„Zastrzegam, że mogę nie zapłacić”. PR i marketing mody po polsku.

„Hej, tu Kacha, dostałam do Ciebie namiar od Zyty Pyzy. Powiedziała mi, że będziesz najlepszym miejscem, by u ciebie zrobić premierę mojej kolekcji. Daj znać, kiedy ją opublikujesz”, napisała do mnie projektantka. Taka przebojowa!

Ale po pierwsze: who the f**k is Zyta Pyza?

Pachnie mi to metodą na wnuczka – że z zaskoczenia, że nie załapię, kim owa Pyza jest i będzie mi głupio. Nie chcąc się przyznać, że nie wiem o kogo chodzi, odpowiem: a tak, pamiętam, piłem z Zytą w 2009 roku na fashion weeku w Łodzi.

Po drugie, co znaczy, że jestem miejscem (tj. mój blog, jak się domyślam) najlepszym na publikację? O takim podlizywaniu się nagrałem co najmniej dwa odcinki podcastu w pierwszym sezonie. Nie działa na to mnie. Podlizucha, bo podcast i owszem: słuchajcie TU.

Po trzecie: dzionek jeszcze nie minął, słonko nie powie co widziało, bo niewiele w sumie widziało, a już dostaję wiadomości od znajomych z branży: “kim jest Zyta Pyza?”.

Bo sprytna pani projektantka wysłała takie mejle także do nich. Nie jestem zatem jedynym “idealnym” do pokazania jej twórczości. 

Nie wiem, czy to takie inteligentne na miejscu projektantki, z góry przyznawać się, że nie zna się istotnych w środowisku mody nazwisk i powoływać na innych. 

Może więc mały apel do pani Pyzy:

Pani Pyzo, jeśli pani to czyta, niech pani się skontaktuje z koleżanką, która panią kompromituje i powie jej, by się ogarnęła.

I by dowiedziała się, kto w naszym światku jest kim, zamiast robić pani siarę na mieście? Bo takie “dostałam do ciebie namiary od…” brzmi jak “witam, namiar do pani dała mi sąsiadka, czy ma pani jeszcze stolik do sprzedania czy już poszedł na OLX?”.

Ostatnio moja znajoma, która na PR mody zęby zjadła, otrzymała propozycję pracy z jedną z dużych marek, marzących o wejściu na rynki zagraniczne. Znajoma miałaby być odpowiedzialna także za marketing, pozycjonowanie, wizerunek. Na pierwszym spotkaniu w siedzibie firmy właściciele zażyczyli sobie, by zrobiła im kawę. Dwie kawki, konkretnie. – Białą i espresso prosimy – rzekli. Albo i bez “prosimy”.

“Ciesz się że ci szmaty nie dali, byś przy okazji przeleciała nią w biurze po podłodze”, pocieszyłem ją.

Biedaczka, prawie im tę kawę zrobiła. Otrzeźwiała dopiero, gdy usłyszała, że “wezmą ją na próbę na trzy miesiące i jeśli się sprawdzi, to pomyślą o stałej współpracy”.

Czyli z cwanego na nasze: dostanie umowę i jej zapłacą. 

Jedna z najbardziej profesjonalnych osób w tej branży z wieloletnim doświadczeniem została tym samym potraktowana jak praktykantka.

Powiecie: „może właściciele firmy są przezorni i woleli się zabezpieczyć? W końcu mogą jej – owej profesjonalistki – nie znać”.

Otóż nie. Nie mogą jej nie znać. Kilka klików w Google pokazuje, kim ona jest. A jeśli jej nie znają – tym gorzej dla nich.

Ale czy oni naprawdę kładą na szali swoją firmę i jej pracowników, wybierając nieznaną im osobę, która ma kreować ich wizerunek i odpowiadać za tak ważne rzeczy w firmie?

Nie. Im chodzi tylko o to, by nie dać umowy. I nie zapłacić.

Chcecie poznać i inne, kto wie, czy nie mocniejsze historie? Zapraszam na drugi odcinek Akademii PR i marketingu (nie tylko) mody na moim podcaście:

Ps. nazwisko Zyty Pyzy zostało zmienione. Zdjęcie: Campaign Creators/ Unsplash.

Moje komentarze czytaj na Facebooku <KLIK>, ładne rzeczy, ładne miejsca i ładne stories oglądaj na Instagramie <KLIK>, a podcastów słuchaj m.in. na Apple, Google Podcasts, YouTube <KLIK> i Spotify <KLIK>.

Tagi:

Dodaj komentarz