„Moda jest jak pole minowe”, mówię Karolinie Korwin Piotrowskiej w jej nowej książce „Reset”.

Moda, Występy gościnne, Wywiady | 28 stycznia 2021 | 3 komentarze

…dlatego siedzenie w tej branży jest fajne, kiedy jesteś przygłupem, który robi challenge’e modowe na Instagramie, ekscytuje się każdym trendem, pokazuje kolejne selfie z pokazów. Jeśli naprawdę zależy ci na przyszłości planety, nie możesz, moim zdaniem, na wszystko zamykać oczu.

Karolina Korwin Piotrowska: Ile można mieć torebek, butów, T­-shirtów i dżinsów?

Michał Zaczyński: Mnóstwo. Samych dżinsów Amerykanie kupują co najmniej jedną parę na kwartał.

To dużo.

Zwłaszcza że mówimy o jednym z najtrwalszych elementów garderoby. Dżinsy to nie jest produkt, który po trzech praniach zniszczy się jak tani sweterek. Ale wszyscy kupujemy za dużo: i biedni, i bogaci. W ogóle zanim zaczęła się pandemia, jakoś nadmiar ciuchów nam nie przeszkadzał, oby znalazło się tylko jakieś miejsce w szafie, a jak nawet nie, to dociskało się nogą i gotowe. A w pandemii nagle zauważyliśmy, jak dużo miejsca zajmują nam ciuchy.

Też zaczęłam sprzątać, znalazłam nowy sweter, jeszcze z metką, tony idiotycznych koszulek, jakieś głupie sukienki. Groza. Mam jedną szafę, ale są ludzie, którzy mają przepastne garderoby. Co oni znaleźli, kiedy je przeszukali? Czy można powiedzieć, że zaczęliśmy się z tymi rzeczami, z szafą w jakimś sensie zaprzyjaźniać?

Powiedziałbym, że przeciwnie, zaczęliśmy się kłócić z szafą. Ze złością zorientowaliśmy się, ile wpakowaliśmy pieniędzy w ciuchy. Zauważyliśmy też, ile z tych rzeczy jest brzydkich, jednosezonowych, o rozmiar za małych, bo mieliśmy nadzieję, że schudniemy. Może jednak rację mieli ci, którzy mówili, że mniej znaczy więcej, że trzeba inwestować w jakość.

Bo nagle się okazuje, że nosimy siedem rzeczy na krzyż, a cała ich masa wisi nienoszona, choć wydaliśmy na nie sporo naszych pieniędzy.

No i tych pieniędzy nie odzyskamy. Już dawno jako ludzkość przestaliśmy kupować wartościowe rzeczy. Kiedyś, gdy robiłaś remont mieszkania i kładłaś podłogę, to potem twoje wnuki po niej chodziły; łazienki wykładało się porządnym kamieniem; kiedy kupowało się zastawę do jadalni, to na pokolenia, a nie taką, której nie będzie żal w każdej chwili wyrzucić. Teraz co pięć, dziesięć lat wypruwamy całe mieszkanie, a co rok czy dwa kupujemy kolejne tanie rzeczy do jego urządzenia. Rzeczy jednorazowego użytku. Gdybyśmy podobnie jak nasi przodkowie zostali zmuszeni do nagłej ucieczki i do zabrania z domu kosztowności, to co dzisiaj mielibyśmy zabrać?

Kiedyś się miało futro, dywan perski, pierzynę albo biżuterię ze złota. A teraz mamy plakat z Ikei, skręcone meble i podłogę, która po pięciu latach wygląda dramatycznie.

Nie byłoby źle, gdyby lukę po drogich rzeczach, które kupowali nasi przodkowie, zapełniały nam wrażenia intelektualne, podróże, teatry, książki, choćby spotkania z przyjaciółmi, jakiś rozwój. Niestety zamiast tego kupujemy wszystkiego ponad miarę.

To się nazywa ekstremalny konsumpcjonizm XXI wieku. Według ekonomistów czeka nas kryzys gospodarczy, jakiego świat nie  widział od II wojny światowej. Ludzie mają mniej pieniędzy, inaczej kupują; w Polsce, według badań z ostatnich tygodni, zaczęli kupować jedzenie i środki czystości , a przestali kupować ubrania. Chętniej kupują też książki i gry planszowe.

Nie bez powodu właśnie sklepy odzieżowe były zamknięte, a nie spożywcze, prawda? Ubrania nie są towarem pierwszej potrzeby, my tak naprawdę w takiej ilości ich nie potrzebujemy.

To ciekawe, że mówisz to akurat ty, który w tym siedzisz. Moda to twoje życie, zbudowałeś na niej swoją pozycję.

Może właśnie dlatego widzę, jak to działa i ile jest warte. Ta wspaniała moda z pokazów, czasami nawet obecna u nas, to tylko maleńki wycinek rynku. W samym pojęciu „moda” znajdziesz też marki ze średniej półki, sieciówki, ale i miliony ton ubrań szytych dla dyskontów, hipermarketów, wszelkich sklepów typu Pepco, Tchibo. Ubrania są wszędzie. Dlatego powstały na przykład te niekończące się, widoczne z lotu ptaka farbiarnie gdzieś w Maroku, z wielkimi kadziami wypełnionymi toksynami, albo niewolnicze fabryki tanich tkanin w Chinach i szwalnie w Bangladeszu. O pewnym problemie mówiło się już od lat, ale dopiero kiedy ponad 190 organizacji charytatywnych wydało wspólne oświadczenie, że co piąte ubranie z bawełny sprzedawane na świecie mogło powstać w wyniku niewolniczej pracy Ujgurów, to pojawiła się reakcja.

Nie wiedziałam o tym…

Chiny są głównym producentem i eksporterem bawełny. Bodajże 84 procent  krajowej  produkcji  pochodzi  z  jednego regionu, Sinciangu, położonego przy granicy z Kazachstanem i Mongolią. Tam mieszkają Ujgurowie, muzułmanie. Zdaniem organizacji praw człowieka Chińczycy od lat realizują plan eksterminacji Ujgurów. Mówi się nawet o tysiącu regularnych obozów koncentracyjnych, w których osadzonych jest kilka milionów ludzi. Oficjalnie nazywa się je „obozami reedukacyjnymi” i tego sami Chińczycy się nie wypierają; przecież widać je na zdjęciach satelitarnych. Chińczycy mówią: tak, oczywiście mamy takie placówki, ale to są jednostki służące reedukacji ludzi, żeby pracowali, oni tam normalnie żyją. A tak naprawdę normą są tam tortury, gwałty i przede wszystkim niewolnicza praca przymusowa na każdym etapie procesu produkcyjnego – od sadzenia tej bawełny przez jej zbieranie po pracę w przędzalniach i szycie gotowych ubrań.

A nam się wmawia od lat, że bawełna jest ekologiczna i żeby kupować odzież szytą tylko z niej.

Nie jest ekologiczna. Pomyśl sobie, jedno miasto w Chinach, Xintang, zwane światową stolicą dżinsów, jest w stanie wyprodukować 800 tysięcy par dżinsowych spodni dziennie.

Jedno miasto! Pomyśl, jak ogromne ilości bawełny są do tego potrzebne. Kwestia bawełny powraca cyklicznie w atmosferze skandalu, bo prześledzenie łańcucha jej dostaw jest niemożliwe. Firmy nie mogą zagwarantować, że nie korzystały z niewolniczej pracy lub pracy dzieci, ponieważ cały system obrotu bawełną jest nietransparentny, oparty na wielu pośrednikach i firmach wzajemnie ją sobie odsprzedających. Odpowiedzialność się rozmywa i na koniec nie wiesz, skąd ją masz.

To bardzo wygodne.

Na tym polega problem całego przemysłu odzieżowego. Te firmy  po prostu nie wiedzą, czym handlują (…). Bo żeby mieć tę pewność, należałoby mieć własne plantacje, własne przędzalnie, własne fabryki. A wśród marek popularnych nie ma ich właściwie nikt. Do tego doprowadziła oczywiście chciwość. W latach 80. do Azji przeniósł się cały przemysł włókienniczy z Ameryki, a później z Europy, wszystko po to, żeby było taniej.

Wierzę, że te marki nie chcą wykorzystywać ludzi, tylko po pro- stu przyjęły wymyślone kilkadziesiąt lat temu, narzucone przez rynek reguły gry. Inaczej nie mogłyby być konkurencyjne, a my nie moglibyśmy kupować setek ubrań, tylko nosilibyśmy jeden płaszcz pięć czy dziesięć lat. Na szczęście sporo się zmienia. Jest na przykład Accord, koalicja, która powstała po  zawaleniu się Rana Plazy, największej w historii świata katastrofie budowlanej. Zawaliła się szwalnia, zginęło ponad 1100 osób, a w ruinach znaleziono metki sieciówek z całego świata. Te marki powołały Accord, który ma pilnować, by dbano o BHP w miejscach pracy – żeby była w nich właściwa wentylacja, żeby budowano na solidnych fundamentach,  w końcu, żeby porządnie i bezpiecznie instalowano tam elektryczność.

Rzeczywiście sytuacja radykalnie się poprawiła, ale nie tylko dlatego, że jest Accord, lecz najzwyczajniej w świecie nie opłaca się już szyć w rozpadających się budach bez wentylacji i prądu. To nie ma sensu i żadnej firmie nie opłaca się wizerunkowo.

Etyczność mody zyskuje na znaczeniu z powodu pandemii?

Na pewno bardzo liczy się teraz transparentność. I jest to zjawisko globalne. Jak komunikują się obecnie marki modowe? Nie robią sza- lonych sesji albo promocji czy eventów, tylko (…) chwalą się swoimi pracownikami. W najnowszej kampanii Gucciego modelami są pracownicy. W materiałach reklamowych możesz zobaczyć panią, która pracuje w dziale kosmetyków, pana, który robi tam akcesoria. Modelami stali się szeregowi pracownicy, rodzina, znajomi. W wielu sklepach internetowych, zwłaszcza w H&M, masz podane kody i adresy fabryk, gdzie uszyto konkretne ubrania. Ale to dopiero początek. Wiele jeszcze zostało do zrobienia.

Tylko pytanie, czy tam podawana jest prawda, czy nie jest to nowa ściemka, żeby przygasić emocje ludzi?

Myślę, że to jest atrakcyjne wizerunkowo i bardzo się tym firmom opłaca. Trzeba mieć nadzieję, że nie mijają się z prawdą. Nie jest tak, że możesz sobie wszystko napisać i powiedzieć. To nie wolna amerykanka. Podobnie z certyfikatami. Częstym problemem jest, by dostać certyfikowaną wełnę. Firm, które produkują zgodnie z wymogami tych certyfikatów, jest za mało, żeby kupić od nich większą ilość. Jeśli chcesz sprzedawać wełnę na większą skalę, to musisz sama sobie ustanowić te wszystkie zasady i audyty, a to wszystko jest kosztowne.

Ostatnio oglądałam filmiki pokazujące, jak brutalnie pozyskiwana jest wełna z merynosów, i muszę przyznać, że byłam w szoku.

Jeśli dbasz o dobro zwierząt, nie powinnaś mieć wełny na przykład z Australii, bo tam torturuje się zwierzęta – mulesing to niezwykle bolesny zabieg polegający na usunięciu płatów skóry z wełną u owcy w okolicach odbytu i dróg rodnych, który ma zapobiec wystąpieniu u niej infekcji pasożytniczej.

Moda jest jak pole minowe, dlatego siedzenie w tej branży jest fajne, kiedy jesteś przygłupem, który robi challenge’e modowe na Instagramie, ekscytuje się każdym trendem, pokazuje kolejne selfie z pokazów. Jeśli naprawdę zależy ci na przyszłości planety, nie możesz, moim zdaniem, zamykać oczu na wszystko. Mnie na przykład dziwi, że takie postaci jak Suzy Menkes, legendarna krytyczka mody, słowem się nie zająkną o naturalnych futrach, okrucieństwie wobec zwierząt. Przymykają na to oko. W imię czego?

Powyższy, skrócony fragment pochodzi z rozmowy „E(ste)tyka naszych czasów”. Karolina Korwin Piotrowska: „Reset. Świat na nowo”. Wydawnictwo Mando. Kraków 2021r.

Moje codzienne komentarze czytaj na Facebooku <KLIK>, a ładne rzeczy, ładne miejsca i ładne stories oglądaj na Instagramie <KLIK>. I NOWOŚĆ: podcasty do słuchania m.in. na YouTube <KLIK> i Spotify <KLIK>!

3 Komentarze

  1. TakNie
    1 lutego 2021

    Szanowny Panie,
    Bardzo lubię Pana teksty i stale je czytam. Są przenikliwe i świetnie napisane. Ten wywiad wydaje mi się jednak nieprawdziwy i szkodliwy. Naprawdę nóż mi się w kieszeni otwiera kiedy czytam komentarz Pani Piotrowskiej „zaczęłam sprzątać, znalazłam nowy sweter, jeszcze z metką, tony idiotycznych koszulek, jakieś głupie sukienki. Groza. Mam jedną szafę, ale są ludzie, którzy mają przepastne garderoby. Co oni znaleźli, kiedy je przeszukali? Czy można powiedzieć, że zaczęliśmy się z tymi rzeczami, z szafą w jakimś sensie zaprzyjaźniać?” I Pana odpowiedź.
    „Powiedziałbym, że przeciwnie, zaczęliśmy się kłócić z szafą. Ze złością zorientowaliśmy się, ile wpakowaliśmy pieniędzy w ciuchy. Zauważyliśmy też, ile z tych rzeczy jest brzydkich, jednosezonowych, o rozmiar za małych, bo mieliśmy nadzieję, że schudniemy. Może jednak rację mieli ci, którzy mówili, że mniej znaczy więcej, że trzeba inwestować w jakość” No cudownie. Tylko jak to ma się do rzeczywistości, przynajmniej tej z mojej bańki i jak sądzę większości Polaków , której zarobki nie przekraczają mediany płac (dziś ok. 3 tys. netto). Tony koszulek, głupich sukienek i swetry długo leżące w szafie jeszcze z metką. No nie, większość ludzi o mało imponujących zarobkach tak nie robi. Kupują w sieciówkach, bo na droższe sklepy i na odzież wyższej jakości ich po prostu nie stać.I te tylko, które są im potrzebne, bo mają po prostu pilniejsze wydatki. I nie jest tak, że ubrania z drogich materiałów są trwalsze. Nie, sweter kaszmiru z drogiego sklepu zniszczy się tak samo szybko jak sweter z poliestru (choć stawiałabym na to, że ten drugi będzie jednak trwalszy, choć brzydszy). Wiem to z własnego doświadczenia, bo sama długo uważałam, że lepiej inwestować w jakość niż w ilość. Kupowałam więc dobrej jakości ciuchy drogich marek, które fajnie wyglądały ale zniszczyły się tak samo szybko jak te tanie. I choć robiłam to rzadko, zostawałam z dziurą w portfelu.
    Kiedy zeszłego lata prosiłam znajomych o polecenie malarza, który pomalowałby mi mieszkania okazało się, że nikt takiego nie zna. Po prostu każdy wykonuje tę pracę samodzielnie. Czy sądzi Pan, że ludzie, których nie stać na wynajęcie malarza pokojowego kolekcjonują dziesiątki koszulek i sukienek, których nigdy nie założą? Jakiej części społeczeństwa dotyczy treść wywiadu z Panem? Czy z badań, które zapewne Pan zna, wynika jaka część społeczeństwa korzysta z tej rozpasanej konsumpcji? Bo z tekstu wynika, że wszyscy tak robimy. I wszyscy mamy w mieszkaniach przepastne szafy pełne niepotrzebnych ubrań. Tylko gdzie te wielkie szafy stoją skoro metraże polskich mieszkań są tak niewielkie, a zagęszczenie jedne z najwyższych w Europie?
    Ten wywiad trąci klasizmem. Jestem rozczarowana.
    TakNIe

    Odpowiedz
  2. michalzaczynski
    1 lutego 2021

    Szanowna Pani;
    akurat tej jesieni wraz z przyjaciółmi malowałem swoje mieszkanie; też nie poleciłbym Pani nikogo. Nie ma więc symetrii między rozeznaniem w rynku tego typu usług/ chęcią płacenia malarzowi, a zawartością szafy.
    Tak samo kaszmir na pewno nie należy do najtrwalszych. Nie musi być też wyznacznikiem jakości, bo różne kaszmiry są na rynku. Klasizm? Możliwe; pewnie powinienem być czujniejszy i zastrzegać, że uogólniam; tu ma Pani rację. Każdy z nas poniekąd opowiada o własnych doświadczeniach. Nie da się jednak uniknąć generalizowania; to jak z jedzeniem: są rodziny korzystające z banków żywności, co nie zmienia faktu, że statystycznie Polak wyrzuca rocznie 250 kilogramów jedzenia; w dodatku – o 75 kg więcej niż przeciętny Europejczyk. Tak samo badania Accenture pokazują, że przeciętny Polak nie nosi 1/5 tego co ma w szafie. Bodaj co 12 z nas pali ubrania w piecu. Itd. Pozdrowienia. M

    Odpowiedz
  3. M.E.
    5 lutego 2021

    Panie Michale, nie uwazam, ze wywiad „traci klasizmem”. Do mnie ( jesli chodzi o ubrania ) i nie tylko od zawsze przemawiala tzw. historia stojaca za. Wierze , w dobra i wiarygodna opowiesc: jak zostalo wykonane, z czego ? gdzie ?oraz kto wykonal?. Choc uwazam , ze skrajne aktywnosci typu: rozpasanie w wydawaniu pieniedzy na ubrania dlatego, ze moge , jak i w druga strone bez zastanowienia , bo tanie jest w dzisiajszych czasach gleboko nieetyczne. Jesli zas chodzi o sieciowki, to ubrania sa wykonane bardzo zle, w wiekszosci z bardzo zlej jakosci materialow. Obnazanie jawnosci certyfikatami nie jest przekonujace. Choc niektore marki z tzw. wyzszej polki ( z szacunku nie wymienie) rowniez pozostawiaja wiele do zyczenia, poniewaz jedyne co sie liczy to zysk. Daleka jestem od oceniania kto? gdzie ? i za ile kupuje. Swiat stoi na glowie doslownie, rozprawianie o ubraniach dla wielu jest tematem bardzo trywialnym. Z drugiej zas strony czyz nie sprawia nam przyjemnosci noszenie czegos wspanialego w dotyku, dobrej jakosci i wykonanego rzetelnie. (Ja osobiscie uwielbiam to uczucie). Nie uwazam, aby sie wiele zmienilo jesli chodzi o napominanie o „kupowaniu mniej , na rzecz lepiej”. Pozdrawiam serdecznie

    Odpowiedz

Dodaj komentarz