A wy nadal o kulturze zap****olu? Fetysz OOO czyli Out Of Office, poza biurem.

Przeglądam służbowe mejle. Różne mody w nich panują. Na przykład, na umierające matki. Opowiadałem już kiedyś o księgowej, której zmarła mama i stąd spore opóźnienia w odsyłaniu podpisanych umów? Konkretnie ósma mama. Tak! Osiem matek już jej umarło! Co się śmiejecie? Wam umarło osiem? Nie. A jej owszem. I pewnie zaraz umrze dziewiąta.

Albo moda na niepłacenie freelancerom w terminie. I niepłacenie w ogóle. Po prostu. Pracę wykonałeś, płaca się nie wykonała i nie ma co nad tym się rozwodzić.

Ale najnowsza moda to OOO!

Początkowo myślałem – naiwny! – że to jakiś znak graficzny, jakieś takie trzy kółka w tytule mejla dla ozdoby. A to skrót od Out Of Office. Poza biurem. 

„Hej, wybacz, ale teraz na kontakty nie mamy przestrzeni, bo trwa sezon urlopowy”, czytam w mejlu. Patrzę w kalendarz: listopad. W listopadzie???

A to miesiąc jak miesiąc: urlopowy jest każdy. Co zresztą logiczne. No bo styczeń. Wiadomo: Trzech Króli, ferie, narty. Luty: ferie, narty, Walentynki. Marzec, w sumie wiosna: dość już tej zimy. Trzeba wyjechać, złapać oddech. Do tego bywa Wielkanoc. Kwiecień: na pewno wiosna i na pewno Wielkanoc. Maj? No błagam! Czerwiec to lato. Lipiec, sierpień też. Oraz wrzesień, bo w obecnej sytuacji klimatycznej tylko głupi brałby urlop w wakacje, to jest w czerwcu, w lipcu i sierpniu. Poza tym ktoś w te wakacje i tak musiał być w biurze, gdy inni mieli urlop. Październik: nie no, nie bądź dzieckiem. Południowa Europa to idealne miejsce na październik. Poza tym wszyscy biorą urlop we wrześniu, więc ktoś musi pracować w tym wrześniu, dlatego bierze październik. Listopad? Wspomniany sezon urlopowy w pełni. A grudzień to święta, tak od drugiego, trzeciego, bo Mikołajki już szóstego, zaraz Wigilia, koniec roku i nikt do niczego nie ma głowy.

Najpierw do niczego głowy, więc idzie na urlop, nie ma Żanetka. Z działu marketingu, reklamy, PR-u i innych, z którymi muszę się użerać. Po Żanetce – Odetka. Później Aretka, Arletka, Wioletka, Elżbietka, Żorżetka, Roletka… tka tka, tka tka. Nie ma z kim załatwić spraw.

Ani przed urlopem, ani po, tak po prawdzie. Na tydzień przed bowiem nie wysyłaj mejli. Ona – czy on – ich nie przeczyta. Bo szykuje się już do wypoczynku. „To po dwudziestym szóstym” prosi mnie menedżerka, bo „w poniedziałek zaczyna urlop”.

„Przecież to za tydzień”, mówię jej. „No?”, słyszę w odpowiedzi.

Czego nie rozumiecie? T y d z i e ń został jej tylko do urlopu. Wtorek, środa przed – wiadomo, pakowanie, jedną nogą już na wyjeździe. A sprawy trzeba przed wyjazdem owym domknąć (domyślamy się, że to sprawy sprzed miesiąca, a nie bieżące, bo inaczej nie bylibyśmy zbywani. No i nie są to też sprawy nasze). Czwartek już na wylocie. W piątek o niczym innym się nie myśli. A weekend to weekend.

Po powrocie zaś nie odzywaj się w pierwszych kilku, kilkunastu dniach, bo ona (on) ciałem tu, ale myślami ciągle jeszcze tam, na wakacjach. I najmarniej po tygodniu dopiero zacznie wygrzebywać się z papierów.

Cokolwiek piszesz, w sekundę wraca odpowiedź. Z tytułem „OOO. Out Of Office”. „Do 16.11 jestem na urlopie. Na wszystkie wiadomości odpowiem po powrocie. W pilnych sprawach…” i tu podaje namiary na delikwentkę, która ma ją zastąpić. Tyle że ta zastępująca też jest OOO. A zastępująca zastępującą – również.

I pomyśleć, że w Hiszpanii wprowadzili eksperymentalny, siedmiogodzinny dzień pracy, w dodatku cztery razy w tygodniu, o czym pisano od Buenos Aires po „Gazetę Radomszczańską”! A przecież Alutki, Karutki (resztę tych pań znamy z odcinka pod tytułem „Kajusia” TUTAJ) uprawiają go od lat!

W redakcjach – podobnie. Gazetę czy portal pisze chat GPT, bo odpowiedzialni za nie aktualnie bawią w Amsterdamie z L’Orealem, z Rimmelem w Londynie, w Paryżu z Wranglerem. To jest na zaproszenie.

A później trzeba odrobić te służbowe przecież wyjazdy, te press toury, stąd wakacje i urlopy relacjonowane na Instagramie. Malaga, Ibiza, Santorini… Lub chociaż te dwa dni wytchnienia na Malcie!

I nie ma komu odpisać, odpowiedzieć, przypilnować podpisów pod zdjęcia, ogarnąć sytuacji, jakąś tam umowę, trywialną umowę nam przesłać. Nie bądźmy śmieszni.

Ach, te dwa dni! Ta nerwica wyjazdów. Byliśmy już w Pradze, Barcelonie, Lizbonie, to teraz Kiszyniów, Tirana czy „coś na M”, jak usłyszałem z ust znajomej mi persony z tej branży, spotkanej przypadkiem na lotnisku Okęcie. Sama nie pamiętała, dokąd właśnie leci!

A wy co? Nadal o „kulturze zapierdolu”?

PS. Spółdzielnia wysłała mi ostatnio mejl – dobrze, że nie list, jak jeszcze niedawno, którego cenę siedem czy dwanaście złotych za polecony doliczała mi do czynszu – iż w środę w godzinach od 8 do 18 będą wymieniać liczniki. I że w tym przedziale czasowym bezwzględnie czekać na nich trzeba w domu.

„Nic się nie stanie, jeśli raz na rok dzień urlopu czy zwolnienia pan weźmie”, ryknął z pogardą na mnie jeden z tak zwanych fachowców, uprzedzając moje wątpliwości. Pomyślałem sobie: „oj, panie złociutki! Ja najchętniej od razu wziąłbym cały tydzień”.

Na kanwie powyższego felietonu powstał odcinek podcastu „Jak wytrzymać z ludźmi?” pt. „Heńka”. Dostępny poniżej na Spotify oraz TUTAJ na YOUTUBE.

Zostań moim Patronem (TUTAJ), by otrzymać dostęp do odcinków deluxe, tj. rozszerzonych, moich podcastów, a także do odcinków specjalnych, nigdzie nie publikowanych oraz do newslettera.

Słuchaj moich podcastów <TU>, komentarze czytaj na Facebooku <KLIK>, a moje włoskie życie, ładne rzeczy, ładne miejsca i ładne stories podglądaj na Instagramie <KLIK>. 

FOT: Lee Zhaoming i Igor Omilaev dla Unsplash.

Dodaj komentarz