Po czym poznać dobry design, ładne mieszkanie i barmankę z kawiarni Sax? Nowy odcinek podcastu.
Nie mam w moim warszawskim domu ozdób, poza drewnianym modelem wieży Twin Peaks z San Francisco, kupionym w tym mieście w sklepie muzeum De Young. To trójnożna wieża radiowa, zwana Sutro. Wygląda trochę jak człowiek; oczywiście, gdyby miał po trzy kończyny.
Opowiadam o tym w nowym odcinku Michał Zaczyński Podcast. Dla patronów (Patronite – wkrótce) jak każdy nowy dostępny będzie w obszerniejszej, dłuższej wersji.

Wracając: czy oznacza to, że nic więcej nie zdobi mojego mieszkania? Wręcz przeciwnie. Tyle że wieża owa jest jedyną rzeczą nie spełniającą żadnej funkcji poza estetyczną. A dla mnie wszystko musi mieć swoją funkcję; inaczej zagraca. Z wyjątkiem sztuki, wiadomo.
Mam obraz roboczo zwany „Zielona barmanka Saxa”. Sax to dawna spelunka na Saskiej Kępie, z czasów gdy chodziła tam Agnieszka Osiecka. Którą poznałem jako nastolatek. Pamiętam też rzeczoną barmankę. Artysta widocznie jej nie lubił, skoro otrzymała odeń zieloną twarz; w dodatku z furią pomazaną flamastrem. Taki miał flow.


Cóż, jest to sztuka trudna w odbiorze. Ja się przyzwyczaiłem, ale goście czasem żegnają się na jej widok zlęknieni.
We Włoszech jestem natomiast dumnym posiadaczem tempery ukazującej przejazd przez tory. Chyba z 1932 roku, stworzony metodą prymitywną na dykcie. Maryna, moja koleżanka, kompetentna w dziedzinie, bo adiunktka na jednej z katedr warszawskiej ASP, pocieszyła mnie, że „najważniejsze, by dzieło podobało się jego właścicielowi” i żebym opinią innych się nie przejmował. Słusznie. No bo kto ma w domu pejzaż z rogatką kolejową? Ja!
Ale to tyle. Poza tym design użytkowy, dla mnie na prawach sztuki. Mam ze 20 lamp, i Artemide, i Anglepoise (x Paul Smith), ale najbardziej ukochane to te z końca lat 60., w stylu space age – do zobaczenia na moim Instagramie, filiżanki z Villa Necchi Campiglio, co grała w „Io sono amore” z Tildą Swinton, stół Halabały, biblioteczkę i szafę w stylu rockabilly… Dla mnie to są ozdoby.

W moim odcinku podcastu o tym właśnie prawię: o obiektach wzornictwa, które opowiadają historię i z czasem stają się ponadczasowymi „ikonami” (wiem, głupie słowo, co robić).
Jest zatem fotel Eamsów. Zrewolucjonizował wzornictwo mebli w XX wieku. Poniekąd dlatego, że Eamsowie (we własnej sypialni; słodziaki!) zbudowali maszynę profilującą, do której Charles wrzucał kawałki drewna i odpadów, w tym kleju, jakie przemycał do domu ze studia filmowego wytwórni MGM, gdzie zatrudniono go na etacie architekta.

Słynne Eames Lounge Chair wraz z podnóżkiem nowojorskie Museum of Modern Art włączyło do swojej stałej kolekcji. Co w tym meblu tak niezwykłego? Po pierwsze, elegancja. W kolorze, formie i materiałach. Po drugie, dyskretnie opływowy kształt, zapowiedź stylu organicznego. Po trzecie zaś nieodparte wrażenie nowoczesności, towarzyszące zresztą do dziś.
Podoba Ci się ten artykuł? Cenisz moją pracę? Zaproś mnie na kawę. Lub na co innego w Suppi. Warianty znajdziesz TU.
Czasem jeden patent sprawdza się przez wiele dekad i wiele obiektów różnych marek przez jeden detal zyskuje nieśmiertelność. Weźmy drzwi skrzydłowe z lat 80. DeLorean, samochód, który pojawił się w przebojowym filmie „Powrót do przyszłości”, miał protoplastę z z 1954 roku; Mercedesa Benza 300SL.


Dalej: wazony Alvara Aalto, w tym Savoy Vase z 1972; jakby powtarzały kształt wody.

Lampa PH Artichoke autorstwa Paula Henningsena: element architektoniczny, który przekształci każdą przestrzeń w coś niezwykłego, ale też swojski wręcz kształt karczocha; powielana przez kopistów bez końca, ale do znudzenia. Bo dobry design, jak sztuka, nigdy się nie nudzi.
A opakowania w Maku? Frytki zawsze wyglądają, jakby wysypywały się pudełka, a przecież to zwykły projektancki trick. Działający od tylu lat.

W 1959 roku magazyn Fortune opublikował listę 100 najlepiej zaprojektowanych rzeczy; powtórzoną zresztą po 60 latach, lecz z nowymi kryteriami, bo znalazły się na niej rzeczy mające ceny adaptowalności i rozszerzalności produktu; wpływu na społeczeństwo lub środowisko; łatwości użytkowania; sukcesu komercyjnego; oraz tego, czy produkt na nowo zdefiniował swoją kategorię. Czyli czy stał się gamechangerem.
Do rankingu trafiła m.in. wyszukiwarka Google – świetny projekt nie ze względu na wizualne atrakcje, ale właśnie dlatego, że unika zbędnych elementów, aby wykonywać swoje zadanie – organizować ogromne zbiory informacji.
Jest iPhone. Nie tylko ładny, ale i zmieniający komunikację międzyludzką i niemal każdy aspekt naszego życia.

Jest Polaroid SX-70. Z lat 70. Nagle każdy mógł zostać właścicielem zakładu foto mieszczącego się w dłoniach.

A także Ultra Light Down – lekka, ciepła, dostępna cenowo i w niektórych modelkach z dołączonym woreczkiem, by ją schować, puchówka Uniqlo z 2011 roku?

Oraz Havaianasy z 1966 roku. Gumowe, ładne, w każdym kolorze i wzorze. I jeszcze brazylijskie, a więc od razu kojarzące się z energią, słońcem, radością, morzem. Nawet gdy nosić w styczniu na basenie w Tychach. Christian Louboutin powiedział mi kiedyś w wywiadzie (zobacz TU), że żałuje, iż to nie on je wynalazł.

Jest kawiarka Bialetti. Na jej punkcie zapanowała najpierw ogólnowłoska, a później ogólnoświatowa obsesja. Udzieliła się jej twórcy, Alfonsowi Bialettiemu. Kazał się skremować po śmierci i w niej pochować. Naprawdę.

Są karteczki samoprzylepne, zaprojektowane przez 3M (Spencer Silver + Arthur Fry) w 1977r. W sumie fuksem. Silver – poszukując supermocnego kleju – przypadkowo stworzył klej wielokrotnego użytku o niskiej przyczepności, który mógł połączyć dwie powierzchnie, ale łatwo je rozdzielić. Po kilku latach poszukiwań w firmie, kolega Silvera, Arthur Fry, użył tego kleju do zakładki do swojego śpiewnika, aby zapobiec jej wypadaniu, co zainspirowało pomysł na Post-It. A żółty kolor papieru? Również przypadek. Był to kolor makulatury, dostępnej zespołowi projektowemu.

I są klocki Lego. Choć firma to duńska, projekt wywodzi się od angielskiego producenta zabawek Hilary’ego Fishera Page’a, który pod koniec lat 30. XX wieku stworzył „Interlocking Building Cube”. Założyciel Lego, Ole Kirk Christiansen, przywiózł klocki z podróży do Londynu, a później uzyskał zgodę Page’a i zrobił swoje. Wiemy, z jakim skutkiem.

No i odkurzacz Dysona, partnera tego odcinka. Nagle odkrzacz może być ładny! Bo taka wyciskarka – OK, stoi na kuchennym blacie, więc niech cieszy oko, laptop – wielu z nas używa codziennie, zawsze milej korzystać z rzeczy ładnych i tak dalej. Ale odkurzacz? Niech będzie poręczny, nie za duży, lekki, skuteczny, niech ma dużą moc, niech łatwo wyciąga się z niego worek, czyści go, ale żeby był ładny? Po co to komu? James Dyson miał inne zdanie. I rację.


O tym, jak rozpoznać dobry design, a nawet jak rozpocząć kolekcję wzornictwa, dowiesz się z mego podcastu. Na Spotify, ale i też na YouTube TUTAJ.
Słuchajcie moich podcastów <TU>, komentarze czytajcie na Facebooku <KLIK>, a ładne rzeczy, ładne miejsca i ładne stories oglądajcie na Instagramie <KLIK>.

2 Komentarze
Karina22
30 listopada 2025Świetny wpis
michalzaczynski
30 listopada 2025Do usług!