„Dopiero się uczymy”. O tym, czy ekologia jest sexy, o koszcie nowoczesnych tkanin i fenomenie T-shirtu z elastanem, którego nie sposób poddać recyklingowi rozmawiam z Anną Miazgą, ekspertką ds. zrównoważonego rozwoju w LPP.

Moda, Wywiady | 7 sierpnia 2020 | 2 komentarze

Kiedyś na wykładzie zwróciłam mężczyznom uwagę na nadruki na bokserkach, bo ich materiał może zawierać ftalany, które negatywnie wpływają na płodność. Panowie wpadli w popłoch. Nikt nie lubi o takich rzeczach słuchać.

Ostatnie miesiące są dla branży odzieżowej dramatyczne. Finansowo sięgnęła niemal dna. Siłą rzeczy, musiało się to też odbić na proekologicznych działaniach firm. Co u was, w tym zakresie, się zmieniło?

Pod względem budżetu na szczęście niewiele. Myślę, że nawet moglibyśmy te działania przyspieszyć. 

Tyle że dziś to nie takie łatwe. Nasz program Eco Aware oparty jest przecież na kontaktach z dostawcami z Bangladeszu, Chin czy Turcji: edukujemy ich, pokazujemy, w którą stronę iść, jeśli chodzi o zarządzanie energią czy wodą w fabrykach, podpowiadamy, u kogo kupić odpowiednie maszyny. Teraz tam nie pojedziemy, więc robimy to zdalnie.

A fabryki są kluczowe, bo najwięcej zanieczyszczeń emitowanych jest właśnie tam. Niewiele zmienimy, jeśli będziemy ograniczać emisje wyłącznie w biurach w Warszawie czy Gdańsku, dlatego wybierzemy się do Azji, jak tylko wznowione zostaną loty.

Jaką takie fabryki mają motywację do zmian?

Dostęp do zleceń, bo przecież konkurują ze sobą. W naszej strategii założyliśmy kwotowe limity ubrań, które muszą zostać wyprodukowane w zrównoważony sposób, stąd dajemy producentom listę wymagań i standardów. Im szybciej i w bardziej zadowalający nas sposób je spełnią, tym lepszą będą miały pozycję biznesową. 

Samo przekazanie tej listy to trochę mało.

Dlatego weryfikujemy sposób wypełniania naszych oczekiwań. Będąc na miejscu przechodzimy z nimi przez cały system, sprawdzamy skąd czerpana jest energia w fabryce: czy to ropa, gaz, a może fotowoltaika, czy użycie energii jest mierzone i organiczne, jak wygląda obieg wody, czy jest oczyszczalnia ścieków, a jeśli jest, to czy biologiczna, chemiczna czy mieszana.

Z jakim efektem?

Nie najgorszym. Pamiętaj jednak, że my pokazujemy kierunek zmian, ale nie możemy niczego nakazać. Nie są to przecież nasze fabryki i nie produkują tylko dla nas. 

W Polsce jesteśmy największą firmą, ale za granicą dopiero dwudziestą siódmą, między New Yorkerem a MaxMarą. Nie jesteśmy więc aż takim dużym graczem, by dyktować warunki. Jednak nasza konkurencja także zwraca uwagę na ekologię, stąd każda fabryka, która będzie chciała liczyć się na rynku, prędzej czy później przestawi się na tryb przyjazny środowisku. W tych sprawach jednak wciąż wszyscy dopiero się uczymy. Tu nie ma utartych rozwiązań.

Istnieją jednak uznane certyfikaty lub standardy branżowe. Na przykład ZDHC, inicjatywa na rzecz wyeliminowania ryzykownych chemikaliów z ubrań. Obiecaliście, że jeszcze w tym roku do niej dołączycie. Uda się?

Na początku sierpnia zostaliśmy tzw. przyjacielem ZDHC. Oznacza to, że jesteśmy zobligowani do tego, aby nakłaniać naszych dostawców do całkowitego wyeliminowania szkodliwych substancji z produkcji. Dodatkowo oferujemy dla nich wsparcie w zarządzaniu środkami chemicznymi w taki sposób, aby zużywali ich jak najmniej.

Klientom da to gwarancję, że ich ubrania są wolne od toksyn, a wam?

Wiedzę. Nie bez powodu wszystkie te członkostwa, a jesteśmy przecież także w Accordzie, są bardzo drogie, liczone w dziesiątkach tysięcy euro rocznie. Organizacje przyznające certyfikaty mają jednak armię ekspertów, którzy w wielu kwestiach „wyręczają” nas. Dzięki temu nie musimy zatrudniać ich u nas, choć w LPP pracuje – na przykład – chemiczka analizująca wykorzystywane przez nas  substancje.

Dzięki ZDHC wiemy też, jakich technologii i barwników używają firmy i jakich wymagają, by – na przykład – nadruk na koszulce się nie kruszył, a kolor się nie spierał. 

Jednak żeby ten standard miał sens, najpierw należy wyeliminować wszystkie toksyczne substancje, które wykorzystywane są w fabrykach. Nadal używa się ich do produkcji ubrań niektórych firm, bo są tańsze chemikalia, a chodzi o to, by te same standardy obowiązywały wszystkich, którzy szyją w danym zakładzie.

W przeciwnym razie szkodliwe substancje nadal będą obecne w fabryce?

Tak, dlatego ważne, byśmy mieli jedne i te same wymagania. Wówczas fabrykom nie będzie się opłacało korzystać ze szkodliwych barwników. W ZDHC istotny jest też jednak output, czyli sposób, w jaki zagospodarowane zostanie to, co przedostanie się do wody. W przyszłości planowane jest także kontrolowanie powietrza. Ale sami tego nie zrobimy. W pojedynkę nie zmienimy wszystkich dostawców, siła jest w skali. 

Jakie szanse?

Dzięki Accordowi bezpieczeństwo pracy w azjatyckich szwalniach poprawiło się diametralnie, aż o 92 proc., liczymy więc, że będąc w ZDHC też uda nam się coś zmienić globalnie. Choć jest to trudny temat nawet dla tych, którzy znają się na branży. No i mało sexy dla klientów.

?

Czasem wręcz dosłownie. Kiedyś na wykładzie podczas Gdynia Design Days zwróciłam mężczyznom uwagę na nadruki na bokserkach, bo ich materiał może zawierać ftalany, które negatywnie wpływają na płodność. Powiedziałam, by kupowali bieliznę od firm, które to kontrolują, ale panowie wpadli w popłoch. Nikt nie lubi o takich rzeczach słuchać. 

Mogli pomyśleć, że wystarczy te bokserki uprać.

Ale toksyny ot tak nie znikną. Spłyną do ścieków, które nie zostaną z nich oczyszczone, przez co z powrotem trafią do wody, którą pijemy z kranu, którą podlewamy żywność. 

Tymczasem ZDHC pomaga zwiększyć transparentność produkcji; wiemy, gdzie ubranie zostało ufarbowane, ale też kto je uprał, kto dostarczył tkaninę. To pozwala lepiej poznać cały łańcuch dostaw.

A co z wełną i pierzem z certyfikatami RWS i RDS?

Z RDS (który ma na celu zminimalizowanie cierpień ptaków hodowlanych – przyp. MZ) jest nieźle, bo wdrażaliśmy go już wcześniej. Certyfikacja jednak częściowo jest wstrzymana, bo audytorzy nie mogą odwiedzać farm. 

Z RWS, który kontroluje pochodzenie i pozyskiwanie wełny, kłopot jest większy, bo tych dostawców póki co jest mniej niż ich potrzebujemy. A RWS nie ma konkurencji. Jednym z głównych problemów związanych z wełną jest hodowla przemysłowa, zawsze kłopotliwa, ale jeszcze większym jest okrutny mulesing merynosów. Jest zakazany w RPA, ale dozwolony na przykład w Australii, co uzmysławia jak silne jest tam lobby farmerskie.

Rodzaj tradycji, jak polowanie na wieloryby na Islandii czy w Japonii?

Niestety. Istnieją rozwiązania pośrednie, ale są nieskuteczne, a RWS nie ma konkurencji, dlatego szukamy alternatywy i myślimy o własnym standardzie. Po prostu nie założono dotychczas organizacji, która mogłaby to zrobić za nas.

Czy alternatywne, przyjaźniejsze środowisku produkty są droższe? 

Certyfikaty RDS i RWS wiążą się z wyższymi kosztami nawet do 50 proc., ale już cena organicznej bawełny różni się niewiele; zaledwie o pięć procent. Zrecyklingowany poliester dziś właściwie kosztuje tyle samo, co tradycyjny. 

Czemu zatem nadal rzadko widujemy je w kolekcjach?

Dostępność tych materiałów jest ograniczona zarówno ilościowo, jak i jakościowo, choć to się zmienia. Pamiętajmy też jednak, że bawełna organiczna potrzebuje więcej terenu pod uprawę i to też będzie zawsze ograniczało jej ilość na rynku.

A zrecyklingowana skóra?

Jest bardzo trudno dostępna. Mamy ją w planach, ale to kwestia nie tyle miesięcy, ile lat.

Skóra używana przez nas w ogóle jest produktem ubocznym, częściowo są to też mieszanki z odpadów produkcyjnych. Mamy jej niewiele, ok. 0,5% w całej kolekcji. Dlatego zaczęliśmy od pierza i wełny, których mamy znacznie więcej,

A alternatywa?

Pinatex jest w cenie wysokiej jakości skór cielęcych, dwukrotnie droższy od skóry świńskiej.

Czyli dla was za drogo?

Problemem nie zawsze są pieniądze, choć przy basikowych produktach każda złotówka się liczy. Nowe materiały wymagają po prostu dużo pracy od zespołu produktowego. Musimy zdobyć mnóstwo dokumentacji na ich temat, sprawdzić certyfikaty i kontrolować dostawców: nie dopuścić – na przykład – do sytuacji, w której dostawca kupi sto kg bawełny organicznej i sprzeda również sto, ale jednocześnie, trzem różnym firmom. Posiadając szczegółową dokumentację jestem w stanie udowodnić pochodzenie materiału, wskazać, gdzie i u kogo został kupiony, gdzie zafarbowany i kto go przetworzył. W przeciwnym razie każdy może powiedzieć że sprzedaje produkty z materiałów organicznych.

A co z nowymi tkaninami? Firmy odzieżowe od kilku lat eksperymentują z pionierskimi materiałami z rozmaitych odpadów, pleśni, owoców. U was w centrali zresztą sam widziałem tkaninę z rybich łusek…

…dokładniej to z wnętrzności. Cały czas ich poszukujemy, trochę też trafia do nas takich materiałów od dostawców. Ostatnio do swojej eko listy dodaliśmy soronę, częściowo pozyskaną z kukurydzy.

Dla nas ważne jest, by produkcja takich tkanin była na zaawansowanym poziomie i byśmy mogli zamówić sensowne jej ilości. Nie będziemy mieli mikro-kolekcji uszytych z materiałów, których produkcja jest śladowa, bo to zbyt kosztowne. 

Innym jednak się opłaca; choćby dlatego, że uczą się korzystania z takich surowców. 

Część firm, niekoniecznie z branży, działa na zasadzie inwestora i finansuje firmy tworzące nowe tkaniny. My na razie tego nie robimy, choć spotkałam się – na przykład – z dziewczynami ze start upu Bio2Materials, które pracują nad materiałami ze skórek jabłek, podpisałam z nimi coś w rodzaju listu intencyjnego i czekam, aż będą gotowe wyprodukować interesujące nas ilości. 

W większej skali jednak wolimy zainwestować w technologie odzysku tkanin z ubrań przez nas już wyprodukowanych.

Pełny recykling?

Tak. Pracujemy nad technologią, która byłaby w stanie rozkładać  ubrania do poziomu komponentów. Schodzimy zatem do poziomu monomerów, najmniejszej części surowca, by stworzyć materiał raz jeszcze. To pełny recykling, w którym nic nie traci wartości. 

Odzysk zasobów to duży problem, którym mało kto się zajmuje.  W przeciwieństwie do samych odpadów czy zbiórki używanej odzieży.

Wy też ją zbieracie. 

Tak, zaczęliśmy w ubiegłym roku, planujemy, że w ciągu czterech lat będzie można ją oddać w każdym z naszych sklepów.

Do tej pory zebrano jednak ledwie trzy tony, dużo mniej niż zmieściłoby się do jednego tira.

Klienci nie są jeszcze przyzwyczajeni. Nie rozdajemy też gratisów, bo byłoby to nakręcanie konsumpcji. Skalę zbiórki niepotrzebnych tekstyliów zwiększymy, gdy będziemy mieli możliwość ich przerobienia. Dziś nikt nie potrafi przecież przerobić, na przykład, mieszanki bawełny i poliestru.

To dlaczego z niej szyjecie?

Bo mało kto chce mieć ubrania z monolitycznych tkanin. Dodając elastan, masz inne możliwości układania się tkaniny, dlatego dziś moda mieszankami stoi. Oczywiście, cena też jest lepsza, ale te mieszanki powstały pierwotnie po to, by dżinsy przylegały, by T-shirty nie odstawały, tylko miały wcięcie i tak dalej.

To sprawia, że recykling dotyczy niewielkiego tylko procentu odzieży.

Dlatego sprzedaje się ją, dopóki ktoś chce ją kupić. Najpierw  trafia do second handów w krajach zamożnych, po tym do krajów biedniejszych, a na końcu ląduje na wysypisku, albo zostaje przerobione na paliwo.

Gdy byłam ostatnio na wysypisku śmieci w Gdańsku, by sprawdzić, co robią tam z ubraniami…

… wizyty w takich miejscach też należą do obowiązków ekspertki ds. zrównoważonego rozwoju?

Gdy wprowadzaliśmy segregację chciałam się nauczyć o niej wszystkiego. A skoro wiedzę i wskazówki miałam przekazać 2,5 tysiącom pracujących w LPP osób, to chciałam poznać problem od – nazwijmy to – podszewki.

I czego się dowiedziałaś?

Raczej utwierdziłam w przekonaniu, że lepsze ubrania można komuś oddać, gorsze dać na recykling, te do niczego już nie przydatne na downcykling – na wypełnienia, czyściwo czy szmatki. Cały problem polega jednak na znalezieniu dobrych partnerów, którzy będą to robić nie tylko w Polsce. Nie będziemy przecież wysyłać do Polski odpadów z drugiego końca Rosji.

A nie można po prostu sprzedać to firmom zajmującym się niepotrzebnymi tekstyliami zamiast dodawać sobie roboty?

Barierą są kwestie prawne. Gdybym chciała nie tyle nawet sprzedać, co oddać zebrane tekstylia do pośrednika, to musiałabym zarejestrować się jako firma zbierająca odpady, uzyskać rozmaite licencje, wpisy do rejestrów. 

Dlatego dziś prowadzimy w sklepach zbiórkę publiczną. Dostajemy ubrania za darmo i przekazujemy je charytatywnie.

Ta zbiórka pewnie jeszcze długo nie będzie imponująca, zważywszy, że nadal blisko jedna trzecia waszych sklepów jest zamknięta. Wobec nich też mieliście plany.

Sukcesywnie otwieramy w ostatnich tygodniach nasze nieczynne salony i jesteśmy właściwe na ostatniej prostej. A nasze plany się nie zmieniły – w ciągu pięciu lat przebudujemy sklepy, wszystkie nasze nowe biura czy magazyny będę certyfikowane, by mniej szkodziły środowisku. To ważne zwłaszcza, że działamy głównie w krajach, w których energia oparta jest o węgiel kamienny; im więcej jej zaoszczędzimy, tym mniej emisji trafi do atmosfery. 

Inna sprawa – posiadanie tysięcy sklepów tylko po to by je mieć, przestało być opłacalne. Kiedyś tak budowało się brand i to centra handlowe wybierały marki, a nie odwrotnie. Te czasy minęły. Rozpoznawalność tworzy dziś internet, a i prestiż buduje coś innego.

Co takiego?

Choćby zrównoważony rozwój. Mówi się, że on jest tożsamy z zarządzaniem ryzykiem, teraz jednak – w wyjątkowo ciężkich dla branży mody czasach pandemii – wychodzi na to, że etyczne podejście i transparentność po prostu się opłacają. 

Moje codzienne komentarze czytaj na Facebooku <KLIK>, a ładne rzeczy, ładne miejsca i ładne stories oglądaj na Instagramie <KLIK>. Partnerem wpisu jest Reserved.

2 Komentarze

  1. Jurek
    24 sierpnia 2020

    Bardzo ciekawe spojrzenie na sprawę. Ciężko z nim się nie zgodzić.

    Odpowiedz
  2. Kasia
    24 sierpnia 2020

    Reserved i sklepy siostry niech może zacznie od zatrudnienia kogoś kto potrafiłby dobrze skonstruować ubrania, które sprzedają wtedy pewnie cześć klientów dłużej nosiłaby ich ubrania. Ja z zasady do sklepów tego koncernu nie wchodzę i ostatnio przypomniałam sobie dlaczego. Kupiłam bluzkę Reserved online, która przyszła do sklepy stacjonarnego. Oczywiście ubranie skonstruowanie fatalnie, rękawy za krótkie, ciągnie w ramionach a rozmiar 34 bardziej przypominał 40. Ale nie tym, bluzka przyszła w bardzo dużym papierowym pudełku (takie ubrania np. Zara pakuje w kopertę), przy zwrocie w sklepie Pani towar przyjęła ale pudełka już nie… bo to już nie ich sprawa. Może warto jednak przyjmować te pudełka i ponownie je wykorzystywać a nie umywać ręce od wyprodukowanych przez siebie sieci. Te wszystkie zielone metki mało znaczą jeśli nie zaczyna się od podstaw.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz