierwsze tłoczenia z lat 90. a nie, dajmy na to, Elvis Presley z 68 roku. Właśnie z tego powodu one są drogie, bo nikt wtedy ich nie chciał i szły na przemiał. 

Record Store Day w Polsce relatywnie jest od niedawna. Czy wy w tym maczaliście jakoś palce?

RSD w Winylowej

T: Droga do tego była długa. W tym roku odbędzie się po raz dziewiętnasty, w Polsce – po raz dziewiąty.

M: Tomek ściągnął RSD do Polski z premedytacją. Gdy pomieszkiwaliśmy w Stanach, budził wszystkich, córkę, mnie, siebie o godzinie czwartej czy piątej rano, popędzał i rozdzielał zadania: „szybko, szybko; ty jedziesz do tego sklepu, ty jedziesz do tamtego” i tak dalej. Dzięki temu przeżyliśmy kilka takich RSD i było fenomenalnie. Ludzie koczują pod tymi sklepami, rozbijają namioty, organizowane są koncerty, jest ciemno jeszcze, w Las Vegas pamiętam, umieraliśmy z zimna mimo puchówek…

… w końcu leży na pustyni…

M: … ale czekasz, aż za chwilę wzejdzie słońce, będzie plus 30 stopni. Ale to jest niesamowite, że z tłumem oczekujących odliczasz, że za 6 godzin, za 5, za 4, za 3, za 2, za godzinę otworzą sklep.

Ja jestem taki sam, nie musisz mi tłumaczyć.

M: Zatem rozumiesz, jak bardzo chcieliśmy ten duch i tę ideę przenieść na rynek polski. Tomek ponad rok prowadził rozmowy z właścicielami marki Record Store Day, byt uzyskać zgodę. 

T: Był problem, bo w Polsce istniało już coś, co przypominało Record Store Day. Tyle że była to giełda starych winyli. Ale to my dostaliśmy oficjalną licencję. Jej organizatorzy nie mieli nawet pojęcia, że gdzieś na świecie wydawane są płyty na Record Store Day i że podczas tej imprezy właśnie te płyty powinny być sprzedawane klientom.

M: Nie łączyli kropek.

T: Pamiętam spotkanie z Michaelem Kurtzem, właścicielem marki. Zaproponował je w Berlinie, na jakichś targach winylowych. Zapakowałem się, pojechałem, spotkaliśmy się, pogadaliśmy się, spędziliśmy dwa czy trzy dni razem na tej imprezie. I on mówi: „dobra, rób to. Widzę, że wiesz, o co chodzi”. 

Pierwsze, co zrobiłem, to wysłałem do Urzędu Patentowego wniosek o zastrzeżenie praw, żeby nikt nie mógł używać nielegalnie tej nazwy i jej podobnych. Następnie skontaktowałem się z różnymi polskimi sklepami z propozycją współpracy. „Bardzo proszę, uczestniczcie w imprezie. Tylko róbcie to legalnie. Nie tak, że ściągniecie klientów i sprzedacie trzy używane Republiki i nikt waszego sklepu nie zapamięta. Postarajcie się o to, żeby mieć nowe płyty, sygnowane marką Record Store Day”, tłumaczyłem.

M: Bardzo ciężko nam było przekonać ludzi, że Record Store Day to jest pewna kultura, że to jest brand.  Mówiliśmy im: nie róbcie numerów typu: „schowam dla pana Waldka, bo pan Waldek to jest mój stały klient”.

T: Był jeden sklep w mieście A, tak go nazwijmy, który zamawiał piętnaście, może nawet dwadzieścia tytułów. Czyli nieźle. Ale jego właściciel dzwonił do mnie i prosił: „Tomek, czy ty możesz nam zrobić wysyłkę w poniedziałek? Bo my w sobotę jesteśmy zamknięci”. Ręce opadają. Bo on w sobotę jeździł do miasta B na giełdę winylową. Jeśli masz super tytuły i ludzie o te tytuły pytają, a nie otworzysz sklepu w sobotę, to ci klienci już nigdy do ciebie nie wrócą.

