Plany na przeszłość

A ty gdzie widzisz siebie za dziesięć lat?!

Niczego ludzkość się nie uczy. Weźmy rozmowy rekrutacyjne. Skoro z wiadomych względów przeprowadzane są zdalnie, to siłą rzeczy trudno od potencjalnego pracownika oczekiwać konkretnego stroju. Przynajmniej od pasa w dół (tu dygresja: o ile to nie angaż na wysokie stanowisko gdzieś w banku czy kancelarii, nadal warto wyglądać skromnie, nie zakładać najlepszego zegarka czy kolczyków, bo zatrudniający może uznać nas za osoby zamożne, które szukają pracy dla kaprysu i nie będą jej szanować, jakkolwiek idiotycznie to brzmi).

Trudno też ocenić mowę ciała, bo widać jej tyle, co na ekranie. Czyli nie wszystko, a już na pewno nie to, co najciekawsze. 

No i sam timbre głosu, higiena osobista oraz inne przywary, które dla zatrudniającego mogłyby być wskazówką, nie sposób brać pod uwagę, bo bywają zniekształcone na łączach.

Wielu rekruterów zdaje się te nowe okoliczności zauważać. Niestety, w kwestii pytań nadal trwają przy swoich przyzwyczajeniach. Chodzi o te, które zwykle mają na celu onieśmielenie kandydata, a zatrudniającego kreują na bardziej przenikliwego niż jest on w rzeczywistości. 

Pół biedy z klasycznymi: „Ile krów jest w Kanadzie?”, „Dlaczego pokrywy do studzienek miejskich są okrągłe?”, „Ile piłek do koszykówki może zmieścić się w tym pokoju?” (wszystkie trzy oryginalne, z siedziby Google’a; tam też szukajcie odpowiedzi) oraz „jak rozwiązałbyś problem głodu na świecie?” (gdybyśmy wiedzieli, zawodowo z pewnością bylibyśmy w innymi miejscu, prawda?). 

Gorzej, jeśli pytają: „jakie są twoje największe wady”? Bo wtedy trzeba zmyślać coś o pracoholizmie i nadgorliwej dokładności, zamiast zachować godność i przyznać otwarcie, że lubi się czasem wyjść na lunch i już z niego nie wrócić, wpisać na lewo kilka nadgodzin, zapalić w toalecie i tego typu ludzkie sprawy z nieprzepracowywaniem się w pierwszej kolejności.

Inna sprawa: to już nie są lata 90., żeby rekrutujący epatowali nam takim kuglarstwem. Kiedyś na spotkaniu potencjalny szef rzucił mi: „masz pięć minut, by przekonać mnie, że zasługujesz na tę robotę”. – A to nie, dziękuję – rzekłem i wyszedłem.

Bo po pierwsze, wcale się o nią nie prosiłem, a po drugie, uznałem, że zasługuję na coś więcej niż tania socjotechnika.

Po latach trudno rozstrzygnąć, czy istotnie zasługiwałem; fakt jednak, że niedoszłego szefa aresztowano w końcu za siedmiocyfrowe manko w spółce. Jest zatem sprawiedliwość.

Najgorzej jednak, gdy triki rodem z rozmów o pracę przechwytują rozmaici znajomi. Albo i rodzina.

I czasem w prywatnej rozmowie padnie sakramentalne: „gdzie widzisz siebie za dziesięć lat?”. 

Znamy te numery. Chciałoby się odpowiedzieć po prostu: „żywym”. Bo za te dziesięć lat może nie być już świata, jeśli nadal będziemy gospodarować nim w tak bezmyślny sposób. Miło zatem by było w 2030 roku nadal chodzić po tym padole. Przy dziennych liczbach zakażeń i kolejnych hybrydach lockdownów jakoś mniej też marzy się o stanowiskach i tytułach, a bardziej o parceli pod lasem: bez zgiełku, bez spalin i bez ludzi. A przede wszystkim zaś – bez takich znajomych.

Niektórzy z nich sięgają jednak po bardziej wyrafinowane środki. Na przykład, po rozmaite wariacje kwestionariusza Prousta. To ankieta – u nas drukował ją kiedyś „Przekrój” – na wzór zabawy salonowej z końca XIX wieku, co samo brzmi – umówmy się – mocno retro. 

Rzekomo co najmniej dwukrotnie odpowiadał na nią francuski pisarz, stąd nazwa. I tak: spytają o najbardziej przereklamowaną ludzką zaletę (wymienilibyśmy gadatliwość, ale wówczas wiadomo, że chodziłoby o nich). Albo o to, jak chcielibyśmy umrzeć (no nie chcielibyśmy). 

Większość pytań, jak to w tego typu kotylionach bywa, znów wydaje się jednak zbyt trudna lub podchwytliwa, by sensownie naprędce na nie odpowiedzieć. 

Na przykład, z kim znanym i żyjącym chcielibyśmy zjeść kolację. Bo podskórnie czujemy,  że to kolejny test na nasz intelekt. I że trzeba się popisać jakimś nośnym nazwiskiem. 

Szczęśliwie jestem akurat po lekturze dziennika „Rok małpy” Patti Smith. Słynna rockmenka, po tym jak całkiem niedawno przejechała stopem pół Kalifornii i zameldowała się w podłym hoteliku pisze: „kiedyś marzyło mi się, by zamieszkać tu jako kompletnie nieznana autorka kryminałów (…). Ciuchy wyprane w umywalce wywiesiłam w kabinie prysznicowej, a potem złapałam kurtkę i wełnianą czapkę, żeby zrobić sobie szybki spacer plażą”.

No proszę, spacer, spokój, ręczna przepierka bielizny w zlewie. A mówimy o artystce – głosie pokolenia, której we Francji wpięto order za zasługi dla kultury, a w Stanach przyjęto do Rock n Roll Hall of Fame. I która w Sztokholmie odebrała Nobla za Boba Dylana. Czyli da się bez morałów, wielkich haseł i akcentowania własnej pozycji. 

Dlatego to najpewniej z nią zjadłbym kolację. „Parzyłabym kawę w blaszanym imbryku i pichciła jajka z fasolą”, dalej fantazjuje o pobycie w Kalifornii Smith. Taka więc to byłaby kolacja. 

Mimo że nie lubię fasoli, ta perspektywa wydaje mi się najlepsza. A Patti Smith – po prostu mądra. Zwolnijmy zatem, cieszmy się i zastanówmy, gdzie widzimy się teraz. I tacy zobaczmy się za dziesięć lat.

Felieton – oryginalnie pod tytułem „Teraz” – pochodzi z najnowszego wydania Fashion Magazine. Fot: Markus Winkler/ Unsplash

Moje codzienne komentarze czytaj na Facebooku <KLIK>, a ładne rzeczy, ładne miejsca i ładne stories oglądaj na Instagramie <KLIK>. I NOWOŚĆ: podcasty do słuchania m.in. na YouTube <KLIK> i Spotify <KLIK>!

2 Komentarze

  1. M.E.
    1 stycznia 2021

    Dziekuje , najzwyczajniej i prosto z serca. Patti Smith, uwielbiam. Po przeczytaniu kazdej z jej ksiazek, zamarzylam o kawie siedzac przy niej w przestrzeni , wypelnionej jej madroscia , a chwile pozniej pojawil sie Sam Shepard . Czas sie zatrzymal…..
    Zycze dobrego roku.

    Odpowiedz
    • michalzaczynski
      2 stycznia 2021

      Wzajemnie! Ja najbardziej lubię Pociąg linii M. I sugestywność opisów Nowego Jorku, do którego mnie nimi przenosi.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz