Życie w socjalu

- Oj, oj! I co? Teraz się obrazi? Bidulek! – wgapiając się lekceważąco w moją brodę kelnerka pyta bezosobowo, ni to z pogardą, ni to z politowaniem. A skąd. Nawet nie zdążyłem się obrazić po dwóch jej bezczelnych odzywkach rzuconych wcześniej. A chciałem tylko coś zamówić. No ale przecież nic nie powinno mnie dziwić. Jestem w modnej Charlotte przy placu Zbawiciela.

Charlotte wygrywa bodaj we wszystkich rankingach najgorszej obsługi w Warszawie (a i w kraju – jak się zdaje – zostawia konkurencję w tyle). Ale cóż z tego, skoro bez względu na to, jak źle (a bywa, że źle) traktuje się tu klienta, i jak długo (a długo; w weekendy nawet do godziny) czeka na kanapkę, Charlotte to mekka hipsterów, ludzi mody oraz „wannabies”, czyli aspirujących. I w ogóle wszystkich, którzy chcą być na czasie. Bo tego Charlotte odmówić nie można. To najsłynniejszy w stolicy socjal.

Co to jest socjal? Najnowsza obsesja Warszawy i kilku miast innych, a wkrótce i reszty Polski. Dwa są jej przejawy. Pierwszy to bistro z dużym stołem po środku. Stół ma za zadanie wniesienie tak zwanego czynnika domowego, czegoś swojskiego i ujutnego, nawet jeśli stojące na nim solniczki zaprojektował, dajmy na to,  Philippe Starck, a sam stół  – Tomasz Rygalik. Co raczej jest regułą niż odstępstwem od niej, bo socjale restauracyjne są – wprost przeciwnie do ich genezy – elitarne. Drugi zaś model socjalu to bary z wódką i zakąską. Chętnie całodobowe, z cenami w okolicach czterech złotych za cokolwiek, przez co zdecydowanie egalitarne. Klientela obu conceptów raczej się ze sobą nie miesza, choć po północy bywa różnie. Perspektywa niedrogiej wiśniówki przy kontuarze na zakończenie wieczoru każdemu, nawet największemu pijącemu snobowi w kurtce Moncler, jest miła.

Takie lokale to ekscytująca nowość. Przez lata kapitalistycznej Polski uważano, że nie po to wychodzi się na miasto i wydaje przypłacone stresem, bezsennością, a nierzadko zawałem i impotencją apanaże, by nam obcy ludzie w talerze i kieliszki zaglądali.

Wódczane bary pojawiły się pierwsze, z pionierskimi Przekąskami Zakąskami przy Krakowskim Przedmieściu na czele. Bar, mylnie utożsamiany z knajpą jak za PRL-u, a w rzeczywistości bardzo przedwojenny w swoim wystroju i stylu, szybko doczekał się brzydszych klonów w każdym większym mieście i właśnie trafia do mniejszych, stanowiąc uzupełnienie kebabowni, lokali z narodową już naszą potrawą.

Wódczano – przekąskowe bary, jak trafnie zauważył recenzent kulinarny „Gazety Wyborczej” Maciej Nowak, odtwarzają – lub przynajmniej usiłują przywołać – klimat dawnych barów dworcowych. Glamour jest tu wątpliwy, ale każdy domorosły Marek Hłasko znajdzie w nim parę anegdot dla siebie, a jak trzeba – dostanie po gębie.

I w zasadzie miejsc takich nie ma co się czepiać, wręcz miło, że funkcjonują. Jednak przy wszystkich literackich i utylitarnych zaletach takich przybytków, męczyć może niekiedy monotonia wódczanych socjali. Po pierwsze, zawsze to samo menu. Śledziki, bigosik, kiełbaska z chlebkiem, galareta. Po drugie – ta sama muzyka. „Rudy rydz”, Villas, Połomski. Niby zabawnie, ale w sumie denerwująco, bo ileż można?! Po trzecie  – wystrój. Ściany wytapetowane niby starymi gazetami, jakieś pseudo dowcipne wywieszki o BHP oraz radio Jowita na półce.

Z socjalami restauracyjnymi sprawy mają się podobnie. Więc w każdym są bagietki własnego wypieku, na zakwasie, nierzadko z ziarnami, a czasem nawet hinduskie. Francuzi by się zdziwili. Występują też ze dwie sałaty („sałatki” brzmią za mało chic&blaze), jakiś chutney i kozi ser, a wszystko zbryzgane kolendrą.

