Jaka nazwa, taki serial. Recenzja „I tak po prostu”, kontynuacji „Seksu w wielkim mieście”.

Dialogi zbliżają się tu do polsatowskiego moralitetu „Trudne sprawy”. A jak z modą?

Pamiętam, jak niektóre moje koleżanki bardzo chciały zostać Carrie Bradshaw. Lub którąś z pozostałych bohaterek „Seksu w wielkim mieście”. Prawie nimi były!

Takie zwariowane na punkcie mody. Takie szalone na mieście, choć nie było jeszcze Starbucksa, by trzymać jego kubek na ulicy i udawać w Warszawie Nowy Jork. Takie całe z Cosmopolitana, bo nie było jeszcze polskiego Vogue’a. Po prawdzie to i samej mody było niewiele; przynajmniej tej drogiej, jak obecnie z Moliera czy Vitkaca.

Mimo to, wzorem swoich idolek, uganiały się za szpilkami i narzekały na facetów.

Do dziś zostało im tylko to drugie. Zwłaszcza tym, które nadal pracują w mediach, gdzie płaci się ułamek tego, co kiedyś, w dodatku na śmieciówkach, i których na kosztowne szpilki już nie stać.

Ale coś mi mówi, że nawet one nie chciałyby być Carrie ani żadną z jej kompanek. Przynajmniej sądząc po pierwszym odcinku kontynuacji „Seksu…”, nazwanej „I tak po prostu”.

Jaka nazwa, taki serial.

Wciągająca jak „Bez nazwy” czy „Bez tytułu”, uważane niegdyś za przewrotne i patronujące galeriom sztuki czy kółkom teatralnym. I tak samo retro.

Mamy 2021r., a bohaterki czynią sobie uwagi z powodu siwych czy też srebrnych włosów, mocno przecież dziś na czasie. Dywagują, czy wypada jeść frytki, z czego uczyniono motyw przewodni jakichś dziesięciu głupawych minut, choć podejście do kulinariów i diet jest dziś diametralnie inne. Drugie dziesięć to quasirasistowska błazenada jednej z bohaterek, Mirandy, dotycząca wyglądu kobiety prowadzącej kurs, na który owa Miranda się zapisała. Naprawdę miała jakieś dwie dekady, by przyzwyczaić się, że pewnych uwag się już nie wygłasza, pewnych słów nie używa, że tożsamość jest kwestią kluczową i każdy może być tym, kim chce, że Black Lives Matter i tak dalej, i tak dalej. Trzecie dziesięć minut zaś to śmiechy o masturbacji. Tyle właśnie zostało z „Seksu…”. I seksu.

I pomyśleć, że to dorosłe kobiety. 

Nie żebym był fanem pierwowzoru, pewnie też i nie adresatem. Ale pamiętam w tym serialu jakiś nerw i dryg.

Tu tymczasem dialogi zbliżają się do polsatowskiego moralitetu „Trudne sprawy”.

„Seks w wielkim mieście” był też pokoleniową „Dynastią”. W latach 90. łakomym okiem zerkano na brylanty i futra rozważnej Krystle, w latach ’00 – na czółenka od Jimmy’ego Choo (czy Manola Blahnika) wyzwolonej Carrie. I jeden, i drugi serial nazwałbym aspiracyjnym. W „I tak po prostu” jednak nawet nie ma mody.

Jakieś podomki, spuchnięte od niewygodnych butów nogi, krzywo założony pasek, czapka z piórkiem jak z Tyrolu. Kto tak teraz chodzi? I kto w ogóle chciałby? Jakaś brzydka, monstrualna biżuteria, jakiś konserwatywny żakiet i spódnica złej długości; więcej mody i szaleństwa miały w sobie komplety Angeli Merkel. Szpetne torebki.

Amerykański InStyle wybrał jego zdaniem „najlepsze kostiumy odcinka”, sami zobaczcie. Widać, że nie robiła ich kultowa Patricia Field. Nawet sukienka Oscara de la Renty wygląda jak z zaliczeń pierwszego semestru szkół projektowania.

Albo gej w połyskującej niebieskiej koszuli i czarnej marynarce. Jeśli już nawet geje nie znają się w tym serialu na modzie, to nie ma dla nas, ani dla niego nadziei.

Tyle po jednym odcinku; na resztę, obawiam się, braknie mi sił.

Chyba że…

-Mogę prosić o kieliszek chablis? – pyta w jedynej w miarę zabawnej scenie Miranda.

-Otwieramy o 11. – odpowiada barman.

-Gdzieś na pewno już wybiła – nie daje za wygraną bohaterka serialu. Istotnie, na trzeźwo się nie da.

„I tak po prostu”, 10 odcinków, HBO GO, premiera 9 grudnia 2021r. Zdjęcia: materiały prasowe.

Moje komentarze czytaj na Facebooku <KLIK>, ładne rzeczy, ładne miejsca i ładne stories oglądaj na Instagramie <KLIK>, a podcastów słuchaj m.in. na Apple, Google Podcasts, YouTube <KLIK> i Spotify <KLIK>.

Dodaj komentarz