Boże, Boże, Bakczysaraj

Dzienniki podróży | 1 sierpnia 2013 | 8 komentarzy

Czytam „Pełznąc po Dachu Świata” w Wyborczej. Robert Stefanicki pisze o podróży do Tybetu. Co za facet, uwielbiam go! Wreszcie na stronach turystycznych jakiś konkret, zamiast rzewnych opisów flory na obrzeżach mongolskich jurt, paplaniny o Lizbonie wieczorami pachnącej sardynkami, czy doprawdy samobójczych intelektualnie, gorączkowych esejów o nocnym podboju Włocławka.

DSC_2615

Pisze Stefanicki: „Najokazalszą budowlą jest położona w samym centrum toaleta publiczna (…). W dole płynie rzeka, nad nią most opatulony flagami modlitewnymi, po skarpie sunie do wody zastygła lawina śmieci”. Albo: „dymiące rury-kominy wystają wprost z okien, ściany pokryte hasłami produkcyjnymi, niebo odbija się w kałużach błota”. Lub: „Hala wygląda jak po napadzie szarańczy, zostały tylko niedojedzone fragmenty. Dwa kawałki złamanego słupa związano kawałkiem kabla, zwisa zeń kłąb drutów – żarówka się pali”. I tak dalej (lektura uzupełniająca TUTAJ).

Wspaniałe opisy! Szpetota bywa bowiem nie tylko fotogeniczna, ale i atrakcyjna czytelniczo. No i poznawczo. Nie powiem, ale zdarzało mi się z premedytacją zwiedzić zrujnowane blokowisko we wschodniej Serbii, albo zapuścić się na – co tu kryć – dość nieturystyczną, romską ulicę Bukaresztu, na której rogu psy zlizywały z chodnika świeżutkie wymiociny podpierających latarnie pijanych rezydentów. Czy też bawić w zrabowanych magazynach portowych w Katanii lub poprzechadzać się o zmroku po Tenderloin w San Francisco, gdzie łatwiej o martwe niemowlę, niż o całą szybę w oknie.

Co innego jednak trafić w takie miejsce przez przypadek. A już najlepiej, gdy do tej pory kojarzyło się ono z czymś pięknym, z jakąś, jak to mawiali w Dwójce, małą ojczyzną, miejscem magicznym. Że tylko klęknąć i się przeżegnać, jakby widzenie świętej Faustyny się miało. Albo tybetańskiego mnicha. Wszak mistyczny Tybet – do czasu tekstu Stefanickiego – wyglądał nam jak z reklam herbaty Dilmah. I takoż pachniał. Więc tak, takie niespodzianki lubimy najbardziej.

Moim osobistym sukcesem w tej materii jest Bakczysaraj. Boże, Boże, Bakczysaraj! Miasto – cud, miasto – czar. Chanat krymski, pałace, meczety. Pisał Mickiewicz, pisał Puszkin. Mnie jeszcze na to nakładały się jakieś skojarzenia z „Porwaniem w Tiutiurlistanie”, że po Bakczysaraju takie królewny Wiolinki pomykają karocami, książęta na koniach z pochodniami, i w ogóle jest baśniowo. Skąd mi się to wzięło – Bóg raczy wiedzieć. Ale do Bakczysaraju lokalnym PKS-em, tyleż elegancko, co pomysłowo ukwieconym, co zaświadczam zdjęciem poniższym, z Sewastopola się dowlokłem, by wyobrażenia z rzeczywistością skonfrontować.

DSC_2590

Pobliskie osady skalne już widzieliśmy; wysiadamy z kumplem na stacji autobusowej. Wielkości lotniska na Okęciu. Pusto. Dworzec strategicznie zbudowano po środku niczego. Są jakieś pastwiska, łąka i droga donikąd. Bo i po co: powrotnego autobusu nie będzie. Marszrutką (busik lub nyska z grzędą, przerobiona na busik, robiące za transport miejski) dojeżdżamy do dworca kolejowego. Też strategiczny, na rogatkach. Jakieś kurniki i plac ze spożywczakiem. Bardziej „Arizona” Borzęckiej:  niż poczciwe serialowe „Ranczo”. Po darciu się na nas przez kwadrans bez specjalnego powodu, upudrowana acz nerwowa lokalna piękność sprzedaje nam bilety na powrotną elektryczkę. Mamy pół dnia na 30-tysięczny Bakczysaraj. O pół dnia za dużo.

Wertepami i kałużami dojeżdżamy do centrum, mijając spontanicznie zainicjowane przez mieszkańców wysypisko śmieci, zdewastowane boisko i zapadnięte pustostany. A nie, przepraszam, to jest centrum. Cisza. Na wietrze naderwana okiennica skrzypi niczym drzwiczki do saloonu na westernie. Podejrzewam, że zza rogu wyskoczą kowboje i nas zastrzelą.

Nikt nie strzela, ale i tak się boję. Stada bezpańskich psów, konkretnie. I widoku martwego kota, leżącego przy głównej ulicy. Oraz tego, że się uduszę, bo stary Bakczysaraj – położony w głębokim, wąskim wąwozie – osacza. Domy opuszczone. Sklepy jakby rozkradzione. Dwie działające knajpy –  puste. Pałac chanów – zamknięty. Oglądamy go z zewnątrz i z góry. Dlaczego na terenie XVI- wiecznej budowli widzimy całkiem współczesny czołg – tu w roli pomnika? Koleżanka powie mi potem, że to, co straciliśmy przez zamknięcie pałacu to głównie kwietniki, tj. opony na jego dziedzińcu, pomalowane olejną na niebiesko i żółto.

Wypoczęłoby się nad rzeką. Ale nie ma rzeki. Jest koryto ozdobione wstęgą śmieci, kompostu, gałęzi i niepotrzebnych lodówek i taboretów. W mieście – ogrodzie (jak poetyzuje przewodnik; poproszę wydawnictwo Pascal o zwrot 49,90 zł) zieleń służy po to, by zamaskować kikuty domów, rozbite dachówki i śpiącego w rowie menela.

Pora wracać. Przywykliśmy do pędzących zygzakiem zardzewiałych żyguli i ich chwiejących się kierowców. Dojeżdżamy na dworzec. Potykamy się, bo w całym mieście wyłączyli światło. Następną godzinę spędzamy na peronie. Na ławkach libacja, ktoś sika na nasypie, pies bez nogi kopuluje z latarnią. Jest jak TU . Nic tylko rzucić się pod tory, ale to bez sensu, bo nic nie jedzie; elektryczka spóźnia się trzy kwadranse. Jemy chrupki kukurydziane o aromacie waniliowym i jest nam niedobrze. I bardzo się cieszymy się, bo będzie co opowiadać.

DSC_2592 DSC_2602 DSC_2600 Bakczysaraj

DSC_2615

8 Komentarze

  1. modologia
    1 sierpnia 2013

    Cztery lata temu spędziłam dwa tygodnie na Krymie, w tym dwa dni w Bakczysaraju – i nie rozpoznaję tego miasta ani w pokazanych zdjęciach, ani w opisie. Poza pałacem i miastem skalnym załapaliśmy się jeszcze na jakieś oryginalne wykonanie chorałów gregoriańskich w pobliskim klasztorze, a na koniec trafiła się fajna knajpka z dobrym, lokalnym jedzeniem. Nie wspominając o rewelacyjnych krymskich winach, z których – o ile dobrze kojarzę – mocno rodzynkowy „Czarny Doktor” jest jednym z moich najfajniejszych smakowych wspomnień.

    Odpowiedz
    • michalzaczynski
      1 sierpnia 2013

      I wszystko jasne, dlaczego wtedy było tak fajnie: wino. A ja dopiero na peronie z kopulującym psem żem jedno piwo wychylił.

      Odpowiedz
  2. normalnie_potwór
    2 sierpnia 2013

    może jestem typem bez krzty wyobraźni, bo zastanawiam się po co ludzie jeżdżą w takie miejsca. U nas za mało syfu i egzotyki, a cała reszta Europy zjeżdżona tam i z powrotem? Hugo-Badera w eksploracjach nikt nie przebije., Stasiuka nie przeskoczy . A może chodzi o to żeby sobie popatrzeć i zaśpiewać ‚hej hej hej, inni mają jeszcze gorzej’ ? pcham kij w szprychy, chcę wiedzieć.

    Odpowiedz
    • michalzaczynski
      2 sierpnia 2013

      Przecież napisałem, że to była niespodzianka od losu. Czy nie napisałem?

      Odpowiedz
  3. normalnie_potwór
    2 sierpnia 2013

    Przeczytałam jeszcze raz: napisał pan :)

    Odpowiedz
  4. michalzaczynski
    2 sierpnia 2013

    Poza tym piękno bywa śmiertelnie nudne, jak dobrze wiemy.
    Ps. pocieszanie się, że inni mają gorzej zupełnie nie jest w moim stylu. Nie ma z tego kołaczy, czy jak to się mawia…

    Odpowiedz
  5. normalnie_potwór
    2 sierpnia 2013

    oj tam… wiem, że nie jest w pańskim stylu, wiem. założę się sama ze sobą, że nie czytałabym Zaczyńskiego i nie zaprzątałabym sobie głowy komentarzami, gdyby taka postawa ‚ była w jego stylu’. Co do piękna…ciągle mi mało..i znudzić się nie chce.

    Odpowiedz
  6. Marta
    3 sierpnia 2013

    w takich momentach zastanawiam się i… co byłoby lepsze… „generalny remont” czy zrównanie z ziemią i zaczęcie od początku, chyba wybrałabym to drugie…

    Odpowiedz

Dodaj komentarz