Aj, AI

Po rezolutnej wypowiedzi Olgi Tokarczuk na temat łask płynących z korzystania ze sztucznej inteligencji już chyba każdy poczuł się w obowiązku dokonania coming outu. Iż owej AI nie używa.

Jak wszyscy, to wszyscy – ja też. 

Nie używam. Wiem, że ChatGPT potrafi przynieść moc korzyści, jednak w swojej pracy póki co nie widzę sensu go używania. 

Popełnia mnóstwo błędów. Owszem, podaje źródła, lecz skoro „Guardian” i Donald .pl mają dla niego tę samą wiarygodność, to wolę osobiście wszystko sprawdzić sam.

Po drugie, pisząc polegam na swoim doświadczeniu, umiejętnościach i wiedzy. Gdyby to była literatura – możliwe, że „pięknie bym ją rozwijał” i „pogłębiał myślenie kreatywne”, trawestując noblistkę. Ale jeśli mam do napisania komentarz czy jakąkolwiek publicystykę, nie muszę jej rozwijać. Nie musi być jej więcej. 

Nauczono mnie, by wiedzieć, co się pisze, a nie pisać, co się wie. A przy nieograniczonej liczbie podpowiedzi udzielanych przez AI, powodzi przykładów, wskazówek i danych, skazujemy się na ten drugi przypadek. Niepotrzebne jest przegadanie, popisy researchu, wielokrotne pointy. 

Wiem, że są media, które stawiają na długość. Nie dlatego, że „algorytmy to lubią”, lecz per se. Ja nie jestem tego modelu entuzjastą. Sam dostałem np. propozycję z „Pisma”, by na 30 tysięcy znaków (ze zdjęciami to jakieś dziesięć stron w gazecie) popełnić tekst o modzie cyfrowej. Odmówiłem, bo uznałem, że przy takiej objętości tekst będzie nudny. I w sumie zbędny, gdyż temat nie jest porywający i na taki rozmach po prostu nie zasługuje. Miałem rację.

Po trzecie, ChatGPT nie jako researcher lecz jako zastępujący mnie autor zupełnie odpada, bo mam swój własny język. I nie odda ów chat – przynajmniej na razie – moich opinii i poglądów. A to one, obok języka, sprawiają, że po 25 (matko!) latach pracy w zawodzie nieustannie otrzymuję kolejne propozycje; zwykle z najlepszych tytułów. 

Możliwe, że przeceniam tu własną wartość. Ale to lepsze niż jej poczucia nie mieć. Mowa o moich studentach, kolegach po fachu, zleceniodawcach, a nawet i autorytetach.

Bo o ile korzystanie z AI jako takie mnie nie razi, o tyle do szału doprowadza mnie główna motywacja, która u wielu za owym korzystaniem stoi. Że AI wszystko zrobi lepiej niż oni.

Studentom nie ma sensu zadawać prac – ani na zajęciach, ani do domu; pisze je za nich AI. Czasem zapominają się i potrafią wysłać gotowe dzieło po kilku sekundach. Nie dbają nawet o pozory, bo dla nich to oczywistość, że używa się AI. Czasem od kilku rożnych studentów dostaję bliźniacze prace. Nawet jeśli widzą, że AI wygenerowała im pustosłowie, brak treści i błędy, zostawiają je, zakładając, że to oni się mylą, nie AI.

Zupełnie jak pewien podróżny z Polski, który w mojej obecności wykłócał się niedawno z kierowcą autobusu z lotniska w Brindisi do Lecce. Na uwagę, że bilety są nieważne, bo kupił je na pirackiej stronie www, a nie u oficjalnego przewoźnika, wywrzeszczał „I asked ChatGPT and ChatGPT told me that it is ok!”. AI okazała się dlań instancją najwyższą, a jej odpowiedzi – ostateczne i niepodważalne. Pomyśleć: dorosły mężczyzna…

Podoba Ci się ten artykuł? Cenisz moją pracę? Zaproś mnie na kawę. Lub na co innego w Suppi. Warianty znajdziesz TU.

