„Sklepów jest dużo, ubrać się nie ma gdzie”. Polska moda po 1989 roku. Fragment książki „Rozsądek i polot”.

Moda | 9 czerwca 2021 | Brak komentarzy

Od india shopów przez Jarmark Europa po wycieczki do Hugo Bossa. Od „Dynastii” i Magdy Masny przez dania ciepłe na pokazach po panikę na widok kupców podczas łódzkiego fashion weeku. Polska moda po 1989r. to pasjonująca historia; mocno ekstrawagancka, nierzadko trudna do uwierzenia. Cieszę się, że mogłem napisać o niej na 47 stronach w książce „Rozsądek i polot. Stulecie mody w Polsce” pod redakcją Karoliny Sulej.

W dodatku – wśród tak znakomitych autorów, bo każdemu z nas przydzielono inną epokę.

Pozycja wyszła w języku angielskim. U mnie fragment mojego rozdziału – po polsku.

Trendy dyktuje telewizja: serial „Dynastia”, obszerne garnitury Krzysztofa Ibisza w „Czarze par”, kreacje Magdy Masny z „Koła Fortuny”. Ma być zagranicznie i wyglądać drogo. Tylko pieniędzy brak. Grzebiemy w lumpeksach, nowości retailu tamtych lat. Dla wielu to upokorzenie. Piosenkarka Kayah w jednym z wywiadów opowiada, że łączy bluzkę z second handu z dżinsami kupionymi za kilkadziesiąt dolarów w Nowym Jorku; albo odwrotnie. Młodzi oddychają z ulgą i przestają wstydzić się szmateksów; na Nowy Jork jeszcze długo nie będzie ich stać.

Powstają pierwsze skateshopy, india shopy, prostych czarnych ciuchów szuka się w sklepach dla fanów heavy metalu. W modzie damskiej kończy się dzianina; biznesowy dress code nie udźwignie długich do kolan, ręcznie robionych swetrów. Gaśnie wyśmiewany szlagier korpostylu mężczyzn – białe skarpetki maklerów, nawet zimą noszone do loafersów.

Z czasem handel przenosi się na stadion X-lecia. W kapitalizmie nazwie się go Jarmarkiem Europa i uczyni największym czarnym rynkiem Unii Europejskiej. Trzyma się długo. Nawet policja – jak nieoficjalnie przyznają jej funkcjonariusze – jest z niego zadowolona. Całą przestępczość tego typu, plus wszystkich handlujących w Warszawie średnio legalnych cudzoziemców ma pod nosem, w jednym miejscu. Decyzja o jego likwidacji zapada w walijskim Cardiff, gdzie w 2007 roku obraduje komitet wykonawczy UEFA: Polska wraz z Ukrainą zorganizują mistrzostwa Euro 2012. Podpis pod wyburzeniem bazaru pod nowoczesny Stadion Narodowy jest tylko formalnością. Takiej dziobatej twarzy Warszawa nie może przecież kibicom pokazać.

„Sklepów jest dużo, ciuchów jeszcze więcej, ubrać się nie ma gdzie” – pisze w 1994 r. Joanna Bojańczyk w „Twoim Stylu”, do dziś najbardziej poczytnym magazynie. Inne to „Pani”, „Zwierciadło”, a w kolejnych latach „Uroda życia” i „Wysokie Obcasy”. Nie licząc tych ostatnich – są rodzinne, skoncentrowane na Polkach, pozbawione ekstrawagancji. Przetrwają z powodzeniem do dziś. Z licencyjnymi jest różnie. „Elle” wchodzi jako pierwsze, w 1994 r., nadal liczy się w branży. Pracę rozpoczyna w nim  Sławek Blaszewski, stylista. Na czym polega jego praca? Na kombinowaniu. – Sprawdzaliśmy, czy jakiś światowy trend przypadkiem nie wpisywał się w nasze zapyziałe rzeczy, magazynowane w prywatnych butikach. Czasem udało się coś upolować, na przykład ubrania w panterkę, niezmiennie uwielbianą przez starsze panie, gdy akurat modne były motywy zwierzęce. Czasem prosiliśmy projektantów, żeby coś dla nas uszyli – Blaszewski opowie po latach w „Polityce” Oli Salwie.

Przyjmuje się „Glamour”, ale znikają z czasem „Votre Beaute”, „Cosmopolitan”, „Grazia”, „Harpers Bazaar”. W 2018 roku start wyczekiwanego polskiego „Vogue’a”. Na pierwszej okładce spowity smogiem warszawski Pałac Kultury i Nauki. Wielu odbiera go jak policzek wymierzony własnym wyobrażeniom o pięknie i luksusie w polskim wydaniu. Sama okładka przechodzi jednak do historii.

W połowie lat 90. wreszcie zaczyna wiać z Zachodu. Przy Brackiej w Warszawie otwierają się pierwsze sieciowe zagraniczne sklepy: Jackpot i Cottonfield. Marynarka kosztuje 600 zł, niewiele mniej niż średnia pensja. Z rynku znikną w 2014 r. Nadciąga też luksus. Do Hugo Bossa – wycieczki. Zwiedzający, jak będzie potem opowiadać Jerzy Mazgaj, którego Paradise Group otworzy w Polsce pierwsze salony marki, pytają czy guziki garniturów są ze złota. Inaczej skąd niby taka cena?

Pojawiają się nowi projektanci. Ewa Jagielska, Teresa Seda i Viola Śpiechowicz. Założycielka Odzieżowego Pola, idzie w naturalność, beże, lny; w zupełnej kontrze do mody ulicy. Joanna Klimas, z wykształcenia psycholog, z zamiłowania minimalistka – w koszule, marynarki, princeski, berety. „Wymyśliła sobie Paryż nad Wisłą”, jak sama powie między pierwszym a drugim, i na razie ostatecznym zamknięciem marki. Dołącza Arkadius, absolwent Saint Martins, niespełniona nadzieja na pierwszego słynnego na cały glob polskiego kreatora. Nikt przed nim, ani nikt po nim wśród polskich projektantów nie ma takiej prasy. W glorii i sławie „modyktator Arkadius”, jak w okładkowym tekście napisze o nim „Wprost” przyjeżdża do Polski. Urządza pokazy, otwiera butik. Robi w nim imprezy, serwuje wódkę, namaszcza na ambasadorki znane dziennikarki i wokalistki. Nikt wcześniej tego nie robił. Nie bez powodu. Na to w Polsce jeszcze jest za wcześnie. Drogie ubrania sprzedają się słabo. W dwutygodniku „Viva!” jako dodatek pojawiają się topy jego projektu. Niby nic nowego; do gazet dodaje się wszystko, do buńczucznej „Machiny” nawet kabanosy. A jednak blask marki gaśnie. Arkadius zaszywa się w Brazylii, jego późniejsze próby powrotu nie wieńczy sukces.

W 2001 r. Hanaoka narzeka w „Wyborczej”, że polski mężczyzna „w szafie ma jednego bossa, a na co dzień chodzi w dresie z bazaru i złotym łańcuchu”. Sam w latach 90. proponuje sięgające kolan kolorowe marynarki, opadające na buty spodnie, lateksowe szorty i topy z siatki. Wygryza go konkurencja. Maciej Zień, Gosia Baczyńska, Dawid Woliński, Tomasz Ossoliński czy duet Paprocki&Brzozowski, później też Łukasz Jemioł, a z drugiej strony Ewa Minge, nierozumiana przez krytyków, lecz uwielbiana przez tłum. Z miejsca stają się gwiazdami.

Zaczyna się złota era polskiej mody. „Drzwi do pracowni Maćka przy Szpitalnej niemal się nie zamykały. Przychodziły bizneswoman, żony najbogatszych Polaków. Wychodziły z sześcioma, siedmioma sukienkami po 7 tys. zł każda. Czasem przylatywały na przymiarki samolotami. Nie musiały się wstydzić jak w zachodnich butikach, że nie mówią po angielsku, że są prowincjonalne: pisze w „Wyborczej” o sukcesie Zienia Karolina Sulej. 

Moda kręci się wokół pokazów. To wielogodzinne bachanalia, w których sama kolekcja ma poślednie znaczenie. Liczą się gwiazdy, a te przyjeżdżają nawet z Zachodu. Wśród modelek cyklu Lexus Fashion Night – Alek Wek, Helena Christensen, Naomi Campbell. Liczą się też sponsorzy; wśród nich marki alkoholowe i nikotynowe: Smirnoff, R1, Salem czy Absolut. Do tego banki, hotele. Mają gest. Wobec projektantów, którzy za część pieniędzy szyją kolekcję, za drugą część żyją nawet kilka miesięcy. I wobec gości: do połowy pierwszej dekady XXI wieku stali bywalcy pokazów praktycznie nie potrzebują zarabiać – z imprez wynosi się kosze upominków, które później można zmonetyzować na Allegro. Lokalizacje? Każde. Zamek Królewski, Łazienki, Pałac w Wilanowie. Intercontinental, Europejski, Bristol. Prywatne lotnisko, podziemny parking, praskie podwórko. Pokazy chcą mieć nocne kluby, firmowe spotkania integracyjne, promocyjne imprezy biur podróży czy kasyn. Na pokazach, czy raczej tuż po nich, jada się i pija. Przystawki, dania gorące, desery. U Laury Guidi w hotelu Sheraton, na zaproszenie Citibanku – oddzielne bufety z sałatkami, makaronami, rybami. Są i lody, i gofry, i ciasta. Rauty trwają do rana. 

***

Pomysł na fashion week rodzi się w Łodzi. „Bo gdzieżby indziej, skoro to my słyniemy z tradycji włókienniczych”, tłumaczy miasto hojnie sypiące groszem. Owszem, z 30 tysięcy małych i średnich firm odzieżowych w Polsce około 50 proc. działa w rejonie „polskiego Manchesteru”. Tyle że w dwie dekady po transformacji to w stolicy tworzą znani projektanci i wszystkie media. Mimo to przez siedem lat to właśnie w Łodzi co pół roku odbywa się Fashion Philosophy Fashion Week Poland; zanim miasto zrezygnuje z dotowania imprezy, zaniepokojone problemami finansowymi organizatorów.

Fashion week w Łodzi: Kamila Kasperska-Gawrońska, Michał Szulc, Aryton

Kilka najlepszych edycji rozsławia takich projektantów jak MMC, Dawid Tomaszewski, Michał Szulc, Zuo Corp. Czy Bohoboco. Dołączają do nich nieliczni znani już w całej Polsce, jak Paprocki&Brzozowski, Joanna Klimas, Łukasz Jemioł czy Natalia Jaroszewska. Na pytania zagranicznych kupców o możliwość zamówienia większej partii ubrań z kolekcji, niektórzy z nich wpadają w panikę. Uszyli ją w pojedynczych egzemplarzach, z końcówek tkanin. Nie wiedzą ani jak ją wycenić, ani jak znaleźć zakład, który by ją odszył, ani jak wyskalować rozmiarówkę. Kupcy robią duże oczy i odchodzą z kwitkiem, projektanci wracają do ubierania gwiazd i pojedynczych klientek. 

Mimo że w Łodzi pojawia się kilka dużych marek jak Aryton czy Tatuum, trudno powiedzieć, że impreza w pełni reprezentuje polską modę. Brakuje tuzów tak produkcji masowej, jak choćby Vistula, ale i twórczości elitarnej, jak Gosia Baczyńska. Dominują młodzi, nieznani twórcy. Niektórzy z nich, głownie ze strefy Off, pokazują, że awangardowa polska moda nie musi mieć kompleksów; jest przewrotna i oryginalna. Przeważają jednak ci, którzy próbują odgadnąć potrzeby ówczesnego klienta.  – Czemu tak buro, czemu tak smutno? – pytają zagraniczni goście, widząc kolejne sukienki i płaszcze z czarnego lotosu, poliestrowej tkaniny używanej w obiciach oraz bluzy z szarej dresówki. Ale to właśnie dresówka zaczyna się w Polsce sprzedawać. 

Niektórzy jak RISK Made in Warsaw robią z niej znak rozpoznawczy; za nią idą setki nowopowstałych marek. Ich produkty są wygodne, relatywnie tanie i w jednym kolorze. – Ciekawe macie podejście do barw – powie mi jeszcze kilka lat później prognostyczka trendów Li Edelkoort, gdy obejrzę z nią galę dyplomową poznańskiej School of Form. – Czyli do ich braku? – spytam. Roześmieje się i kiwnie twierdząco głową. 

„Reason and Flair” – wydawca: Instytut Adama Mickiewicza, redakcja: Karolina Sulej, autorzy: Agata Zborowska, Aleksandra Jatczak, Olga Drenda, Aleksandra Boćkowska, Michał Zaczyński i Karolina Sulej. Liczba stron: 272

Moje codzienne komentarze czytaj na Facebooku <KLIK>, a ładne rzeczy, ładne miejsca i ładne stories oglądaj na Instagramie <KLIK>. I NOWOŚĆ: podcasty do słuchania m.in. na Apple i Google Podcasts, na YouTube <KLIK> i Spotify <KLIK>.

Dodaj komentarz