Jak poznałem Pierre’a Cardina

Moda, Proponowane | 29 grudnia 2020 | 4 komentarze

Mieliśmy coraz bardziej dojmujące wrażenie propagandowej pokazówki. Szopki, w którą wierzy wyłącznie Cardin. Choć i dla niego niespecjalnie się starano.

Przyprowadzono go wczesnym popołudniem. Restauracja w nieczynnym dworcu kolejowym w Bonnieux, jak nam z dumą oświadczono, należała do niego. Podobnie jak i sam budynek. I kilkadziesiąt innych nieruchomości w okolicy, której Cardin był de facto właścicielem. Hotele, apartamenty, zamki, w tym jeden należący wcześniej do samego Markiza de Sade. Kawiarnie, butiki, sklepy z pamiątkami. 

Miał być jeszcze park golfowy z monumentalnymi rzeźbami współczesnymi wbitymi między dołki, dzięki którym gracze mieliby urozmaicenie, a pozostali turyści – całoroczną atrakcję. Ale nie powstał, bo grupa sześćdziesięciu miejscowych rolników, wyposażona tak w traktory, jak i widły – o czym w 2011 roku doniósł nawet „Wall Street Journal” – groziła, że Cardina nimi przegna, jeśli ten dalej będzie dewastował unikatowy krajobraz i charakter tej części Prowansji.

Do szantażu doszło tuż przed premierą kolejnej edycji festiwalu teatralnego imienia Pierre’a Cardina, odbywającego się w ruinach wspomnianego zamku. Pięć lat temu, kiedy poznałem projektanta, trudno było doszukać się klucza w programie wydarzenia. Był koncert piosenek włoskich, recital fortepianowy „Chopin: pragnienie miłości” oraz spektakl o Marlenie Dietrich, dla przykładu. Ten trzeci obejrzałem. Aktorska para nie udźwignęła pozbawionego scenariusza przedstawienia, podobnie jak nie udźwignął go scenograf, o ile w ogóle był jakiś. Biurko z lat 80. – nikt nie znalazł czasu, by chociaż zetrzeć z niego kurz – robiło za wnętrza art deco. Intelektualnie i wizualnie zatem nawet nie że gminny dom kultury, ile coś między „Trudnymi sprawami” a „Pocztówkami z wakacji” Polsatu.

Na widowni okoliczna ludność w sandałach i szortach powinna wcześniej dać mi, w smokingu i lakierkach, do myślenia o randze imprezy.

Mój artykuł o Cardinie dla Forbesa Life

Aktorka od Dietrich przyszła do restauracji tuż przed wywiadem. Razem ze mną przy stole czekało na mistrza jakichś dziesięcioro dziennikarzy z kilku krajów. Z Polski było nas dwoje. Rzuciła się na szyję nadchodzącemu Cardinowi i towarzyszyła nam bodaj do końca spotkania. Trwało może kwadrans, podczas którego kreator wspomniał o swojej znajomości z Dietrich i Gretą Garbo. Lubił obie, ale tylko ta pierwsza była inteligentna, powiedział. To zdanie, jedno z zaledwie kilku wypowiedzianych wtedy przez niego, trafiło do mojej relacji prasowej z wyjazdu.

-Ze mną zróbcie wywiad! – wdzięczyła się do nas aktorka. – To może coś zaśpiewamy? – spytał Cardina chłopak z długimi włosami i zaintonował „Volare”. Wszystko to w trakcie rozmowy z dziennikarzami, de facto konferencji. Zarówno artyści, jak i miejscowi menedżerowie i opiekunowie Cardina robili wiele, by nam ją uniemożliwić.

Menedżerka brandu Pierre Cardin z centrali w Niemczech, ewidentnie nieświadoma wcześniej sytuacji i obycia osób z otoczenia Cardina – inaczej pewnie na pomysł zaproszenia mediów do Prowansji nigdy by nie wpadła – była zdruzgotana. Słowacka dziennikarka, która przez cały poprzedni dzień i pół bieżącego dopracowywała swoje pytania („to moje pierwsze spotkanie ze światowej sławy projektantem”, ekscytowała się, nerwowo kreśląc coraz to nowe koncepcje zagadnień w notesie), wyraźnie pobladła. Ja też – na widok młodego szansonisty kładącego rękę na kolanie Cardina, przysuwającego się doń na naszych oczach coraz bliżej i obejmującego mistrza.

Szansonistę, który do Bonnieux zawitał tego ranka, przedstawiono mu i nam jako młodego artystę w samotnej podróży po Europie. Coś jakby wypadł z autostopu. A Cardin – o czym głośno zapewnił nas jeden z jego wielu menedżerów o demonicznej aparycji – kocha przecież artystów i chętnie ich wspiera. Zachęcił artystę, by ten przysunął się jeszcze bliżej Cardina. W obieg poszła karta kredytowa; nie wiedziałem jak to zinterpretować.

Sam Cardin sprawiał wrażenie nieświadomego tych zabiegów. Ani po prawdzie wielu rzeczy, które wokół niego się działy. Podeszły wiek, wówczas 93 lata, robił swoje. Uśmiechał się, był przyjacielski, już wtedy jednak trudno było mu składać zdania.

W końcu odciągnięto nas od stołu i zabrano na zwiedzanie pobliskiego Lacoste, gdzie odbywał się festiwal. Uczestniczyć w nim miały mijane przez nas galerie sztuki i sklepy, zapewniano nas, budując aurę strzelistego wydarzenia. Ale w owych przybytkach było pusto i smętnie. W miasteczku – martwo. Mieliśmy coraz bardziej dojmujące wrażenie propagandowej pokazówki. Szopki, w którą wierzy wyłącznie Cardin. Choć i dla niego niespecjalnie się starano.

Pierre Cardin na spotkaniu w 2015r.

Po spektaklu wróciliśmy do restauracji. Podano wino Maxim, należące do Cardina, podobnie jak i słynny paryski lokal i liczne jego filie. Oraz jak sygnowane jego nazwiskiem setki rozmaitych przedmiotów i utensyliów. Cardin, w latach 50. utalentowany krawiec u samego Christiana Diora, a później już prawdziwy wizjoner, jeden z ojców chrzestnych mody Space Age, za co go uwielbiałem i zresztą uwielbiam do dziś, szybko zaczął opatrywać swoim logo tak krawaty i prześcieradła, jak kaloryfery i puszki z konserwami rybnymi. Mówiono, że roztrwonił swoją markę. On zaś podkreślał, że nigdy nie sprzedał się żadnemu konsorcjum, żadnym funduszom, jak inne domy mody. I że wszystko – a swoją firmę wyceniał na miliard dolarów – należy do niego.

Flaszki z alkoholem ustawiono jak kompot na stołówce. Podano kolację. Dworcową; pewnie jak na lokalizację przystało. Niechybnie dlatego po butelki towarzystwo sięgnęło rychło. Dziesiątki, może i setki rozmaitych postaci – okolicznych mieszkańców, artystów, jakichś asystentów, menedżerów i pomocników Cardina o niejasnej z nim relacji i nieokreślonej nawet dla niego – jak odniosłem wrażenie – funkcji, korzystające z okazji, czerpiące z okoliczności.

Dekadencko pijane damy zaczęły pokładać się na stołach i przelewać przez krzesła. Panowie nie mniej mało trzeźwi – droczyć z nimi i ze sobą. Klimaty jak u Viscontiego. I jeszcze nagły pomysł, by wspólnie śpiewać, chwiejąc się na nogach, strącając talerze.

Klaustrofobicznie, duszno. W tym wszystkim my, zażenowani i przygnębieni tym cynicznym widowiskiem dziennikarze, na których – może i na szczęście – nie zwracano uwagi. Nierozumiejący, co tu robimy. Niedowierzający własnym oczom, chcący jak najszybciej stamtąd się wydostać. Zaserwowano nam cinkciarstwo, nie tylko mentalne. I autentyczny mrok. Oraz Pierre’a Cardina, kompletnie nieobecnego, traktowanego przez swoje otoczenie jak kukła.

Pierre Cardin (1922 – 2020)

O osiągnięciach i niezwykłym życiu Pierre’a Cardina przeczytacie w moim tekście z jesieni 2015r. TU.

Moje codzienne komentarze czytaj na Facebooku <KLIK>, a ładne rzeczy, ładne miejsca i ładne stories oglądaj na Instagramie <KLIK>. I NOWOŚĆ: podcasty do słuchania m.in. na YouTube <KLIK> i Spotify <KLIK>!

4 Komentarze

  1. Jacek Kłak
    29 grudnia 2020

    Współczuję takiego spotkania. Ja poznałem go 25 lat temu kiedy w pabianickiej Pabii szyto na jego licencji płaszcze głównie na Rosję pod metką PC. Już wtedy była to komercjalizacja marki bez kontroli poziomu choć poziom szycia w Pabii akurat był wysoki.Wzornictwo wyrywało się z ram i na pewno Cardin nie miał wiele wspólnego z tym co tam produkowano choć były to nadal projekty zespołu całkiem szacownych projektanów głównie z Łodzi. Nie zmienia to faktu ,że był rewolucją w modzie lat 60tych. Futurysta,który mnie fascynował jeszcze w latach 80tych.Geometryczne kapelusze pamiętam do dziś. I takim wolę go pamiętać i nie oceniam co zrobiło z tego jego otoczenie specjalistów od marketingu.Celem dla nich była kasa i monetyzacja marki na lewo i prawo -byle więcej. To zresztą się im udało czyniąc go jednym z bogatszych w przeciwieństwie do legend które bankrutowały na potęgę.

    Odpowiedz
    • michalzaczynski
      30 grudnia 2020

      Tak, pamiętam, że gdy pisałem kiedyś do Wprost tekst o nim, odnalazłem kilkadziesiąt polskich firm, w tym
      Pabię, w których zlecał on po 1989r produkcję. Wielu właścicieli mówiło mi, że wręcz uratował ich od bankructwa po zmianie systemu.

      Odpowiedz
  2. Visha Stubbs
    30 grudnia 2020

    Smutno sie czyta taka relacje ze spotkania. Przez ostatnie 20 lat mieszkalam w Emiratach gdzie PC kojarzyl sie w piekna moda prezenterek TV ( glownie w latach 70)

    i aktualnie, z wiecznie na 80% wprzedazy – tanimi, szytymi masowo w Syrii garniturami sprzedawanymi w np. Deira City Centre czy innymi „budget friendly” centrami handlowymi w UAE.

    Serce pęka bo podobne rzeczy wyrabia sie tutaj z licencją Gianfranco Ferré. Suknie koszmarki, czasem kopiowane „na zwyca” bo maja dostep do rzeczy z archiwum mistrza.
    Dobrze, ze nie do wszystkich. Wiekszosc jest pilnie strzezona w Mediolanie na via Tortona. Bylam tam kilka lat temu i bylo strasznie przyjemnie ogladac z mlodymi projektantami i studentami te wszystkie szkice Gianfranco, robione na np. papierowych serwetkach w restauracjach…

    Ech ten balans miedzy komercja, sukcesem finansowym, prawdziwa sztuka a sprzedaniem duszy diablu…

    Pozdrawiam serdecznie

    Odpowiedz
  3. Ewa
    15 stycznia 2021

    Zawsze przy takich osobowościach którzy osiągają sukces i robią coś na dużą skalę można coś zarzucić.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz