Już po. Co nam zostało z planów na lepszy świat.

Miało być jak u Chełmońskiego. Babie lato, bociany; szczęśliwe pokładanie się na łące, niespieszne przyglądanie światu. Powrót do korzeni i harmonii.

Tak jak kiedyś on, tak i my mieliśmy opuścić cywilizacyjne Monachium i osiąść na idyllicznej mazowieckiej wsi.

Sporo mieliśmy też poczywać, posilać się z ekologicznych dwojaków i na nowo zamieszkać pod – tym razem energooszczędną – strzechą.

W skrócie: pandemia miała być dla nas szansą i cały świat ogarnąć miało jakieś turbo hygge. Li Edelkoort, wzięta badaczka trendów, prognozowała powrót do rzemiosła, ożywienie chałupnictwa, kwarantannę konsumpcji. „Nauczymy się znowu, jak być szczęśliwymi, posiadając jedną sukienkę”, obiecywała. Brzmi aktualnie jak wizje jasnowidza Jackowskiego: „wraz z kwietniem wirus zniknie tak szybko, jak się pojawił”, rzekł w marcu wróż z Człuchowa w rozmowie z „Super Expressem”.

Bo co po kilku miesiącach nam z tych projekcji zostało? Najprędzej te pojedyncze sukienki; kupiliśmy ich mniej, ale to dlatego, że nie zdążyliśmy ponosić poprzednich. Kwarantanna konsumpcji zakończyła się wraz z otwarciem Ikei, rzemiosło – wraz z promocją w Pepco, a chałupnictwo na dobrą sprawę nie zdążyło nawet zostać rozważone. Chyba, żeby zaliczyć doń remonty.

Za sprawą niestrudzonych polskich mężczyzn, a na ich gorliwość zawsze można liczyć, kakofonia wiertarek, młotów i pił, podbitych hitami radia Eska, dzielnie uporała się tak z porannym świergotem ptaków, jak z wieczornym rechotem żab, w które tak uważnie mieliśmy się wsłuchać i wreszcie – jak i całe życie w zgodzie z naturą – docenić. Ale cisza w mieście nie jest wartością. „Nie pasuje, to się wyprowadź na wiochę, zjebie”, przeczytałem serdeczną poradę na jednym z forów.

„Ostatnie zdjęcia zrobione nad Chinami pokazały, jak dwa miesiące bez przemysłu oczyściły niebo i pozwoliły ludziom oddychać czystym powietrzem”, napisała pełna nadziei Edelkoort, choć przecież i tak ci ludzie siedzieli zamknięci w domach, a i powietrze w Chinach zdążyło już wrócić do swojej normy. 

Za chwilę znów w Pekinie na telebimach wyświetlą słońce, bo tego normalnego przez smog nie będzie widać. Nie spodziewałbym się, żeby w Polsce było lepiej. Węgla starczy nam jeszcze na dwieście lat, powiedział przecież pan prezydent. Uff. Pana prezydenta też nie zabraknie przez kolejnych pięć.

Halucynacje o nowym, lepszym świecie okazały się tak realne jak pojednanie kibiców po śmierci papieża. Trwało może dwa i pół dnia, do czasu pierwszego mordobicia. Po roku, już w kardynalskim Krakowie, wnieśli na stadion pomalowany w barwy przeciwnej drużyny świński łeb i literalnie zaczęli się wyżynać. To tyle w temacie wzruszeń.

Naprawdę mieliśmy złudzenia? Jakieś mamidła o powrocie do Stumilowego Lasu? Na każdego dźwigającego sadzonki dalii czy ziół na balkon, przypadło kilku uzbrojonych w kosiarki. Spalinowe, elektryczne bądź poduszkowe. Prawdziwa bonanza herosów mechaniki ogrodowej na wojnie z naturą. Kto wygra tę walkę – jakieś chwasty, żałosne owady, durne jeże czy nasi wybawcy, którzy naturę – jak to samcy – bezwzględnie muszą posiąść?

Zgoda, robią to średnio umiejętnie. Szarpią rośliny i tępo golą do łysej ziemi, gdzieniegdzie zostawiając pożółkłe placki nasadzeń, ale energicznym rencistkom ze wspólnot mieszkaniowych się podoba. One już dopilnują, by zlecona robota była zrobiona, nawet gdy miasto mówi: stop, bo upał, bo susze. Ale gdzie ta katastrofa klimatyczna, skoro wczoraj cały dzień padało?

Zieleń, jak wiadomo, mamy soczystą. Zieleńszą niż w Irlandii. Osiedlowe i przydrożne trawniki to uroczyste dywany, mięsiste kobierce; żadne wydeptane klepiska z wypalonymi źdźbłami. Dlatego trzeba ją wyrywać, strzyc i ciąć, żeby rosła. Kiedyś tak mówiono o łowiectwie. Należy regulować populację zwierzyny, by wzajemnie się nie zagryzła. Czyli literalnie odstrzelić, ku ekstazie degeneratów, dodających sobie męstwa. Co sprawiło, że wyginęła i jeśli dziś zobaczymy z okna samochodu sarnę gdzieś przy lesie, to cieszymy się jak głupie dzieci.

Ciekawe, czy te obecne zdążą jeszcze zmądrzeć.

Reprodukcja: Józef Chełmoński, „Babie Lato”.

Moje codzienne komentarze czytaj na Facebooku <KLIK>, a ładne rzeczy, ładne miejsca i ładne stories oglądaj na Instagramie <KLIK>.

4 Komentarze

  1. Ania
    16 lipca 2020

    To w sumie urocze, że ktokolwiek przez chwilę łudził się, że cokolwiek się zmieni.

    Odpowiedz
    • michalzaczynski
      16 lipca 2020

      Prawda. Ludzkość okazuje się nie być gatunkiem szczególnie refleksyjnym.

      Odpowiedz
  2. oligal
    22 lipca 2020

    Ludzie popadają w euforyczność, żeby zapomnieć o rzeczywistości. Chyba jeszcze nigdy nie potrzebowali tak bardzo wierzyć w zmianę tak bardzo jak w czasach lockdownu. Naiwne bardzo, ale czy chcę to oceniać – nie wiem czy to jest w porządku. Myślę, że mamy większe problemy niż naiwność.

    Odpowiedz
    • michalzaczynski
      23 lipca 2020

      Oczywiście, mamy większe problemy niż naiwność. Ale to naiwność je obnażyła.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz