She’s in Fashion

W pewnym wieku powinno się już spoważnieć. Odkładać na nowy samochód, myśleć o sensownym metrażu na osiedlu strzeżonym i w ogóle mieć potrzeby zgodne z oczekiwaniami społecznymi. Niestety. Są tacy, którym stuknęła trzydziestka, a zamiast zająć się czymś pożytecznym, czule głaszczą gramofon, przeżywają upadek kompaktowych singli i wprost nie mogą się doczekać nowej płyty Suede. Mój przypadek.

Suede w Bolonii

Nie żeby nie mieć świadomości, że mniej więcej od 1998 roku Suede nie dokonali niczego wiekopomnego i że w Polsce na większe zrozumienie mogą liczyć fani Pearl Jam, Coldplay, czy – o zgrozo! – Stinga, ale instytucja fana na tym właśnie polega, by trwać w religii, wiary nigdy się nie wyrzec. Moja wiara w Suede i jej lidera Bretta Andersona jest żarliwa. Przejawia się posiadaniem wszystkich płyt, singli, bootlegów na wszelkich dostępnych nośnikach z limitowanymi, fluorescencyjnymi winylami i sprzedawanymi na koncertach pen drive’ami włącznie. A także biografii, koncertów na DVD, śpiewników, portretów (z autografem!), koszulek oraz prawdziwej mej dumy – podwójnego analogu z wydrukowanym nazwiskiem Michał Zaczyński na okładce, jako współautora kompilacji oraz  – obawiam się – współwydawcy tej także cenowo ekskluzywnej fonografii.  Całość – to jest grubo ponad setka dewocjonaliów – spoczywa w stylowej drewnianej skrzyni, ustawionej niemal przy drzwiach wejściowych domu. Lokalizacja nieprzypadkowa. Wszak na wypadek pożaru skrzynię ową ocaliłbym w pierwszej kolejności. Choć ktoś ostatnio zwrócił mi uwagę, że pożar niekoniecznie musi się zdarzyć w trakcie mojej obecności, a też i drewno, jako materiał budulcowy skrzyni, nie należy do najtrudniej palnych.

Pałające uczucie do Suede objawia się także obsesyjnymi pielgrzymkami na koncerty. Jako że zespół na dekadę się zahibernował, były to solowe występy wokalisty. Choć co roku wydawał płyty, nie wstrząsnęły one, oględnie mówiąc, listami przebojów. Dla przykładu, longplay „Slow Attack” z 2009 roku, uplasował się na jednak odległym 174 miejscu sprzedaży płyt w jego rodzimej Wielkiej Brytanii, choć trzy płyty grupy trafiły wcześniej na sam szczyt. Z czego pierwsza okazała się najszybciej sprzedającym się debiutem w historii Albionu, co do tej pory przeżywam, niczym zwycięski remis Polaków na Wembley w 1973. W Jarocinie, pod samą sceną, wpadłem w zbiorową ekstazę z moim kompanem Zbyszkiem, dwiema fankami, które dla Bretta przyjechały specjalnie z Osaki oraz transwestytą w tiulach i koronkach, który okazał się pijanym w sztok chirurgiem z Poznania. Więcej zainteresowanych koncertem nie było. Nieco lepiej sprawy przedstawiały się w Berlinie, gdzie przepchałem się do pierwszego rzędu i w porywie emocji złapałem swego idola za łydkę. Co do tej pory rozpamiętuję. Podobnie jak płacz na wieść, że się ożenił, ale to już inny wątek.

Miłość do Suede i Bretta to także nieustanne katowanie bliskich całą dyskografią (- to z b- strony „She’s in Fashion” – i tak dalej), wklejanie klipów na Facebooku, no i moda. Przeważnie chodzę w skórzanej kurtce, wysokich butach i wąskich spodniach. Albo krótkich marynarkach.  Na czarno lub granatowo. Upieram się, że taki jest mój styl. Ale coś mi się zdaje, że podpatrzyłem go w książeczce płyty „Coming Up” z 1996 roku…

3 Komentarze

  1. Mimi
    7 marca 2013

    Wow! Podziwiam za Suede. I nie tylko.

    Odpowiedz
  2. normalnie_potwór
    8 marca 2013

    Taak..szanuję Pańską szajbę..pasję. :)) bardzo dobrze o Panu świadczy. nie rozwinę tematu, OK. ? :)

    Odpowiedz
  3. Bianka
    11 kwietnia 2013

    Jak przyjemnie czytać. Bez Suede świat nie byłby taki sam.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz