Co dalej? Moda po koronawirusie cz. 3. Jak będziemy ją promować, gdzie oglądać? Czy influenserzy stracą czy zyskają? Gdzie szukać pomocy finansowej i prawnej?

Moda | 22 kwietnia 2020 | 18 komentarzy

-Wziąłem zapas xanaxu – mówi mi projektant, od wielu lat na rynku. – Pogodziłam się z tym, że zamknę markę – oświadcza mi dobrze prosperująca projektantka. I on, i ona – znani, cenieni.

Sporo mówi się o influenserach. Ponoć teraz pozorność ich świata, blichtr i fałsz wreszcie ujrzą światło dzienne. I ponoć nas to otrzeźwi. A fakt, że niewiele sobą reprezentują pozbawi je zarówno sympatii followersów, jak i odetnie od budżetów sponsorujących ich firm. Nie sądzę.

Po pierwsze, spora część fanów influenserów w jakimś sensie gardziła nimi od samego początku. Widziała ich sztuczność i zachłanność, jednocześnie jednak śledziła, oglądała, podziwiała i zazdrościła. I nabijała statystyki. Wirus nic tu nie zmieni, może z wyjątkiem nielicznych influenserów udających, że pandemia na ich idealne życie nie wpłynęła. Owe udawanie zostanie odczytane jako arogancja i wywyższanie się. Takich influenserów jest jednak niewielu; ostatecznie sami zatrudniają przecież speców od wizerunku, którzy na głupie zagrania im nie pozwolą.

Po drugie zaś, przeceniamy – przynajmniej w Polsce – profesjonalizm marketingowców owych firm i wszystkich decydujących o budżetach firm i marek. Wielu z nich było najzwyczajniej w świecie leniwych. Znali z Pudelka czy Plotka nazwiska kilku blogerek czy celebrytów i to na nich opierali strategie, kampanie produktów i wizerunek marki. Nigdy nie chciało im się poszukać czegoś głębiej, znaleźć kogoś bardziej interesującego i mniej ogranego, przez co tych samych kilka nazwisk mielonych było bez ustanku w mediach, w sieci, w śniadaniówkach. Pandemia niewiele tu zmieni. A jeśli już to tylko na korzyść influenserów, choć na pewno nie dostaną honorariów, do których zostali przyzwyczajeni.

Tym bardziej, że modowe media dołują, także na własne życzenie. Ignorują rzeczywistość, zajmują się sobą i wspieraniem swoich.

Spróbujcie przeczytać bez zażenowania o najgorętszych sandałkach sezonu lub – dla odmiany – o transgenderowych stylistach z Kamerunu. Przecież to absurd. Polskie media zatem, z nielicznymi wyjątkami, często piszą o wszystkim, tylko nie o tym, co naprawdę jest dziś ważne.

Równie dobrze mogłyby ograniczyć się do quizów „Sprawdź jaką pizzą jesteś”.

Dlatego influenserzy przejmą także ich kawałek tortu. Będą podstawowym nośnikiem reklam i promocji. Nadzieja tylko taka, że jego okruchy trafią do niszowych, niezależnych mediów i do wartościowych mikroinfluenserów, których nigdzie, także w Polsce, nie brakuje.

Jak poza tym będziemy promować modę? Na pewno nie pokazami. Odwołano je, jak paryskie haute couture, albo ograniczono do wersji online, jak londyński tydzień mody męskiej, i połączono z damską. Wiele wskazuje, że do końca roku zgromadzenia powyżej 50 osób będą zakazane, stąd o fashion weekach, ale i polskich pokazach w dotychczasowej formie możemy na razie zapomnieć. Choć umówmy się: były kosztowne, a sponsorzy od kilku sezonów do sypnięcia groszem już się nie rwali. Teraz nie porwą się tym bardziej. Pokazy zazwyczaj słały komunikat: tu jest wielki świat, do którego nie należysz. Możesz co najwyżej popatrzeć nań przez szybkę. Teraz tym światem będzie szybka.

I trudno nawet ocenić, czy dziś nam tego żal. Ta wyniosłość i niedostępność, cechująca zresztą całą branżę luksusu, w obecnych czasach i tak byłaby nie do zniesienia. Wszystko przejdzie do sieci, możliwe, że w takiej oprawie jak zrobił to niedawno Maciej Zień na instagramowym livie, łącząc z Agnieszką Grochowską czy Adą Fijał, prezentującymi jego sukienki z nowej kolekcji w domowym anturażu. Chałupniczo, spontanicznie, bez nadęcia i zabawnie. Czy po wynalezieniu szczepionki pokazy wrócą na swoje dawne tory? Nie sądzę. Sama Anna Wintour nawoływała do „całkowitego resetu” starego myślenia o promocji mody i fashion weekach. Choć, oczywiście, w innej formie pokazy nadal będą urządzane. To przecież ukoronowanie wielomiesięcznej pracy projektanta i jego zespołu.

Sprzedaż przez internet stanie się koniecznością. Że banał? Cóż, nadal istnieją marki  – od Chanel po Primark – które nie sprzedają ubrań w sieci. W Polsce – zachowując proporcje – zaniedbało go wielu projektantów i właścicieli butików. Teraz na gwałt stawiają e-sklep na Shoperze, Shopify (jak? Zobacz TU) oraz na polskojęzycznym Shoplo (TU). I słusznie, choć coś późno.

Inna sprawa – wiele znanych nazwisk nigdy nie dorobiło się ani porządnej strony online, ani skrojonej pod nią oferty. Zagadką jest, jakim cudem kreator, któremu co roku udawało się organizować sponsorów na spektakularny spektakl mody (bo pokaz to mało powiedziane), oferuje w swoim e-sklepie dresy czy kurtki sprzed pięciu lat, tj. dziesięciu sezonów.

Koronawirus może wreszcie sprawi, że młode marki znajdą czas i ich e-sklepy będą profesjonalne, z poprawnymi językowo treściami i bez rażących błędów w tłumaczeniach na angielski. I bez Lorem ipsum.

Przenosiny handlu do sieci nie są jednak efektem koronawirusa; ten proces zaczął się dużo wcześniej. Przykładem wymieranie deptaków handlowych (czyli high streets) w Wielkiej Brytanii i upadek tamtejszych domów towarowych oraz katastrofa w tradycyjnym handlu w USA.

„Apartamenty na wynajem, stacja dializ, a może kościół? Tak centra handlowe w Ameryce bronią się przed wyburzeniem. W ciągu pięciu lat padnie tam nawet co czwarty z nich”, pisałem w „Logo” już trzy lata temu. Eksperci przewidywali, że do 2022 roku zamknięte zostanie nawet co czwarte centrum handlowe w USA; teraz pewnie zamknie się ich znacznie więcej. W ciągu piętnastu lat też same tylko domy towarowe zwolniły tam ok. 450 tysięcy pracowników; i tylko w 2017 roku liczba zamknięć sklepów miała być wyższa niż podczas Wielkiego Kryzysu pod koniec lat 20. XX wieku. A wiemy już, że to 2020 będzie najtrudniejszym rokiem dla tradycyjnego handlu od dekad; może od II wojny światowej.

H&M ku uciesze wielu ponownie otworzył w Polsce wszystkie swoje sklepy przy handlowych ulicach miast. Ile? Cztery. Pozostałych około dwieście znajduje się w centrach handlowych, więc nadal muszą być zamknięte.

Czy wrócimy do sklepów stacjonarnych? Oczywiście. Każdy bowiem chce wyjść z domu. W dłuższej jednak perspektywie (a każdy kolejny miesiąc to coraz agresywniejsza i chyba skuteczniejsza sprzedaż online) wiele zależy od pokolenia Z. Według badań Accenture ono bardziej niż jego poprzednicy ceni kontakt bezpośredni i doświadczenie, jakie oferuje im tradycyjny handel. Chcą rozmawiać, poznawać, dotykać, przymierzać. Z tej ostatniej czynności na pewien czas zrezygnują, ale jeśli pozostaną przy swoich oczekiwaniach, wymyślone na nowo sklepy przyciągną klientów.

Z raportu Klarny, systemu płatności, przygotowanego na podstawie danych z rynku brytyjskiego można się dowiedzieć, że:

gdy minie przymusowa izolacja i salony znów się otworzą, klienci będą oczekiwać „radosnego doświadczenia”, tj. zakupów w przyjemnej atmosferze; co trzeci z nich będzie gotów w takich sklepach wydać więcej.

40 proc. jest wiernych swoim kilku ulubionym markom, ale niemal każdy z nich kupi produkt gdzie indziej, gdy tylko mu się spodoba.

co trzeci klient oczekuje „inteligentnych albo zabawnych” reklam: to one sprawią, że odwiedzi sklep stacjonarny bądź online. Woli to od personalizowanego marketingu; nie cierpi go nawet co drugi badany.

Pytanie, kto będzie w nich sprzedawał i czy za większe stawki? Tu niestety bez zmian. Ponoć do tej pory mieliśmy rynek pracownika, teraz będzie to rynek pracodawcy. Ciekawe, bo w siecówkach nigdy to tak nie działało. Praca w ich sklepach zawsze była niewdzięczna i kiepsko opłacana.

Przerażone ekonomicznymi skutkami pandemii największe polskie marki zawiązały Związek Polskich Pracodawców Handlu i Usług, by obronić polską przedsiębiorczość. Zaczęły i niemal skończyły na sobie samych. Zażądały od władz możliwości łatwiejszego zwalniania pracowników, obniżenia im pensji, wprowadzenia 12-miesięcznego okresu rozliczeniowego czasu pracy i innych przepisów niekorzystnych w pracowników. Dopiero w przypadku niespełnienia powyższych postulatów przez rząd, firmy owe chciały, by to on pokrył koszty wynagrodzeń ich pracowników oraz pokrył chorobowe, odłożył naliczanie składek dla ZUS itd. A przecież od tego powinni byli zacząć.

Tym samym przypomnieli nam, że za nasze tanie zakupy płaci nie tylko szwaczka w Azji, ale i sprzedawcy w ich polskich sklepach, dla których trzy tysiące złotych netto są pensją – marzeniem.

Pomoc państwa to jednak ciężki temat. „Jedyne na co możemy liczyć to zwolnienie z połowy ZUS-u, co w moim przypadku oznacza, że nadal mam do zapłacenia ponad 20 tys. zł. Tylko skąd, skoro sklepy są zamknięte? W kwietniu przeniosłam ponad 20 pracowników na pół etatu, zrobiłam przecenę WSZYSTKIEGO online o 50 proc., wymyśliłam śmieszne maseczki które sprzedaję z darmową dostawą kosztującą mnie 11 zł, więc jak się domyślasz nie jest to szalony zarobek. Przedsiębiorcy powyżej 9 pracowników nie dostali żadnego wsparcia”, napisała mi właścicielka niedużej, ale znanej firmy.

Nie ona jedyna, bo dostaję dziesiątki takich sms-ów czy mejli.

-Wziąłem zapas xanaxu – mówi mi projektant, od wielu lat na rynku. – Pogodziłam się z tym, że zamknę markę – oświadcza dobrze prosperująca projektantka. I on, i ona – znani, cenieni.

Pracownicy Makalu napisali nawet list otwarty do premiera i prezydenta z prośbą o pomoc. „Dla takich firm jak nasza nie ma propozycji pomocy ze strony rządu. A bez zwolnienia z płacenia składek do ZUS-u i podatków nie damy rady się utrzymać”.

Przez ostatnie lata pieniądze jednak państwo po prostu rozdało. Rozeszło się na 500 plus, które regularnie pobierają zarówno potrzebujący jak i milionerzy, na dodatkowe emerytury, na Rydzyka i dla swoich.

Skoro rządzący lekką ręką (tj. środkowym palcem posłanki Lichockiej) wydali dwa mld złotych na propagandową TVP i inne publiczne media, ignorując chorych na raka, tym bardziej nie należy się spodziewać, że pochylą się teraz nad młodymi projektantami, rzemieślnikami, markami. 

Ba, nasz rząd nie zorganizował Polakom ani jednego darmowego lotu, choć Unia refundowała 75 proc. kosztów i nadal prze ku wyborom (więcej napisałem o tym kilka dni temu TU, w Fashion Post, przeczytajcie, bo to ważne), szukać pomocy można jednak TU, na stronach rządowych.

Szukajcie jej także w ratuszach waszych miast czy urzędach gmin. Co można uzyskać? Zobacz na przykładzie Łodzi.

Może uda się coś wyciągnąć też z funduszy unijnych (bezpośrednia strona: TU), a jak to działa przeczytacie TU.

Przepisy ciągle się zmieniają. Zrozumieć je, a nawet czegokolwiek się dowiedzieć nie sposób. Dlatego czytajcie wiarygodne media; to nie jest czas na pseudoportale promowane przez niemądrych znajomych na Facebooku.

Sporo znajdziecie TU, w „Rzeczpospolitej”; przeglądajcie branżowe media, na przykład TE, swój serwis pomocowy wraz z prawnikami z kancelarii Gide Loyrette Nouel, Greenberg Traurig, PwC, Rymarz Zdort oraz Sołtysiński Kawecki & Szlęzak udostępniła też „Wyborcza” – piszcie na: listy@wyborcza.pl.

A poza tym myślmy o zmianie, która byłaby korzystna dla wszystkich. Trzeba zastanowić się, czy jedynym sposobem na wyjście z kryzysu jest powrót do stanu poprzedniego? Fabryki, szwalnie, producenci i dostawcy w Bangladeszu, Indiach, ale i w Polsce zbankrutują, gdy nie będą miały nowych zamówień, a ich pracowników czeka głód, ale czy naprawdę jedyne, co możemy zrobić to po prostu wznowić zamówienia, produkcję, dostawy i kupować jak dawniej? W taki sposób wykończymy planetę i wszyscy – pierwszy raz zgodnie i solidarnie – pójdziemy na dno.

Pierwsze dwa wpisy (TU i TU) przeczytało ponad 130 tysięcy osób. W czwartej części odpowiem na wybrane wasze pytania. Zadawajcie je w komentarzach bądź na moim facebookowym fanpejdżu.

Moje codzienne komentarze czytaj na Facebooku <KLIK>, a ładne rzeczy, ładne miejsca i ładne stories oglądaj na Instagramie <KLIK>.

Fot: Harry Cunningham, Random Institut, Bruno Cervera @ Unsplash

18 Komentarze

  1. Aleksandra Michalska
    24 kwietnia 2020

    Myślę, że wiele się zmieni w świecie mody, ale tylko u tych, którzy będą chcieli jakichś zmian. Wiele osób wróci do tego, co było i dalej będzie nadprodukcja nastawiona na ilość a nie jakość. Szkoda mi tylko małych, polskich przedsiębiorców, którzy wkładali całe serce w swoje firmy a teraz nie wiadomo jak będzie wyglądała ich przyszłość.

    Odpowiedz
    • michalzaczynski
      24 kwietnia 2020

      To prawda; choć co do nadprodukcji mam wątpliwości – przynajmniej na jakiś czas przestanie być opłacalna. Za dużo towaru zalega teraz w magazynach czy u producenta.
      Co do polskich małych firm – jeśli rzeczywiście wkładali serce, możliwe że przetrwają. Klienci są lojalni.

      Odpowiedz
  2. Agnieszka
    25 kwietnia 2020

    Nie wiem, czy jestem w tym ososobniona ale ja powoli przestaję obserwować influencerów, tych największych przede wszystkim. W ich świat i tak nie wierzyłam ale mój był podobnie beztroski więc traktowałam ich podgladanie jak zabawę. Moje otrzeźwienie w obecnej sytuacji polega na tym, że widzę, że to strata czasu, że mnie to „nie ubogaca” cytując prawdziwego influencera, że nie potrzebuję kogoś, kto będzie mi mówił, czym mam się inspirować, bo zawsze świetnie inspirowałam się sama. Poza tym teraz bardziej potrzebuję mądrych tekstów, chciałabym, żeby więcej ludzi tak odczuwało, żebysmy zaczęli (znów?) cenić prawdziwe dziennikarstwo i autorytety. Dlatego moje finansowe wsparcie kieruję głównie tam. Moda? Tak jak ją uwielbiam, uważam, że może poczekać. Chociaż już na samym początku, kiedy jeszcze nie ogłoszono epidemii ale tego się spodziewałam zamówiłam w Madelle aż trzy sztuki odzieży, co jak na ich ceny i mało podomowy asortyment było niemal zakupem hurtowym. Bardzo chcialabym, żeby przetrwała. Z kolei co do wielu innych mam mieszane uczucia, zwłaszcza po Pana tekstach i komentarzach pod nimi. Naprawdę nie bardzo żal mi wielu marek. Tym bardziej im wiecej narzekają. Zdumiewa mnie jak bardzo dużo ludzi w Polsce wciąż myśli, że obecna sytuacja jest chwilowa i trzeba tylko jakoś przeczekać i że ktoś musi nam na to dać kasę. Nie tylko marketingowcy są leniwi. Nie zauważyłam, żeby ktoraś marka zaczęła się przystosowywać do prawdziwych zmian jakie nas czekają poza doraźnym szyciem maseczek. Uderza mnie że wciąż nie ma przystępnego ale profesjonalnego sklepu z fajną odzieżą dla puszystych, moja koleżanka musi chodzić po dziwnych niemodnych sklepikach, w tym momencie poza H&M chyba nikt nie oferuje modnej i niedrogiej odzieży plus size onlinea? Jeżeli tak to proszę o namiary, koleżanka będzie wniebowzięta. A ubrania dla emerytów? Oni naprawdę nie chcą sie ubierać „dziadkowo”. Teraz siedzą w domu i zgłębiają nowe technologie (widzę po moich rodzicach, mają już więcej aplikacji na swoich smartfonach niż ja). I chcąc nie chcąc i tak chyba będziemy kupować rzeczy produkowane w Polsce. Nie wiadomo, czy tym sieciówkom będzie miał kto szyć, z Bangladeszu też niepokojące wieści, noe tylko w kontekscie wirusa https://www.tygodnikpowszechny.pl/kiedys-pojde-na-druga-strone-163075

    Odpowiedz
    • michalzaczynski
      26 kwietnia 2020

      W kwestii seniorów: tu akurat się nie zgodzę; jest mnóstwo marek niemłodzieżowych, ale nie szyjących „dziadkowo”. Mają luźniejsze, wygodniejsze kroje, buty, które łatwiej nałożyć itd. Problemem może być cena, co wynika z faktu że dobra jakość wykonania i tkaniny musi swoje kosztować.

      Odpowiedz
  3. michalzaczynski
    26 kwietnia 2020

    Pisze Pani: „Uderza mnie że wciąż nie ma przystępnego ale profesjonalnego sklepu z fajną odzieżą dla puszystych, moja koleżanka musi chodzić po dziwnych niemodnych sklepikach”. To temat rzeka. Markom nie opłaca się – zazwyczaj finansowo – szyć dla plus size. Jest to też po prostu trudne. Proszę szukać zatem nie tyle marek, ile zakładek plus size w sklepach online; jest taka np. w Asosie.

    Odpowiedz
    • beata
      27 kwietnia 2020

      Jest to trudne i nie opłaca się – kwintesencja podejścia 99% marek odzieżowych w Polsce.

      No to nie dziwota, że klientki w rozmiarze S/M szaleją z zakupami gdzie im się tylko spodoba, bo mają wybór, a osoby, które mają szansę zostać lojalnymi klientami na dłużej, są zrzucani na drzewo 🙂

      Noszę rozmiar 44 i nie uważam się za osobę plus size, raczej normal, a wiele marek po prostu nie chce moich pieniędzy. Szyjąc one size, albo tylko dwa słusze rozmiary: S i M. Albo szyjąc tylko oversize (no fajnie, mam dwie koszule oversize i naprawdę wystarczy).

      A weźmy pod uwagę, że osoby z pokolenia mojej mamy, lat 55+, też raczej nie noszą rozmiarów XS i S, tylko M/L w górę. Marki wykopyrtnęły się na własnym lenistwie.

      No więc jak markom nie zależy, to czemu mi miałoby zależeć na wspieraniu takich przedsiębiorców?

      Po spodnie pójdę do H&M, proste.

      Odpowiedz
      • michalzaczynski
        27 kwietnia 2020

        Niestety; choć to podejście nie tylko polskich marek. Ale zachęcam do zakupów online; wiele niedrogich marek, które w stacjonarnych sklepach ma ograniczoną rozmiarówkę, tam sprzedaje duże rozmiary.

        Odpowiedz
      • equis
        29 kwietnia 2020

        Według mnie to wcale nie jest kwestia ‚wykopyrtnięcia się na własnym lenistwie”, tylko ograniczanie kosztów. Załóżmy, że zakładamy małą markę odzieżową i nie mamy budżetu z gumy. Konstrukcja jednego modelu to kilkaset złotych, stopniowanie około 200 zł za rozmiar. To wszystko trzeba pomnożyć przez liczbę modeli, które chcemy wprowadzić do sklepu. No to w ten sposób mamy wydane kilka tysięcy a jeszcze nie doszliśmy nawet do tkanin…
        Ponadto, rozmiar S i M są najbardziej chodliwe i po prostu najlepiej się sprzedają. Kto w takiej sytuacji, przy średnim lub małym budżecie, będzie się pchał w szeroką rozmiarówkę? Pomijając oczywiście sytuację, kiedy to mnogość rozmiarów ma być wyróżnikiem sklepu.

        Odpowiedz
        • michalzaczynski
          29 kwietnia 2020

          to prawda. plus jeszcze fakt, że duże kosztowne ubrania (np. płaszcze) wymagają więcej drogiej wełny i mniej się na nich zarabia. Mówiła mi o tym założycielka Patrizii Aryton: https://michalzaczynski.com/2019/10/11/raport-z-linii-frontu/

          Odpowiedz
          • equis
            29 kwietnia 2020

            Dokładnie. A wszyscy możemy sobie wyobrazić co by się działo gdyby rozmiary XS- M/L były w normalnej cenie a za większe trzeba by było dopłacić…

  4. Gość
    28 kwietnia 2020

    A tymczasem polska redakcja Vogue juz wyrzuca pracowników na bruk, nie minął nawet miesiąc…

    Odpowiedz
    • michalzaczynski
      28 kwietnia 2020

      To przykre; tak, zwalnia większość redakcji. Ale też i same redakcje zostają zwolnione: kończą działalność jak Avanti, Logo czy Wprost.

      Odpowiedz
  5. Agaty Małeckiej
    30 kwietnia 2020

    Teraz więcej siedzimy w domu a więc więcej korzystamy z internetu i przeglądamy profile influenserów, więc myślę, że oni mają się całkiem dobrze. Szkoda tylko, ze w tym roku nie będzie żadnych festiwali 🙁

    Odpowiedz
    • michalzaczynski
      2 maja 2020

      liczę, że może chociaż songwriters festival w Opolu się odbędzie. Bo w Off w Katowicach już nie wierzę 🙁

      Odpowiedz
  6. xd
    2 maja 2020

    Większość działów reklamowych jest świadomych ze influencerzy maja bardzo niska skuteczność, a ładnie wyglądają jedynie w tabelkach 😉 pozostaną magazyny premium. Jednak jakość ma znaczenie. W dobie kryzysu, ktoś oczytany wydaje nadal więcej od przeciętnego fallowersa. Ogólnie ze sprzedażą może być ciężko ludzie wystraszeni nie chcą wydawać na więcej niż po prostu potrzeby doraźne. Pozostaje powalczyć o tych którym kryzys nic nie zrobił lub ich sytuacja praktycznie się nie zmieniła. Rynek premium będzie miał się dobrze, reszta zobaczymy, bo wszystko zależy teraz od ich chęci tracenia kapitału którego im brakuje. Ogólnie słaba koniunktura może się utrzymać nawet 4-6 lat, coraz głośniej mówi się o kolejnym straconym pokoleniu…

    Odpowiedz
    • michalzaczynski
      7 maja 2020

      Chciałbym wierzyć, że rynek premium przetrwa. Patrząc na ruchy na rynku mediów jednak nie jestem tego pewien.

      Odpowiedz
  7. Nowe Wcielenie – Ola Bąkowska
    2 czerwca 2020

    […] komentuje sprawę Michał Zaczyński „Póki co wiemy, że LPP mające około tysiąca sklepów pięciu marek w Polsce – […]

    Odpowiedz
  8. Marta
    30 czerwca 2020

    Również wierzę,że będzie dobrze!

    Odpowiedz

Dodaj komentarz