M: A podstawową zasadą Record Store Day jest budowanie relacji między sklepem a klientem. 

RSD 2023: Tori Amos

I że właśnie w tym sklepie kupisz płytę, której nie dostaniesz nigdzie indziej. Czyli ten koleś to nawet nie był cwaniak, tylko po prostu kretyn.

T: Chodzi o to, żebyś ty w swoim sklepie sprzedawał te płyty, żeby ludzie ciebie pamiętali, żeby do ciebie wracali, żeby przez cały rok mieli z tobą relacje, a nie tylko jednego dnia w kwietniu.

M: Ja na początku traktowałam to nawet jako swoją osobistą porażkę, ale tę misję szybko porzuciłam. Uświadomiona przez Tomka, przez Adama i innych, z którymi mocno pracujemy nad RSD, że nie nauczysz sklepów innego myślenia.

T: A  jeżeli dostajemy skargi, dowiadujemy się, na przykład, że dziewczyny jechały do sklepu na południu Polski po singiel Taylor Swift, przeszczęśliwe wypatrzyły go przez szybę, stanęły pierwsze w kolejce pod tym sklepem, w końcu wchodzą i proszą o tę Taylor, a facet chowa ją pod ladę i mówi „to nie dla was”, to nie ma to sensu.

Zniszczyłbym go.

Zostań moim Patronem (TUTAJ), by otrzymać dostęp do odcinków deluxe, tj. rozszerzonych, moich podcastów, a także do odcinków specjalnych i nigdzie nie publikowanych oraz do newslettera.

M: Myśmy się poczuli, jako organizatorzy, jak g.… Na szczęście udało nam się im wysłać te single dziewczynom w prezencie. A sklep został wykluczony. I ja wtedy przekonałam się i uświadomiłam sobie, że nie zmienię cudzego myślenia. Każdy prowadzi biznes jak chce. Adam Wolski zawsze mówi, że jeżeli Winylowa będzie jedynym sklepem z ofertą RSD, to też będzie dobrze.

Adam Wolski, muzyk Golden Life. Kilka lat pracował z wami.  Skąd się z nim znacie?

T: Adam też jest z Bemowa, mieszka niedaleko. Przyszedł na nasz pierwszy odsłuch, który zrobiliśmy. To był event, który wymyślił sobie Jack White. Później, w pandemii, szukaliśmy do pracy osoby. A że muzycy nie grali wtedy koncertów, spotkaliśmy się i od razu kliknęło i zaczęliśmy razem pracować. Przestał w ubiegłym roku, ale bardzo się lubimy. To jest taki dusza człowiek. Mamy także innego muzyka w naszym zespole – Łukasza, gitarzystę Happysad.

M: Chciałabym jednak zaznaczyć, że Record Store Day Polska to nie tylko działalność sklepowa; my również na to wydarzenie wydaliśmy ponad 80 płyt z polską muzyką, z czego duża część trafiła na rynki azjatyckie i na rynek amerykański.

Pamiętam, że kupiłem u was singiel Hey, „Że”.

T: Wydaliśmy też pierwszą epkę Sanah. Ja nie wiedziałem wtedy nawet, kto to jest. Oraz ekskluzywną edycję ścieżki do filmu „A Single Man” Abla Korzeniowskiego.

M: Takie to były początki. Wydaliśmy dużo muzyki jazzowej i heavy metalowej, która trafiła na rynek amerykański i była hitem.

To są jakieś setki, tysiąc egzemplarzy, tak?

T: Tak. Czyli naprawdę sporo jak na często anonimowych twórców. Choćby From Today; zupełnie randomowa, noname’owa wręcz kapela, która fantastycznie sprzedała się w Stanach. Tamtejszy dystrybutor błagał: „wytłoczcie więcej, wszystko w sekundę się rozeszło”. Dla takich chwil warto to robić.

M: Wydajemy także game music, soundtracki z gier komputerowych. Zachęcił nas do tego nasz znajomy, Mateusz.

T: Pamiętam, jak mówiłem mu: „ty chyba opowiadasz jakieś głupoty, jak można słuchać takich dźwięków? To nie jest muzyka”. Uważałem tak, bo byłem wychowany na jakichś flipperach, na Atari, na Spectrum. I on mówi: „człowieku, ty nie wiesz, co się w tej chwili dzieje”. 

Zdaje się, że też nie wiem (aktualizacja: dokładnie dziś, 17 kwietnia, wyszedł singiel Lany Del Rey „First Light” do… gry komputerowej o Jamesie Bondzie).

T: Soundtracki z filmów versus to, co się dzieje w tej chwili w grze komputerowej, to jest jak przedszkole i studia. I tak wsiąkliśmy w winyle z soundtrackami z gier komputerowych, że w Polsce na pewno jesteśmy jedyni, a może nawet w tej części Europy, którzy je wydajemy. 

Z sukcesem, bo muzykę Piotra Musiała, do „Wingspan” znalazłem przy kasach jako produkt miesiąca w księgarni Barnes and Noble w Nowym Jorku!

RSD 2018: singiel Florence + The Machine

Wracając do Record Store Day. Rzeczywiście „rekordowy”? Ile macie wtedy transakcji?

T: Z tysiąc?

M: My wtedy pracujemy w cztery, pięć osób na kasie i nie starcza na nic czasu.  W ubiegłym roku pierwsi klienci stanęli pod drzwiami o 10 rano, o północy, jak zwykle, otworzyliśmy sklep, bo zgodnie z zasadami rsd musi to być sobota, a ja skończyłam pracę o czwartej rano dnia następnego. 

Tą północą wygrywacie. Można do was przyjść, a razie czego – czyli gdyby nie dostało się upragnionej płyty – wsiąść w poranny samolot do Londynu czy pociąg do Berlina. Wstyd przyznać – z ekologicznego punktu widzenia – ale kiedyś tak robiłem. Leciałem do Rough Trade na Brick Lane, później w autobus i na Soho, na Berwick Street. Z zapłakanym kumplem, który w Rough Trade nie dostał Boya George’a na przykład, a ja już byłem obładowany The Charlatans, Celeste, Unloved, Saint Etienne, Tracey Thorn i tym podobnymi.

Rough Trade East, 2020

M: No niestety. Liczba egzemplarzy, jakie dostaniemy, nie jest zależna od nas. Zamawiamy dziesięć, przychodzą dwie. To się zdarza.

Teraz już nie latam, bo mam sklep w moim mieście. Tu jednak inaczej się podchodzi do sprawy. Włosi uwielbiają rozpieszczać swoich klientów, więc panowie raz mi odłożyli płytę, o którą pytałem. To było Garbage. Poszedłem rano, punktualnie o 10, żeby być pierwszy. Otwierają sklep – patrzę, szukam: nie ma  Garbage. Dramat. A właściciel sklepu mi ją wyciąga zadowolony spod biurka. Szkoda, bo chciałem trochę powalczyć, wiecie o co chodzi, doznać tych emocji.

T: Tak, tak, już naostrzyłeś dzidę, już byłeś gotowy, żeby zabijać, a tu…

No właśnie. Ale rok temu Suede i Alison Moyet kupiłem po tygodniu, bo mi powiedzieli, że te płyty nie doszły na czas. To możliwe?

T: Zdarza się. To nie tylko kwestia kuriera, ale tego, że producent czasem nie wyrabia się z produkcją. Zanim on to spakuje, zanim on to wyśle do Włoch, zanim Włosi to przepakują i rozpakują, to tak, może się tak zdarzyć.

Życie na kilka gramofonów.
Puglia, 2022 r.

Bywa, że przychodzą do was płyty na dzień przed? 

T: Oczywiście. To niby nie jest duża skala, ale jednak. Poza tym, nie ma możliwości, by jakiś sklep dostał wszystkie wydania zapowiedziane na ten dzień. Jeśli na liście mamy 700 płyt, to w sobotę 700 płyt na półce nie będzie miała nawet Amoeba.

Amoeba w LA. Źródło: Variety

Wspaniała. Wiecie, jestem twardym zawodnikiem; byłem, nocowałem tam prawie. modliłem się jak w kościele do nich. Znam wszystkie trzy Amoeby – w San Francisco, w Berkeley i w Hollywood, która jest największym płytowym sklepem świata. 

T: Zatem wiesz, że nie ma sklepu, który będzie miał 700 tytułów. Jeśli u nas będzie ich 200 czy 250 powiedzmy, to będzie to bardzo dużo.

M: Dlatego nie obiecujemy klientom, że coś będzie. Tak jak nie przyjmujemy rezerwacji. To wbrew zasadom.

Potwierdzacie, że głównym klientem winyli jest teraz młodzież?

M: Jak najbardziej. Kiedyś na Summer Camp – taki obóz raz w roku w Nowym Orleanie, gdzie spotykają się właściciele sklepów, dystrybutorzy, producenci, organizatorzy – poważna agencja marketingowa pokazała badania, z których wynikało, że młodzi ludzie nie kupują winyli by ich słuchać, bo oni tę muzykę znają na pamięć, lecz żeby wspomóc artystę.

No wiadomo, Taylor Swift ledwo wiąże koniec z końcem.

T: Swoją drogą, prawda? Ale oni to robią, bo kochają Taylor Swift. I chcą mieć pięć jej różnych wydań, a po szóste pojedzie nawet do Brazylii i je kupi.

Ale młode osoby kupują też tę „dziaderską” muzykę. Takie Radiohead nie jest tylko dla ludzi w wieku 40+; dwudziestolatkowie także ich słuchają.

Na koniec: jakie są wasze ulubione płyty?

M: O Jezu… 

T: „Us” Petera Gabriela. I „David Byrne”.

M: Muzyka do całej trylogii „Zemsty” Park Chan-wooka. Uwielbiam też tę z serialu Synowie Anarchii i każdą jedną płytę Elvisa.

Odcinek mojego podcastu o płytach…
…i towarzysząca mu playlista

T: Jeśli mogę podsumować. Kiedy ktoś mnie pyta, dlaczego winyl, a nie inny nośnik, to odpowiadam, że z jakiegoś powodu o płycie winylowej mówisz „album”. To jest wielkie. Czujesz zapach, gdy wyjmujesz go z koperty, orientujesz się, że swoje waży, i już wiesz dlaczego wydałeś 100 zł, a nie 30 zł na CD w promocji.

Kładziesz na talerz, to jest cała ta celebracja, Już nie mówię o dźwięku, o tym ciepłym dźwięku… A jeśli możesz sobie pozwolić na lampowy wzmacniacz, to już jest zupełny kosmos i nie ma do czego tego dźwięku porównać. Chyba, że do taśmy. Ale o taśmach nie będziemy teraz opowiadać. Mieliśmy taki epizod w życiu, że robiliśmy odsłuchy z taśm. Ale o tym to już kiedy indziej.

pan redaktor na domowym odsłuchu

*artykuł nie jest sponsorowany. Jest wynikiem mojej pasji do muzyki i płyt.

Z Magdą i Tomkiem rozmawiałem przy okazji pisania artykułu do „GQ”. Numer z moim tekstem – już w sprzedaży.

Słuchaj moich podcastów <TU>, komentarze czytaj na Facebooku <KLIK>, a moje włoskie życie, ładne rzeczy, ładne miejsca i ładne stories podglądaj na Instagramie <KLIK>

Dodaj komentarz