Wracając do studentów, gdy zmuszam ich do przedstawienia własnego zdania i opinii, a te bywają bardzo intrygujące, przyznają, że nie sądzili, by kogokolwiek mogły one interesować. Uważają, że ich doświadczenia, poglądy, myśli nie są atrakcyjne. Z góry zakładają, że generyczne plwociny AI są ciekawsze.

Koledzy po fachu. W branży wiemy, które tytuły wspomagane są – delikatnie rzecz ujmując – ChatemGPT. Szlag mnie trafia, gdy napisanie artykułu zajmuje mi tydzień czy dwa, bo bardzo się staram (możliwe więc, że za bardzo), a w każdym podpisie pod zdjęciem autorstwa redakcji znajduję później błędy i typowy dla chata bełkot. O czym opowiadam zresztą w moim podkaście:

Zleceniodawcy. Wysyłają mi materiały potrzebne do pracy. O konkretnej marce, firmie. Mogę im zaufać, bo przecież dla niej pracują? Tylko w teorii. W praktyce bowiem przeoczają – lub po prostu o to nie dbają – dialogi z chatem, i ślą mi pakiet z takimi oto didaskaliami: 

A ja mam całą robotę do wykonania, bo z takich źródeł, które miały być źródłami z pierwszej ręki, a nie z chatu, nie skorzystam.

I wreszcie autorytety. Eksperci, których podziwiam, i których proszę o wypowiedzi. W minutę wysyłają gotowce z AI. Znów: trywialne, rzadko na temat, pisane niemal urzędniczą nowomową, pozbawione konkretów i przykładów. Możliwe, że ekspertom się nie chciało. Może nie mieli czasu. Ale to wypowiedzi to poważnych tytułów, nie do gazetki szkolnej (choć ja szanowałbym każdego odbiorcę).

Obstawiam, że owi eksperci też na wszelki wypadek posłużyli się AI, bo jednak uznali ją za bardziej kompetentną niż oni sami.

Mój tekst miał być dzięki ich wypowiedziom mądrzejszy, wnikliwy, bardziej interesujący. A jest po prostu gorszy. 

To historie pierwsze z brzegu. O sesjach mody robionych przez AI już nie wspominam. Ani o zdjęciach, wszystkich tych postach w stylu „daj lajka, jeśli nie gardzisz, że jesteśmy ze wsi”, niby zabawnych, ale w sumie mocno ponurych, bo poszerzających bazę facebookowych czy x-owych paranoików, skłonnych uwierzyć, że proste życie, wieś, niezamożność, podeszły wiek, pobożność są przedmiotem masowej, systemowej pogardy (bez znaczenia czy w Polsce, czy na świecie – w domyśle, ze strony zamożnych wielkomiejskich wyborców liberałów i lewicy) i jeszcze chętniej głosujących na populistów. Ani o AI-influenserkach nawołujących do pole***u (TU), o tworzonych przez AI piosenkach, animacjach, tiktokach, książkach (TU), o co co rusz wybucha i równie szybko gaśnie awantura.

Typowa włoska rodzina i włoski obiad. Użytkownicy lubią to.

Odnośnie tych ostatnich, akurat o literaturę Olgi Tokarczuk jestem spokojny. Jak każdy, kto czytał „Biegunów”, „Dom dzienny…” czy zwłaszcza oszałamiające „Księgi Jakubowe” (tak, przeczytałem wszystkie jej książki bodaj poza „Empuzjonem”).

Gdy powstawały, AI wówczas jeszcze nie było. Umysł noblistki się bez niej obejdzie. Ufam jej, że chatem po prostu się bawi. Sam doświadczam jednak, ile takie zabawy potrafią zepsuć.

Słuchaj moich podcastów <TU>, komentarze czytaj na Facebooku <KLIK>, a moje włoskie życie, ładne rzeczy, ładne miejsca i ładne stories podglądaj na Instagramie <KLIK>

Zostań moim Patronem (TUTAJ), by otrzymać dostęp do odcinków deluxe, tj. rozszerzonych, moich podcastów, a także do odcinków specjalnych i nigdzie nie publikowanych oraz do newslettera.

Fot: Cash Macanaya for Unsplash (nie wiem, czy nie AI).

Dodaj komentarz