Smutek stoczniowca. Fashion Week Jesień/Zima 2013 cz.III

Moda | 4 maja 2013 | Jeden komentarz

ptaszek2

Pół roku temu pisałem, że logo Moniki Ptaszek to antyreklama jej twórczości. I zdaje się, nie miałem racji. Znów opatrzyła nim sporą część kolekcji. Cóż, jest na nie popyt. Ptaszek to jedna z tych projektantek, której moda widoczna jest na mieście. Przynajmniej na bywalcach okolic Pl. Zbawiciela w Warszawie. Po nich wnioskuję, że Ptaszek for Men trafia w gust osobników znudzonych H&M-em, ale za mało odważnych na Maldorora.

To, co lubię u Ptaszek to konsekwencja i konkretne pomysły na kolekcje. Najnowsza eksploruje estetykę robotniczą – mamy do czynienia z zastępem stoczniowców i generalnie ludzi morza. Cechami charakterystycznymi tej ciężkiej kolekcji są wszelkiego rodzaju przybrudzenia – a to rdza, a to żwir, glina, smar, ciemna kolorystyka i ogólny klimat znoju, zmęczenia i znoszenia. Jak to w życiu stoczniowca. Jednak przez zbytnią dosłowność, ta kolekcja, wygląda na znoszoną i zmęczoną. Nie znam, niestety, historii ubioru stoczniowców, może wyjaśniłaby mi zabieg, przez który usztywnione w dolnej części bluzy Ptaszek wyglądają, jakby panowie włożyli pod nie pas hiszpański. Chyba, że to stoczniowcy z La Coruñi.

ptaszek5

ptaszek4

ptaszek3

Po trójwymiarowych materiałach Jarosława Juźwina spodziewałem się jakichś technologicznych nowości. Albo przynajmniej campowego efektu a’la mrugająca okiem stewardessa Singapore Airlines z pocztówek z lat 80. I jedno, i drugie byłoby na czasie. Jednak archaiczne sukienki z tworzywa są zbyt skromne, by użyć je w filmie o gorączce Love Parade sprzed dwóch dekad (gdyby ktoś chciał go nakręcić), a jednocześnie pozbawione są karnawałowego dowcipu, jakim raczy nas od mniej więcej tego czasu ekstremalny duet Transmode, by je publicznie pokazywać. A na bardziej powszednie okazje się nie nadają. No, ewentualnie do teledysku niezmordowanej orędowniczki młodych projektantów Ramony Ray, która przebiegła się w kreacji Juźwina po wybiegu. Reszta kolekcji była nie mniej zagadkowa. Część męska to nie dająca się zidentyfikować subkultura, choć nie pozbawiona udanych elementów, patrz: płaszcze.Damska zaś była już całkowicie zdekompletowana i chaotyczna. Jednak finałowa kreacja ciążowa, prezentowana na tancerce Dorocie Czaji pokazała, że to, co Juźwinowi najbardziej się udało, to zademonstrowanie, iż zna osobiście dwie celebrytki. Na tym jednak – i tu niektórzy mogą się zdziwić – moda niekoniecznie polega.

jjuzwin

jjuzwin2

Kolekcja duetu Nick – Nack dla odmiany była całkowicie czytelna. To propozycja dla pań ubierających się w galeriach handlowych. Konkurencja? Solar, Caterina, Monnari. Estetyczna, elegancka, przyjemna dla oka. W znacznej mierze wakacyjna, choć dla niepoznaki maskowana czapami z lisa. Choć czy zapowiedź z głośników „ladies and getlemen, this is what you’re looking for” była całkowicie słuszna? Nie wiem, czy na jesień i zimę damy i dżentelmeni oczekują, na przykład, przezroczystych plastikowych torebek, jako adekwatnego akcesorium do wełnianych płaszczy. Może w Brazylii, bo tam ponoć tak kradną, że trzeba złodziejom awansem pokazywać, co nosi się przy sobie (w praktyce, niewiele więcej niż wodę mineralną, długopis i chusteczki, bo wszystko co cenniejsze ukradną). Albo sukienek nawet dla modelek zbyt wąskich, by w nich swobodnie zrobić krok. Albo zimowymi rzekomo kreacjami z dekoltem po pępek, w którym można na suchoty się wykończyć. A mówi się, że zdrowie jest najważniejsze…

EN_01079259_0311 EN_01079261_0283

nick nack

Wojtek Haratyk – moim zdaniem – także celuje w klasyczną półkę. Na wybiegu, m.in. dzięki stylizacji, prezentuje się prawie awangardowo, bliżej mu do Polygonu niż, powiedzmy, Vistuli, jednak na wieszaku widać, że gros jego propozycji to klasyka, gdzie – jak to w klasyce – fantazja, czy wrażliwość artystyczna druzgotane są wymogami warsztatowymi. Zdumiewająco ambitny wybór, jak na młodego samouka. Nie wszystko tu gra, nie wszystko się układa i dopasowuje, stąd opłaciło się przykrycie tego nonszalancją pokazu. Wyszło przyjemnie, choć płaszcz w wielką pepitę widzieliśmy rok temu u Joanny Startek.

haratyk haratyk2 haratyk3

A poza tym w Łodzi pojawiła się Chantal Thomass. Tylko mi, wieczorem, opowiedziała o szalonej przyjaźni z Claudem Montaną, czy Jeanem – Charlesem de Castelbajackiem, o tym, jak w latach 70. firmy odzieżowe wysyłały ją na dwa miesiące do Indii po inspiracje (- nie było wtedy komórek, ani netu, nikt mnie nie kontrolował, ani nie zawracał mi głowy! – cieszyła się Thomass), o tym, jak odwiedziła więzienie w Nepalu (bo i tam miała produkcję) oraz o tym, że brak jej obecnie wolności, luzu i straconych ideałów wolnej miłości (!). – Dziś zawód projektanta to niewdzięczna harówa i ciągłe myślenie o pieniądzach. A nam chodziło o sztukę! – przyznała Thomass. Choć czy ja wiem: może gdyby niektórzy nasi projektanci myśleli o pieniądzach, robiliby rzeczy, które chciałoby się kupować.

1 Komentarz

  1. Sergiusz
    10 czerwca 2013

    Marne te środowisko z placu Zbawiciela skoro jedyną alternatywą dla H&Mu jest dla nich polska moda.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz