Co dalej? Moda po koronawirusie cz. 2. Kiedy wrócimy do sklepów i po co? Które marki przetrwają? Które pogrąży kryzys, a które własny marketing?

Moda | 20 kwietnia 2020 | 38 komentarzy

Trzynastego marca okazało się, że nie potrzebujemy już nowych ubrań. Ani butów. Na jak długo?

Wraz z decyzją o zamknięciu granic, ale i restauracji czy centrów handlowych ruch nie przeniósł się do internetu. Co oznacza, że firmy straciły nagle ponad 90 proc. przychodów.

Bo choć ubrania to asortyment nr 1 w e-handlu w Polsce, to i tak obroty robią sklepy stacjonarne. Owszem, istnieją autorskie polskie marki, które sprzedają wyłącznie w sieci i nawet nieźle sobie radziły; od nich jednak także odwrócił się klient. Na długo?

Zależy od kogo, choć generalnie myślę, że na długo. 86 376 osób przeczytało w jeden tylko weekend pierwszą część moich prognoz na najbliższą przyszłość (TU). Są zatem dla was ważne i interesujące. Dlatego postaram się swoje przypuszczenia wytłumaczyć najlepiej jak potrafię.

Mimo iż rząd zaczął luzować kaganiec obostrzeń i w trzecim etapie, po otwarciu parków i usług, obiecuje otwarcie galerii handlowych, handel nie wróci do normy. Nadal będzie pustawo, nie tylko ze względu na prawdopodobne limity liczby klientów na mkw. sklepu i niedogodności w postaci masek, rękawiczek i – możliwe – zamkniętych przymierzalni, ale i z braku pieniędzy.

Pracę stracą nawet dwa miliony z nas; pozostali będą zarabiać lub już zarabiają mniej niż kiedyś. Koronawirus to też idealny pretekst, by gorzej nam płacić, nawet jeśli nasz zlecenio- czy pracodawca w żadnym stopniu przez niego nie ucierpiał.

Dlatego obawiam się, że roku 2020 w branży mody po prostu nie będzie.

Zbyt dużo czasu spędziliśmy też na porządkach w szafie. I uświadomiliśmy sobie, że mamy za dużo ubrań. Często takich, w których nie chodziliśmy (nawet jedna czwarta garderoby wg tegorocznych, choć jeszcze przedpandemicznych badań Accenture Polska). W większości nie rzucimy się na zakupy; chyba żeby wynagrodzić sobie mękę domowej kwarantanny. Względnie – ruszymy do centrów handlowych z nudów. W mniejszych miastach nierzadko są jedną z głównych atrakcji.

Coś pozytywnego? Nieliczni z nas zorientują się, jak złej jakości mieli odzież i dojdą do wniosku, że lepiej kupić coś porządnego. Choć oni pewnie poczekają do dużych wyprzedaży, albo kupią z drugiej ręki.

Optymistyczny dla branży może być też przełom maja i czerwca. Możliwe, że rządzący rozbudzą w nas nadzieje na wakacje. W tym roku – jeśli się wydarzą i będzie nas na nie stać – będą skromniejsze i krótsze, zapewne krajowe. Ale potraktujemy je jak święto. To będzie prawdziwa celebracja wolności i popandemicznej, względnej beztroski. Kupimy wtedy kąpielówki, sukienki, szorty, nowe trampki, kapelusze czy naszyjniki z kotwiczką. Będziemy w tym przerysowani, trochę ponad okazję, ale może przez to autentyczniejsi niż dotychczas. Pójdziemy w infantylizm; rozłożymy wakacyjne gadżety na kanapie i będziemy na nie się gapić i cieszyć nadchodzącym latem.

Jeśli jednak owego lata pogodzimy się z myślą o nawrocie wirusa i – co istotniejsze – ponowną przymusową samoizolacją, jesienią nie kupimy kurtek, swetrów, szalików. Bo i po co.

Będzie zatem ciężko. Ale to nie jest pierwszy kryzys w polskiej branży mody w XXI wieku. Po 10 kwietnia 2010r. i katastrofie smoleńskiej sprzedaż również drastycznie spadła. Przyklejeni do ekranów telewizorów, sparaliżowani z grozy nie mieliśmy potrzeby kupowania ubrań; dodatkowo żałoba narodowa wyłączyła z handlu dwie niedziele. O tym, jak te niedziele są strategiczne, odzieżówka przypomniała sobie dwa lata temu, gdy PiS zaczął stopniowo jej je odbierać. Chwilę później, w maju, przyszła powódź – od Krakowa przez Sandomierz po Bydgoszcz i lubuskie. Straty wyniosły wówczas 10 mld zł. Efekt: tragiczny sezon, a firmy dopiero co otrząsały się z roku 2009. Oczywiście te, które go przetrwały.

Kryzys 2008 – 2009 bowiem aż do dziś większość polskich firm uważa za najtragiczniejsze wydarzenie w ich historii.

Jedni pamiętają, jak zakontraktowali tkaniny na kolekcję w sierpniu przy euro wartym 3,20 zł, a odebrali w lutym, przy euro wartym 4,90 zł. Inni – jak zamawiali w tym czasie w Azji całe kontenery gotowych ubrań, gdy za dolara płacono 2,20 zł, a odbierali, gdy kosztował blisko 3,80 zł.

To jednak nie był jedyny problem. W tamtym czasie mnóstwo firm wzięło wielomilionowe kredyty w obcych walutach na rozwój; raty skoczyły im o kilkadziesiąt procent.

Co więcej, dekadę temu w decydującą fazę rozkwitu weszły centra handlowe. Jako marka liczyłeś się tylko wtedy, gdy to właśnie tam otwierałeś salony. W jakiej walucie płacono czynsz? Zgadliście! W euro! Widać zresztą, jak bardzo cała polska komercyjna moda uzależniła się od galerii handlowych. Gros największych graczy na rynku nie ma dziś w Polsce ani jednego sklepu przy ulicy.

Jeśli dodać, że właśnie wtedy rynek zaczął nasycać się zachodnimi sieciówkami, które nagle wyrosły na główną konkurencję polskiej odzieżówki, rok 2009 okazał się najtrudniejszym w trzydziestoleciu polskiej gospodarki rynkowej. Aż do bieżącego.

Kto przetrwa? Będzie banalnie jak z podręczników do marketingu, ale nie bez powodu je napisano: ci wiarygodni.

Przetrwają „marki, które sprawdziły się na rynku przez wiele lat, za którymi stoi jakość i uczciwość oraz szacunek do ludzi”, jak przeczytałem na jednym z forów. Ale i marki z własną filozofią i historią, utożsamiane z darzonym zaufaniem właścicielem czy (a zazwyczaj: jednocześnie) projektantem, silnie promującym zarówno swoją markę i produkty, jak i wyznawane przezeń wartości.

Jeśli utrzymywaliście kontakt z klientem, znacie go i jesteście wobec niego uczciwi to przetrwacie. Przeżyjecie, jeśli macie ciekawy produkt; nikt nie kupi u was tego, co taniej, szybciej i w różnych kolorach może mieć z Zary. Polski klient zresztą się zmienił; nie oczekuje już szarego dresu. Z powtarzalną, trywialną, a w dodatku zbyt bogatą, generującą dodatkowe koszty ofertą (po co nam osiemnaście kolorów chinosów albo kilkaset modeli T-shirtów?) nie macie już czego szukać.

Spokojny jestem o projektantki czy szefowe firm, które znają swoich odbiorców, ich potrzeby, obawy, kompleksy i marzenia. Klientki mając do wyboru, czy to u nich kupić sukienkę, czy w anonimowej firmie – wybiorą właśnie je. Bo je po prostu lubią.

Przetrwa szycie na miarę. Ta usługa dotyczy jakichś 20 tysięcy osób; dla większości z nich to dbanie o siebie, przyjemność, rytuał. W nich zapewne kryzys (tak mocno) nie uderzy. Poza tym to rodzaj hobby, fetyszu – nie zrezygnowano z niego nawet w trakcie wojen. I po.

Przetrwają też marki z założenia i od podstaw eko, które wykształciły własną grupę odbiorców: może małą, ale świadomą i skłonną do wyrzeczeń – od nawyków po koszty – by planecie, zwierzętom, dostawcom, rzemieślnikom – żyło się lepiej. Oni nie wrócą do tanich syntetyków.

Może nie upadną firmy słynące z konkretnego, jednego produktu. To ich kapitał, alibi i depozyt na czarną godzinę, która w branży mody właśnie wybiła. Bo nawet przy minimalnych wydatkach na reklamę, na dobre zapadli tym produktem w pamięć.

Prognozuje się też –  jak przy każdym kryzysie zresztą – że przeżyją tylko ci, którym nieźle wiodło się i przed pandemią. Globalnie dotyczyło to (jedynie!) dwóch trzecich ogółu firm odzieżowych. Weźmy takie H&M: dwa lata temu okazało się, że wartość zalegających ubrań w jego magazynach wynosi 4 mld dolarów. To jakieś pięć razy więcej niż całkowite przychody Reserved z tamtego roku. Teraz o tej kwocie będą myśleć z rozrzewnieniem. Z drugiej strony – sieciówki nie znikną. Są tanie. To wystarczy, by utrzymały się przy życiu; choć oczywiście nie wszystkie. Możliwe, że trudno będzie im konkurować z dyskontami.

Nie podniosą się ci, których koncept marki był słaby, którzy prowadzili ją – co zdarza się w polskiej modzie autorskiej – na dąsie, bez przekonania, za pieniądze rodziny czy partnerów.

Tacy, którzy nie wiedzieli nawet, co mają w kolekcji i z czego zostało to uszyte. Albo może i prowadzący swoje marki z werwą i sercem, za to bez zaplecza i środków. Zniechęcą się, widząc, że największa nawet pasja nie zapłaci im rachunków.

Sprzedaży, a zatem i przetrwaniu, może pomóc umiejętna narracja. Drodzy spece od marketingu i PR-owcy: nie nakłaniajcie kobiet, by „zainwestowały w jakość”, bo żadna z nich nie myśli o inwestycjach, gdy nie wie, czy będzie mogła zapłacić za prąd i nakarmić dzieci. Odpuście truizmy typu „mniej znaczy więcej”, bo paradoksalnie to hasło przecież zawsze kojarzy się z dodatkowym wydatkiem i wyższą ceną. Dla odmiany, kuszenie niską ceną może nie wystarczyć, bo zaraz wszyscy będą to robić, a cen Pepco nigdy nie przebijecie.

Darujcie też sobie poezję typu „powitaj wiosnę w stylu boho” bo nikt teraz nie wita wiosny inaczej niż we własnym domu. Co w zamian? Komunikacja skoncentrowana na potrzebach, opiece, poczuciu bezpieczeństwa i poczuciu własnej wartości. Na miękkości tkaniny i przyjemności jaką daje jej dotyk, na wygodzie w każdych, także domowych warunkach, na przyjazności dla ciała, na łatwości pielęgnacji i na uniwersalności. I na tym – jak w starych reklamach L’Oreala – że „jesteś tego warta”.

Musicie mieć wyczucie miejsca i czasu. Nie wiem czemu wysyłaliście niedawno mediom i klientom kolorowe e-kartki z napisem „Wesołych Świąt!” skoro wiadomo, że dla nikogo te święta wesołe nie będą. W takich chwilach składa się inne życzenia.

Inny przykład – jedna ze znanych polskich marek dla kobiet reklamowała się w ubiegłym tygodniu na Instagramie hasłem 20 proc. zniżki na nową kolekcję!*. Tyle że z dopiskiem *nie dotyczy nowości. Serio? Po pierwsze, brzmi to absurdalnie, bo sugeruje, że nowa kolekcja nie jest już nowa. Po drugie, używanie znaku *, czyli de facto haczyka, w obecnej sytuacji, przy wzmożonej nieufności społeczeństwa (zatem i klientów), kiedy wszystko powinno być proste i czytelne, świadczy o waszym kompletnym oderwaniu od rzeczywistości. I o tym, że powinniście zmienić zawód.

Dlatego, drodzy właściciele i szefowie marek, agencji, biur: może czas zweryfikować waszych pracowników? Brzmi brutalnie, ale naprawdę potrzebujecie teraz specjalistów.

Na każdym zresztą odcinku w firmie. By pomogli wam wyjść z kryzysu. To z nimi, a nie z wyrobnikami, wyjdziecie z dołka, co zresztą dotyczy też samych mediów. Może nie ma sensu trzymać miernych i biernych? Może przyzwyczajenie czy litość nie powinny być argumentem, by trzymać pracowników gnuśnych, niekompetentnych i niespełniających oczekiwań?

Oni nie zaplanują wam strategii, nie wymyślą lotnej komunikacji z klientem, ba, nawet nie opracują komunikatu dla mediów na tyle ciekawego i poprawnego językowo, by portale zechciały go skopiować i wrzucić na swoją stronę.

-Walczymy z brakiem budżetów, ale utrzymujemy dotychczasowe zatrudnienie i mam cały zespół do dyspozycji – słyszę od dumnego kolegi z działu marketingu firmy X. „Tylko po co ci ten zespół, skoro nikt z nich nie potrafi napisać prostej informacji prasowej?”, odpowiadam mu w myślach.

-Całą ósemkę wysłałam na przymusowy urlop albo na L4, choć w sumie zadowolona jestem tylko z czwórki z nich” – mówi mi koleżanka, właścicielka agencji Y. „Zatem masz odpowiedź, co robić;”, myślę sobie.

To tak jak z właścicielem restauracji, który nie zwalnia kiepskich kucharzy. On nie jest dobrym pracodawcą, tylko głupim, bo w konsekwencji zmuszony będzie zamknąć lokal i wszyscy łącznie z kelnerkami i nim samym wylądują na bruku. Tak to działa w każdej branży.

Czas pandemii powinien być czasem profesjonalistów. Oczywiście, bywa że ich zatrudniacie. Powinniście wówczas zrobić wszystko, by ich zatrzymać. Wielu z najlepszych, także freelancerów, dostępnych jest jednak teraz na rynku. Zakładam, że większość skłonna będzie obniżyć swoje stawki. Dogadajcie się z nimi.

Zamiast w panice obsesyjnie myśleć, gdzie by tu jeszcze zaoszczędzić (w domyśle – zwolnić, a zwalniacie na potęgę) lepiej pomyśleć też, na czym moglibyście zarobić.

Miały być dwa. Ale ze względu na fenomenalne zainteresowanie będą kolejne wpisy z serii. Jak będziemy promować modę, gdzie szukać finansowego wsparcia i czy influenserów czeka przyszłość – dowiesz się z części III, opublikowanej w środę.

Zadaj mi pytanie: w komentarzu poniżej albo na Instagramie bądź na Facebookowym fanpejdżu – odpowiem na nie w części IV.

Moje codzienne komentarze czytaj na Facebooku <KLIK>, a ładne rzeczy, ładne miejsca i ładne stories oglądaj na Instagramie <KLIK>.

Fot: Ross Sneddon, Jacquemus, Prateek Katval, Tu Tu @ Unsplash

38 Komentarze

  1. AnnaM
    20 kwietnia 2020

    Uważam się za klienta w miarę świadomego. Znam skład wszystkich ubrań w mojej szafie. Od jakiegoś czasu unikam sieciówek, bo to się po prostu nie opłaca. Koszula, która pięknie prezentuje się na wieszaku po dwóch praniach nie wygląda już tak samo, serdecznie dziękuję. Do tego cały aspekt etyczny szybkiej mody. Tego, że nie tworzy a jedynie odtwarza a w wielu przypadkach zwyczajnie kopiuje.
    Zresztą kopiowanie to nie tylko domena sieciówek. Pamiętam rozczarowanie, kiedy po latach odkryłam,że kupiona przeze mnie torba znanej i wydawało mi się renomowanej polskiej marki(trochę na nią składałam i nosiłam dość dumnie) jest kopią pewnego modelu Prady:-( Nigdy już nic z tej firmy nie kupiłam.
    I jeżeli w najbliszych miesiącach (oby nie latach) będę musiała ograniczyć wydatki na ubrania i akcesoria, to i tak do sieciówek już nie wrócę. Będę dalej kupować „moje” marki, ale pewnie rzadziej. Albo będę polować w ciucholandach, jest to dla mnie przyznam wielka przyjemność.

    A jeżeli chodzi o obsługę klienta, to stuprocentowa zgoda. Chce się wracać do sklepu, w którym obsługiwanie klienta nie jest przykrym obowiązkiem. Sporo kupuję przez Internet i muszę z przykrością sierdzić, że jeżeli chodzi o obsługę klienta to jesteśmy naprawdę daleko w tyle w porównaniu do wielu krajów. Nie tylko jeżeli chodzi o szybkość w udzielaniu odpowiedzi ale również jej formę. Wiem, że ta piękna forma to w wielu przypadkach zwykły szymel, który nie wymaga dodatkowego nakładu pracy czy szczególnej życzliwości, ale moim zdaniem ma znaczenie.

    Odpowiedz
    • michalzaczynski
      20 kwietnia 2020

      To prawda; jakość w sieciówkach systematycznie się obniża (z wyjątkiem linii specjalnych, ale one są szeroko komunikowane i reklamowane, a dostępne w znikomej ilości).

      Odpowiedz
  2. Kalina
    20 kwietnia 2020

    A co się stanie z tymi tonami niesprzedanych rzeczy w magazynach?

    Odpowiedz
    • michalzaczynski
      20 kwietnia 2020

      zostaną sprzedane do innych krajów, albo do lumpeksów. ostatecznie część z nich zostanie spalona.

      Odpowiedz
    • Weronika
      20 kwietnia 2020

      NIkt od razu nie wyrzuca zalegającego stoku. Pierwszym ruchem jest przyśpieszona wyprzedaż, drugim próbowanie zaaranżowania rzeczy juz zakupionych/zaprojektowanych w nowopowstające historie kolorystyczne w kolejnych sezonach. dzięki temu daje się szansę stokowi, na wymagane marże. Współczuję jedynie projektantom, bo każdy następny seozon będzie zlepkiem wszystkiego, co uda się włożyć. skutkuje to często tym, że trudno o piękne i swieże kolekcje w kilku sezonach po kryzysie. Na tym polega te kryzys, nie jeden sezon a kilka następnych…EH. Dzięki za artykuł. Fajny!

      Odpowiedz
  3. AHA
    20 kwietnia 2020

    Uzupełniając Pańskie obserwacje zauważyłam (u siebie, ale i w rekomendacjach koleżanek i współuczestniczek jednej z modowych grup FB coraz większy bunt na „pink Tax”, czyli fakt, że wszystko co damskie ( m.in. ubrania i kosmetyki) kosztują więcej (często za niższą jakość) niż męskie. Tej zimy pobieżnie porównałam zwykłe, wełniane swetry z H&M. Damskie miały poliester i inne cuda, a męskie, w tej samej cenie (jeśli nie niższej) były ze 100% wełny. Są takie marki (np. Hultaj Polski) które z założenia szyją tak samo dla wszystkich (niekiedy unisex) i na tym budują bardzo lojalną grupę klientów… Ciekawa jestem, jak Pan widzi ten trend w przyszłości?

    Odpowiedz
    • michalzaczynski
      20 kwietnia 2020

      Fajny temat, dziękuję; odpowiem w czwartej części wpisu!

      Odpowiedz
    • Marcela
      20 kwietnia 2020

      W nawiązaniu do bardzo popularnego ostatnio hasła „wypieraj polskie marki”. Inicjatywa jest świetna, jednak w moim odczuciu promocja akcji jest zbyt natarczywa, wprawia odbiorcę wręcz w wyrzuty sumienia. Przy całej obecnej sytuacji uważam, że nakłanianie do robienia zakupów jest nieodpowiednie. Rozumiem, że walczą o przetrwanie jednak takie hasła w moim odczuciu działają na niekorzyść marek je promujących.

      Odpowiedz
  4. Małgorzata
    20 kwietnia 2020

    Mnie ostatnio skłoniło do rozważań hasło: Wspieraj polskie marki. Są takie, które wspieram, ale coraz częściej widzę, że za głośnymi hasłami i wysokimi cenami stoi kiepska jakość, kopiowanie pomysłów i po prostu źle uszyte ubrania, które nawet na manekinie wyglądają kiepsko. Co z tego, że sukienka z jedwabiu i miała sesję w kobiecym magazynie, skoro deformuje sylwetkę…

    Odpowiedz
    • michalzaczynski
      20 kwietnia 2020

      wówczas takiej sukienki się nie kupuje 🙂

      Odpowiedz
    • Kasia
      21 kwietnia 2020

      Mam bardzo podobne wrażenie. Wiele z tych polskich marek nie potrafi nawet skonstruować dobrze leżącej koszulki a co dopiero sukienki. Wyglądają jak uszyte przez krawca amatora. Wolę kupić koszulkę z linii Premium H&M bo przynajmniej są dobrze skrojone, skład jest ok i zero problemów z ewentualna reklamacją czy zwrotem.

      Odpowiedz
  5. Anna
    20 kwietnia 2020

    Zajmuję się handlem internetowym (branża niemodowa) na rynku polskim i niemieckim, i niestety dla polskiego klienta największym afrodyzjakiem jest słowo „tanio” albo „rabat”, baaardzo trudno go czymś innym uwieść, to zawsze ciężki orzech do zgryzienia. Nie wiem jak to wygląda w modzie, może jednak inaczej, nie jestem ekspertem- ale niestety na polskim rynku zawsze wygrywa taniość i banał, niechęć do wyróżniania się. I mam wrażenie, że po pandemii to się może pogłębić. Ludzie lubią kupować, kręci ich to, poprawia im nastrój itp. jednak bardzo nie lubią odkrywać, że kosztowało ich to więcej niż planowali. Szczególnie teraz w czasie kryzysu i wielkiej niepewności taniocha może stać się głównym wygranym, tak sądzę.

    Odpowiedz
  6. Ola
    20 kwietnia 2020

    Proszę podać źródło estymacji – ską w Pana tekście twierdzenie, że 2 miliony Polaków straci pracę?

    Odpowiedz
  7. Julka
    20 kwietnia 2020

    Ja jestem również zwolenniczką polskich marek i jak najbardziej im kibicuję, jak tylko mogę to kupuję polskie marki bo mam zaufanie do produktu ale niestety przez ten kryzys który dotknął zarówno producenta jak i Klienta to będzie już z tym wspieraniem ciężko. Zauważyłam to choćby na zakupach spożywczych – bardzo fajnie jest iść zrobić zakupy do sklepu za rogiem u sąsiada ale on tez się ratuje windując niestety ceny i tego się obawiam bo w sieciówce za to samo masło zapłacę dużo mniej niż u niego…wybieram sieciówkę bo na wsparcie sąsiada mnie teraz nie stać 🙁 obawiam się ze problem będzie dotyczył tez w znacznej mierze branży modowej -szybciej kupimy tańsze spodnie dresowe w hm bo i po co przepłacać i mieć dresy ale od polskiego projektanta? Niestety…taka smutna będzie prawda 🙁

    Odpowiedz
    • michalzaczynski
      20 kwietnia 2020

      Tak, to prawda, i nie można z tego powodu mieć do siebie pretensji. Można jednak pewne produkty kupować w małych miejscach – np. jabłka i sałatę w jednym warzywniaku, bo tam smaczne, niektóre warzywa – w drugim, bo w tej samej cenie co w Biedronce itd. A proszek do prania czy cukier w dyskoncie. Oczywiście, grozi to spędzeniem pół dnia na zakupach, ja jednak tak robię 🙂

      Odpowiedz
      • Karolina
        22 kwietnia 2020

        Przed pandemia tak, ale w czasie trwania pandemii szybkie zakupy z maksymalnym ograniczeniem liczby spotkanych osob. Niestety na roznego rodzaju halach czy targach jest malo miejsca, wydluza sie kolejka i moze tez dlatego ludzie wola markety.

        Odpowiedz
  8. Xd
    20 kwietnia 2020

    Who cares. W końcu może to koniec fast fashion i marnotrawienia.

    Odpowiedz
    • michalzaczynski
      20 kwietnia 2020

      gdyby tylko było to takie proste…

      Odpowiedz
      • Xd
        21 kwietnia 2020

        Nic już nie będzie proste, pracuje w redakcji dość sporego magazynu dla facetów i po latach zasypywania nas wszelakimi produktami, skłoniło mnie to do przejścia na minimalizm. Wspieram brandy produkujące z materiałów recyklingowych czy hemp. Mimo ze jestem częścią machiny, biorę bierny udział w niej już od lat. Zawsze działał mi na nerwy fast Fashion i marnotrawstwo z nim związane. Stoimy przed wielkimi zmianami i mam nadzieje ze nie wrócimy już nigdy do starych modeli sprzedaży. W kraju w którym żyje mówi się ze cały korona cyrk zajmie 4-6 lat…beda kolejne fale i jedyne w co warto inwestować to patriotyzm lokalny. Sprzedaż pewnie przeniesie się z galerii i butików, całkowicie do internetu. Wielu upadnie i to jest brutalna prawda związana z tym kryzysem który wpędzi nas w dekady recesji.

        Odpowiedz
  9. Patryk
    20 kwietnia 2020

    Najciekawsze bedzie obserwowanie, jak poradzi sobie sektor premium, ale jeszcze nie luksusowy. Sektor, ktory rozkwitl globalnie przez miniona dekade, reprezentowany przez takie marki jak Sandro, Kooples, Zadig and Voltaire …. bo niewykluczone, ze wlasnie klientow tego sektora najbadziej dotnkie kryzys i oni wlasnie beda zmuszeni do zmiany nawykow zakupowych. Nie bedzie kolorowo, ale na pewno warto obserwowac.

    Odpowiedz
    • michalzaczynski
      20 kwietnia 2020

      Świetne pytanie; dziś miałem webinar z dystrybutorem okularów Sandro. Odpowiem w czwartej części mojej serii.

      Odpowiedz
  10. Agnes
    20 kwietnia 2020

    Bardzo lubię kupować ubrania różnych marek. Dla przeciętnego w tym i dla mnie ubrania są bardzo drogie i to jeszcze przed kryzysem . Teraz w dobie kryzysu tym bardziej bedziemy kupowali tanio i bylejak nie patrzac na jakosc. Jeśli w ogóle coś kupimy. Ja już planuje aby przez najbliższe pół roku nie kupowac ubrań A nie straciłam pracy Pracuję w służbie zdrowia.

    Odpowiedz
    • michalzaczynski
      20 kwietnia 2020

      Napisz do mnie na priv; zorganizuję Ci i Twoim koleżankom/ kolegom fajne ubrania. Serio.

      Odpowiedz
  11. bogna
    21 kwietnia 2020

    Zacznę od tego; jak w każdej branży są osoby zajmujące się dziedziną trendforecasting, tak i fashion ma swoje ikony. I można prognozować, tak jak Li Edelkoort, która, sorry bardzo, ale odleciała do strefy mocno życzeniowej, i totalnie nie realnej, ze swojego bogatego i świadomego ekologicznie, skandynawskiego życia. Bardzo, natomiast podoba mi się co prognozujesz Ty czy np.: Skalska. Spojrzenie na branżę fashion, jak na biznes, ale nie odzieranie jej z aspektów sztuki i ludzkich wyborów, czy wartości deklarowanych ciuchami.
    Uwielbiam na „modę” patrzyć jako na zjawisko społeczne, odzwierciedlające naszą sytuację społeczną, kulturową, psychologiczną, socjologiczną. Patrzeć jak te wszystkie splątane nitki – sztuki, kultury, psychologi, socjologi, polityki, ekonomi – tkają nasz obraz rzeczywistości. I tylko takie niespodziewane zdarzenia – typu kryzys, wirus, katastrofa – zmieniają totalnie układ zdarzeń i sił społecznych. Ponad rok temu, jak zakładałam swoją markę, zastanawiałam się, gdzie znaleźć miejsce dla siebie, było wiele osób, które przekonywały, że na rynku to : tylko wizyta się sprzedaje, bo na okazje każdy wyda dużą kasę, albo tylko office, bo marynarek nie było dawno to wszystkie będą chciały mieć żakiet. Tylko to są pół-prawdy, takie „złote myśli” handlowca. Podczas spotkania z klientkami (B2B czy B2C), zadajesz pytania, słuchasz. I klientki kiedyś mi powiedziały: no wiesz, to tak jest, że i do pracy pójdę i potem na rower wsiądę 😉 I tak sobie myślę, że ten nasz fashion biznes też musi wpisać się w tę nową strefę komfortu swojego klienta, może nie biuro, ale homeoffice, czy nadarzając za hasłem #zostańwdomu. Żeby słowo komfort nie było jednoznaczne z dresem fatalnej jakości, w którym nawet z psem nie wyjdziesz ;).
    Marki muszą nadążać za zmianami trybu życia w nowej rzeczywistości. Przestać sztucznie pompować wyimaginowaną bańkę potrzeb, podszytą tym czy innym trendem, must have-em, pronto czy pre-fall, pre-summer.
    W sumie to jako projektant, muszę troszkę podziękować tej całej zawierusze, która przewala się przez nasz kraj. Wiele z osób dowiedziało się, że mamy całkiem sporo, na prawdę epickich i ciekawych polskich marek. Dla przykładu, klienci marki Reserved, ze zdziwieniem uświadamiali sobie, że to polska marka … ale ja może za dużo wymagam, skoro my Polacy, uważamy Pepco za kreatora trendów 😉
    Myślę, że ten kto nie ogarnie się z komunikacją, wiarygodnością, czy też nie zmierzy się z prawdą o swojej marce i swoim kliencie, nie przetrwa drugiej fali epidemii w odsłonie jesiennej. Niestety zmniejszą się zespoły, tak jak mówisz, upadną marki, ale może na korzyść większej kreacji … miejmy nadzieję, bo tylko zmiana jest stała, cała reszta zmieniła się 31 grudnia, w dniu kiedy Chiny poinformowały WHO o wirusie. Mam nadzieję, że wpłynie to na większy profesjonalizm, na każdym polu kreacji branży fashion.

    Odpowiedz
  12. Kasia
    21 kwietnia 2020

    Kryzys w handlu dopadł także branżę home and deco, sytuacja dokładnie taka sama jak w Fashion. 90% obrotów robiły sklepy stacjonarne. Internetowy w zasadzie służył bardziej do zapoznawania się z produktem. Mam ponad 13 letnie doświadczenie w zakupach, doskonale pamiętam kryzys z 2008 na 2009, historia z dolarem właśnie zaczyna się powtarzać choć w chwili obecnej nie aż na taką skalę, ale kto wie co będzie za tydzień czy dwa. Dziś jest znacznie trudniej. Naszymi głównymi klientami są kobiety. Myślę że niejedna kobieta w dobie kryzysu, zmniejszenia pensji o 40% albo i więcej nawet jeśli coś kupi sobie żeby sprawić sobie małą przyjemność, to kupi bluzkę w sieciowce czy jakiś kosmetyk aniżeli kolejny garnek (mimo że w domu gotujemy teraz więcej). Nie jest to również produkt pierwszej potrzeby. Ciężkie czasy, bardzo trudne. Mnie ten kryzys bardzo już zabolał.

    Odpowiedz
  13. Mati
    21 kwietnia 2020

    A co z zakładaniem nowej marki? Czy to się będzie opłacać? Wiele osób na pewno będzie się musiało przebranżowić po koronowirusie.

    Odpowiedz
  14. Agnieszka
    21 kwietnia 2020

    A czy myśli Pan, że ma szansę wrócić prawdziwa, wielka moda, jak za dawnych czasów, dostępna tylko dla najbogatszych, ale reszcie pozwalająca marzyć i fantazjować?

    Co do weryfikacji, to myślę, że dotyczyć będzie i najwidoczniej już dotyczy nie tylko firm ale i osób piszących, promujących modę, dziennikarzy, blogerów, influencerów. Ostatnio zaglądam głównie do Pana, Harel, Vogue i poważnych książek o modzie (historii i biografii nie porad dla aspirujacych Paryżanek).

    Zastanawiam się czy zmieni się nasze poszukiwanie inspiracji, i zamiast tępo przeglądać systematyczne stylizacje influencerek wrócimy do naturalnego inspirowania się tym co nas otacza lub spotyka (Ostatnio np najbardziej zainspirowała mnie stara pszczelarka z „Krainy miodu” i przypomniałam sobie, że jeszcze niedawno właśnie z takich sytuacji brałam inspirację, a nie z filtrowanych zdjęć z instagrama)

    Należę też do tej części ludzi, która nic nie kupuje i chyba długo nie kupi. Pracę mam, ale nie traktuję jak pewną na 100%. Mam przepełnione szafy, ubrania na niemal każdą możliwą okazję

    Odpowiedz
  15. Elżbieta
    23 kwietnia 2020

    Panie Michale,

    Przeczytałam z uwagą cały Pana artykuł, i chciałam zwrócić Pana uwagę na jeden aspekt, odnosi się pan do strategii marketingowych i profesjonalistów w tej dziedzinie. Niestety moje doświadczenia z branżą mody są zgoła inne, strategia sobie a właściciel lub zarząd swoje, to on ostatecznie decyduje o strukturze, czy mechanice promocji i w 90% przypadków to on decyduje o tej beznadziejne, oszukańczej gwiazdce „nie dotyczy nowych modeli” i na nic się tu zda najbardziej profesjonalny marketer, bo zarządy i właściciele są zepsuci od głowy, jak przysłowiowa ryba. Ich głowa ciągle myśli jak za komuny, jak wykolegować klienta, niby coś mu dać a tak naprawdę, oszukać. I to jest największe zło branży mody, zachłanność i patologiczne myślenie właścicieli i zarządów. I nie przekona mnie Pan, że profesjonalny marketingowiec odpowiednimi argumentami przekona, ze tak nie należy czynić. Usłyszałby Pan wtedy, że to nie Pana pieniądze, jak będą Pana to będzie Pan mógł wszystko oddać za bezcenn, że nas nie stać itd. Tu nie ma myślenia na przyszłość, tu jest ciągłe tu i teraz i ciągły brak gotówki. I to smutne myślenie, że klient jest głupszy od Ciebie, pracownik jest głupszy od Ciebie itd. Proszę przeprowadzić wywiad z prezesem (chyba w większości są to mężczyźni) kilku największych polskich sieciówek, to się Pan przekona jak zepsute są to głowy, i tylko żal tych pracowników, bo gdzieś pracować trzeba i firmować nazwiskiem te cudowne komunikaty marketingowe, które Pan czyta a tak naprawdę są wynikiem tego co Prezes chce, a nie wiedzy marketera.

    Odpowiedz

Odpowiedz do Anna

Anuluj odpowiedź