Cyrk przyjechał!
Waliły w każdym finale gongi. Karły w romskich strojach rzępoliły strunami. Turkotały talerze. Strzelały baty, świstały bicze. Błyskało i błyszczało. Od reflektorów, bistoru kostiumów, brokatu makijaży. Wszystko wirowało. Dziecku mogło się zdawać, że namiot pęczniejący od tego zgiełku, światła i koloru w końcu eksploduje i zamieni się w chmurę konfetti.
40 płyt, które warto znać
Jutro Record Store Day. Dla niewtajemniczonych (w końcu to blog głównie o modzie): coś jakby H&M rzucił kolekcję Balmain – do wybranych sklepów i w limitowanej ilości. Tyle że zamiast ubrań będą płyty.
Produkt własny
No i znowu nie mamy loga. Znów nasz kraj jest niemarkowy, jak podróbka jakaś. Albo produkt własny dyskontu wręcz.
Dziewczyna didżeja
Więc dziewczyna didżeja. Przez ileż to festiwali i didżejskich setów biedaczka się przewlekła, kręgosłup sobie łamiąc od dźwigania skrzyń z winylami! Przez ileż stron internetowych się przewaliła w poszukiwaniu odpowiednio „wyczesanej muzy”! Ostatnie banknoty na wyjazdach na longplaye wydawała: reszta wycieczki razem z dziewczyną Vermeera w Rijksmuseum mleko przelewa albo pływa statkiem po modrym Dunaju, zabawiana przez lokalny ansambl „Księżniczką Czardasza”, a ta łapie pylicę w zakurzonych piwnicach komisów płytowych. Słowem: prawdziwa pasjonatka? Ani trochę. Nigdy nie grała, nie komponowała, nie skreczowała. Po prostu: miała chłopaka didżeja.