Kolendra jest obecnie „new black”. Jest nowym koperkiem, nowym szczypiorkiem. Posypuje się nią ziemniaki podmienione na bataty, dodaje do jajecznicy, umaja humus. W sztuce „W imię Jakuba S.” Strzępki i Demirskiego o naszych kompleksach wiejskiego pochodzenia, jeden z bohaterów chłopskiej proweniencji używa kolendry jako symbolu społecznego awansu. Nie bez powodu, drodzy państwo.

Same jednak socjalne stoły to już historia szlachecka. Oto „Opis obyczajów za panowania Augusta III” Jędrzeja Kitowicza (1728 – 1804). „Panowie tak w domach, jak na publicznych miejscach przebywając kochali się w wielkich stołach, dawali sobie na publice nawzajem obiady i wieczerze; do tych zapraszali przyjaciół, obywatelów, wojskowych i sędziackich” – notował Kitowicz.

Socjalne bistra to też identyczny niemal wystrój. Więc tablica z wypisanymi kredą daniami. Wielkie okna na całą szerokość frontowej ściany. Koniecznie stare lampy, jakby z fabryki. Białe kafelki przełamane gładkim betonem. I przeszklona gablotka z wypiekami. „Wysokie obcasy” opublikowały niedawno listę dziesięciu takich miejsc. Większości nie znałem, a sam dodałbym kolejnych dwadzieścia takich samych i to tylko z Warszawy.

Co najbardziej jednak dla gastro-socjali charakterystyczne, to ludzie. Mało luzu i literalnego podejścia do miejsca, w którym miło wypić kawę i zjeść dobry chleb z twarożkiem. Przeciwnie: niczym Justyna Steczkowska w okolicach 2002 roku: hollywoodzkie suknie od rana do wieczora. Nie wiem, jaki jest sens przychodzenia na drugie śniadanie w pełnym makijażu, z kopertówką od Vivienne Westwood i szpilkach, ale już kilka takich elegantek w okolicach godziny jedenastej widziałem.

Trudno oprzeć się przeczuciu, że naszym restauratorom tak brak jest własnych pomysłów. Jeden podpatrzy coś, co chwyci – reszta za nim. Więc po 1989 roku nastała era pubów. Wszyscy jedną ławą, rockowe kawałki, piwo w plastiku. Potem przeszliśmy czas cafe – clubów. Panele podłogowe, pierwsza mozzarella z pomidorem, malibu plus dużo chromu, przez co – jak zauważyła Hanna Bakuła – wszystkie knajpy wyglądały jak wnętrze samochodu Daewoo. A potem era DJ’a (w każdym szynku DJ na żywo), knajpy – galerie (co piątek wernisaż fotografii typu ciekawie odciśnięty liść paproci), kluby z selekcją (brzydcy tudzież niepełnosprawni nie wchodzą, ale raz też Duran Duran w Warszawie nie wpuścili), klubokawiarnie (bierki, slamy poetyckie, wymiany książek), lounge w stylu barok glamour (plastikowe żyrandole udające szklane, strefy VIP oddzielone parawanem z Audrey Hepburn), imprezownie alternatywne (koncerty gruzińskiego rocka, meble ze śmietnika)…

I tak dalej, i tak dalej. I niby w sumie mody tak samo jak na Zachodzie. Tyle, że tam – co knajpa to inna. U nas jeden typ zastępuje drugi. Zabawne, że aktualnie snobujemy się na wspólne jedzenie i picie.  Na pierwotną zupełnie funkcję, niby przaśną, rodem z miejsc masowego żywienia, a mimo to nic, tylko wyjąć „Vogue’a” i iPhone’a, zrobić fotkę i obrażoną minę.

Tekst ukazał się w Fashion Magazine #43

7 Komentarze

  1. tesoro
    1 czerwca 2013

    Świetna obserwacja i dobrze napisany tekst. Szkoda, że publika gładko łyka te kolejne „mody” i oblega żałośnie skopiowane, kiepskiej jakości, lokale.

    Odpowiedz
  2. NoceHarce
    2 czerwca 2013

    będąc w Dubline w dzielnicy Temple Bar (dzielnica barów) miałam okazję być w kilku przybytkach. Mimo tego, że w takim miejscu jest ogromne prawdopodobieństwo „skopiowania” czegokolwiek, to nie natrafiłam na jakąkolwiek, choćby minimalną kserówkę tego co już na tej ulicy było. Muzyka na żywo była w wielu lokalach, ale każdy z nich oferował inne brzmienie, inny styl.

    W Polsce podobnie jest z barami Sushi. Surowa ryba z niedogotowanym ryżem zawinięta w tajemnicze liście stała się synonimem luksusu. W moim mieście, w okręgu kilku ulic powstało około 5-6 restauracji Sushi.

    Odpowiedz
  3. KiriGoro - Krul Rzycia
    2 czerwca 2013

    Musze, przynac, ze tesktu oceniac nie bede, ale za to podjety temat – chetniej!
    Poznawalem wiekszosc z tej modowej wyliczanki, o tak! Doskonale pamietam pażdzierz i marazm 2005 roku, gdy chlac mozna bylo albo na w parku, albo za horendalne plny (mowie z perspektywy owczesnego licealisty) w Labo. Pojawily sie pawilony, w ktore okraszone tym „smietnikowymi perelkami” (raz nawet przynioslem znajomym wlascicielom lampe podlogowa, ktora tylko zalegala w piwnicy) kazaly sobie podobnie modnie placic za pierwsze podrygi hipsterskiej warszawy. Poczatek Zakasek tez gdzies mi w tej chwili przeblysnal – a przeciez bylo podobnie i tam – tanio, ale mordy zacne przychodzily (Pan Roman, mysle, swoim stoickim spokojem przebilby niejednego w „kurtce Moncler”), i upijaly sie w tychze strojach operowych. Kontynuujac watek dochodze myslami i do Socjali, gdzie banda gimbusow bije sie o bulke z serem, jakby w zyciu kanapki do szkoly nie dostali. Rewia mody prosto z h&m, dziewczynki, ktore nawet mimo tony makijazu strasza niska liczba wiekowa w dowodzie. Przerysowane pedalki, ktore chyba przez opozniajaca sie mutacje glosu mysla, ze juz czas podbic gejowskie serce warszawy i taaak dalej! I do czego to dazy? No wlasnie do tego, ze za chwil pare przyjdzie fala karaoke-kicz-densing-gej-mlecznych-barow i zamiecie rynek po raz kolejny. A zostana trwac w stoickim spokoju miejsca, ktore od lat, lat emanuja przyjemnoscia, mila obsluga i oczywiscie tym podstawowym – dobrymi produktami!
    Mysle, ze moglbym takich miejsc naliczyc kilka i nie bylby to resto-zwyrolskie straszydla ze starego miasta ;)

    Odpowiedz
  4. Kasia
    3 czerwca 2013

    setnie się ubawiłam! dzięki! :) Będę wiedzieć teraz co jest „hot and what’s not” w Polsce :)
    W Irlandii natomiast nigdy „hot” a już zapewne „socjal” nie będzie żadne miejsce gdzie obsługa jest chamska i bezczelna.
    Pozdrawiam

    Odpowiedz
  5. guavajuice
    4 czerwca 2013

    „Proszę pana, ja jestem umysł ścisły. Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem. Po prostu. No… To… Poprzez… No reminiscencję. No jakże może podobać mi się piosenka, którą pierwszy raz słyszę.”

    Odpowiedz
  6. Bettie B. Hebert
    13 czerwca 2013

    I w zasadzie miejsc takich nie ma co się czepiać, wręcz miło, że funkcjonują, bo frajdą jest po taniości z ludźmi się weselić. Jednak przy wszystkich literackich i utylitarnych zaletach takich przybytków, męczyć może niekiedy monotonia wódczanych socjali. Po pierwsze, zawsze to samo menu. Śledziki, bigosik, kiełbaska z chlebkiem, galareta. Po drugie – ta sama muzyka. „Rudy rydz”, Villas, Połomski. Niby zabawnie, ale w sumie denerwująco, bo ileż można?! Po trzecie – wystrój. Ściany wytapetowane niby starymi gazetami, jakieś pseudo dowcipne wywieszki o BHP oraz radio Jowita i dwie pocztówki dźwiękowe na półce. Taki pejzaż!

    Odpowiedz
  7. Ewa
    1 lipca 2013

    Gdyby taki lokal nie miał klientów, to by nie istniał. Skoro istnieje, tzn. że „jacyś” klienci tam bywają i nie przeszkadza im ani wystrój, ani obsługa. Komu nie pasuje nie musi w takich lokalach bywać. Nie ma co się czepiać. Po to się prowadzi biznes, żeby na nim zarobić, a skoro moda jest na taki „socjal” to „biznes” poszedł w tym kierunku. Co z tego, że otworzę lokal z miłą obsługą, odpowiednim wystrojem i muzyką jak na nim nie zarobię, bo ludzie pójdą tam gdzie taniej. Co do obsługi? Cóż, niektórym się wydaje, że pracują za karę i ile by im nie zapłacić, to i tak będą uważać, że mają za mało, bo przecież „mam” magistra.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz